W kuchni unosił się zapach kotletów, gdy otworzyły się drzwi wejściowe – córki Julii wróciły do domu. Były u babci i powinny być szczęśliwe. Zamiast radości na ich twarzach malowała się uraza.
– Mamo, babcia nas nie kocha! – powiedziały chórem Zosia i Hania.
Julia wyszła do przedpokoju, wycierając ręce w ręcznik.
– Dlaczego tak uważacie?
Dziewczynki spojrzały po sobie, a jedna z nich zaczęła opowiadać powściągliwie. Babcia pozwalała Tomkowi i Kasi – dzieciom cioci – biegać, skakać i jeść, co tylko chcieli. A im i ich siostrze – ani hałasu, ani cukierków, ani czekoladek. Tamtych odprowadzała nawet do przystanku, a im po prostu zatrzasnęła drzwi.
Julia zastygła. Wiedziała, że jej teściowa, Genowefa Pawłowna, nie była najczulszą kobietą, ale nie myślała, że sprawa zaszła tak daleko.
Ich relacje zawsze były neutralne – nie bliskie, ale też nie wrogie. Wszystko się zmieniło, gdy siostra męża, Danuta, urodziła dzieci. Wtedy babcia dosłownie oślepła z miłości. Godzinami opowiadała wszystkim, jakie to mądre i jakie podobne do matki.
Gdy Julia i jej mąż, Tomasz, doczekali się bliźniaczek, Genowefa Pawłowna tylko wzruszyła ramionami:
– Od razu dwoje? No, to dopiero… Z dwójką sobie nie poradzę.
– I nie prosimy – odciął Tomasz.
– Lepiej byś Danucie pomógł… Ona ma dzieci w małym odstępie, w końcu…
– A nasze to nie dzieci? – nie wytrzymała Julia.
– Brat ma obowiązek pomagać siostrze – rzuciła teściowa lodowatym tonem.
Wtedy Julia zrozumiała, że nie ma co liczyć na wsparcie. Na szczęście jej własna matka była blisko, jeździła przez całe miasto, pomagała, jak mogła.
Genowefa Pawłowna zaś wciąż zachwycała się Tomkiem i Kasią, podkreślając przy każdej okazji: „Oto jakie wnuki mam od córki!”
A o dzieciach syna… Jeśli już pytała, to tylko machała ręką: „Jakoś tam…”
Z czasem zauważyli to nawet znajomi. Gdy pewnego dnia Genowefa Pawłowna w gniewie powiedziała: „A kto wie, czy to na pewno moje wnuczki, nawet jeśli na syna zapisane…”, słowa te dotarły do Tomasza. Wpadł w furię. Przyjechał do matki, żądając wyjaśnień. Ta się tłumaczyła, ale nie na długo.
Za każdym razem, gdy Julia z mężem odwiedzali teściową, wracali z ciężkim uczuciem. Ciągłe pretensje: dziewczynki hałasują, jedzą słodycze bez pozwolenia, babci źle – ciśnienie. I od razu porównanie z „idealnymi” wnukami.
Gdy Tomek i Kasia wyjeżdżali, babcia odprowadzała ich osobiście, wręczała prezenty, a Zosię i Hanię wysłała przez pustkowie, gdzie wałęsały się psy. Sześciolatki. Same. Bez ostrzeżenia. To była ostatnia kropla.
Tomasz zadzwonił do matki.
– Mamo, źle się czujesz?
– Z jakiej racji?
– To po co wysłałaś dzieci same? Tam pustkowie, psy!
– Trzeba uczyć samodzielności od małego.
– One mają sześć lat! Dzieci Danuty nie puszczasz samych!
– A ty co, oskarżać mnie zamierzasz?! To wszystko przez twoją żonę…
I rzuciła słuchawkę.
Minęły lata. Dziewczynki podrosły, już w szóstej klasie. Genowefa Pawłowna zachorowała. Przypomniała sobie o „zapasowych” wnukach. Zadzwoniła do syna:
– Niech Zosia i Hania przyjadą, posprzątają. Co to za dzieci – babci nie pomagają.
– A ty przypomnij sobie, dlaczego one do ciebie nie jeżdżą – spokojnie odparł Tomasz. – Masz ulubione wnuki – to do nich się zwróć.
Rozwścieczona, Genowefa Pawłowna zadzwoniła do Julii:
– Jesteś zobowiązana! Jestem ich babcią!
– A ty dawno ich tak nie nazywałaś. Masz córkę i „właściwe” wnuki. To na nich licz.
Kasia odmówiła: „Dużo lekcji, babciu”. Tomek oświadczył: „Nie jestem sprzątaczką”. Genowefa Pawłowna została sama, w ciszy. Dopiero teraz zrozumiała, że miłości nie da się dzielić. Ale było już za późno.



