Babcia na ratunek latem: Teściowa oferuje pomoc w opiece nad wnukami w czasie wakacji, my zapewniamy…

Dziś znów wracam myślami do bieżącego roku i całej tej letniej logistyki Kiedy teściowa, pani Zofia, zaproponowała pomoc przy dzieciach na wakacje poczułam ulgę. Jako świeżo upieczona emerytka miała w końcu czas, by nam pomóc. Wiedzieliśmy z mężem, Marcinem, że tak naprawdę nie mamy możliwości wyjechać razem z dziećmi, a każde z nas bierze urlop tylko wtedy, kiedy ktoś z trójki naszych dzieci zachoruje lub ma ważne wydarzenie w szkole. Z rzadka udaje się wyrwać na weekend w góry czy nad jezioro, gdy w domu wszystko jest w porządku, ale od lat to już raczej wyjątek.

Od trzech lat spłacamy już kredyt hipoteczny dwadzieścia lat przed nami. Po wielu latach wynajmowania, dość ciągłych przeprowadzek, zdecydowaliśmy się na własne mieszkanie na obrzeżach Warszawy, nawet jeśli rata w złotówkach jest nieco wyższa. Mimo że pracujemy praktycznie przez całą wakacyjną przerwę, nie ma szans na rodzinne wakacje rata kredytu jest zbyt wysoka, a na odłożenie czegoś więcej niż kilkadziesiąt złotych miesięcznie po prostu nas nie stać. W dodatku, przez brak szkoły i przedszkola latem, nie byłoby nikogo, kto opiekowałby się dziećmi pod naszą nieobecność. Przynajmniej mam poczucie, że są bezpieczne, zdrowe i u siebie we własnym domu.

Teściowa zaoferowała się, by zostać z dziećmi w wakacje i zgodziłam się bez wahania. Kiedy przychodzi czerwiec, jak co roku jedziemy wszyscy do domu pani Zofii w okolicach Łodzi, zawsze wcześniej robimy duże zakupy w Biedronce, przywozimy jedzenie i dla bezpieczeństwa zostawiamy trochę gotówki na drobne przyjemności dla wnuków. Pani Zofia nigdy nie wydaje swoich pieniędzy na dzieci; powtarza, że jej emerytura jest niewielka i ledwo starcza na podstawowe opłaty. Dlatego co roku wręczamy jej pieniądze do ręki dzięki temu i tak jest taniej niż zatrudnienie opiekunki, a wszyscy wyglądają na zadowolonych z tego układu.

W zeszłym roku do babci przywiózł też swoje dzieci brat Marcina, Paweł, który ma własną trójkę bliźniaczki Maję i Anię oraz najmłodszego Kacpra. Były młodsze i, szczerze mówiąc, bardziej żywiołowe, przez co wymagały stałego doglądania. Paweł przyjechał bez żadnych zakupów, bez nawet czekolady dla dzieci, nie wspominając już o pieniądzach wszystko zostało na naszej głowie, łącznie z obiadem. Musieliśmy karmić ich dzieci z naszych zapasów.

Czuję frustrację: ile jeszcze mamy robić za wszystkich? Ile można dokładać się do czyichś dzieci w imię spokoju rodzinnego? Marcin, mimo moich próśb, nie chce rozmawiać z Pawłem i tłumaczy, że nie chce rodzinnych kłótni. Z jednej strony go rozumiem Polacy nie lubią burzyć rodzinnej harmonii, ale z drugiej, nie czuję się fair. Może muszę w końcu sama zdobyć się na rozmowę, powiedzieć spokojnie, jak to wygląda z naszej perspektywy, bez pretensji, tylko jasno określić zasady? Wiem, że to niełatwy temat, ale dłużej już tak chyba nie damy rady.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

19 + 17 =

Babcia na ratunek latem: Teściowa oferuje pomoc w opiece nad wnukami w czasie wakacji, my zapewniamy…