Zofia leżała w łóżku już od kilku dni, nie mając siły, by się podnieść. Nic ją nie bolało, po prostu wszystko wydawało się takie ciężkie i bezcelowe. Zawroty głowy i ogólne osłabienie sprawiały, że nawet nie chciała wstawać.
Po co mam wstawać? myślała Zosia. Wszystkie moje najważniejsze sprawy już za mną: dzieci wychowałam, rodziców pochowałam. Teraz zostałam sama, jakby już niepotrzebna. Lata przeleciały tak szybko, niezauważalnie.
Nic jej się nie chciało. Rozejrzała się po pokoju i zauważyła, że z sufitu w kilku miejscach zwisają pajęczyny. Spojrzała przez okno na ogródek, który z czasem zarósł chwastami. Powoli świtało. Zosia zamknęła oczy i zasnęła.
We śnie zobaczyła swoją mamę. Była zaskoczona, bo mama pojawiła się jej we śnie tylko raz, zaraz po pogrzebie. Mama patrzyła na nią z czułością, wyciągała ręce, chcąc ją objąć i pogłaskać po głowie, jak za dawnych lat, ale jakaś niewidzialna ściana nie pozwalała jej na to.
Córeczko, moja kochana powiedziała mama jutro będzie już twój ostatni dzień…
Zosia poderwała się z łóżka, roztrzęsiona.
Jak to ostatni? Tak szybko? Dlaczego? krzyczała w pustkę.
Przyszła jej do głowy myśl: leży tu, w tym łóżku bez życia, dzieci przyjeżdżają, rodzina, znajomi… A w domu bałagan, ogród zaniedbany, do jedzenia nic nie ma. Szybko zaczęła krzątać się po domu, nie wiedząc, w co ręce wsadzić.
W kuchni szybko zarobiła ciasto: Do wieczora urośnie, upiekę drożdżówki. O ile dożyję. Nalała do miski wodę, chwyciła szmatkę i wzięła się za sprzątanie w każdym kącie. Wszystko, co było rozrzucone, uporządkowała. Zabrała się za podłogę.
No, w domu już porządek! westchnęła Zofia.
Teraz ogród. Zbierała chwasty po grządkach, nie czując ani głodu, ani zmęczenia. W głowie huczało tylko: Ostatni dzień! Ostatni dzień!
Dopiero gdy oczyściła ostatni rządek, poczuła, jak bolą ją nogi.
Muszę odpocząć Nie, najpierw skończę wszystko.
Przypomniała sobie o cieście i wbiegła do domu.
Już pachnące drożdżówki były na stole.
No to jak jutro dzieci przyjadą, napiją się herbaty z drożdżówkami, wspomną mamę powiedziała Zosia przez łzy. Spróbuję Ojej, jakie puszyste wyszły!
Zofia usiadła przy oknie i rozmyślała:
Jakże to dobrze żyć na tym świecie
Cóż, trzeba się już przygotować na odejście.
Zaczęła przeglądać swoje ubrania, wybierając, co założyć. W końcu wybrała nową sukienkę, której nigdy jeszcze nie miała na sobie.
Podchodząc do lustra, uczesała się, zrobiła delikatny makijaż, ubrała wybraną sukienkę. Przez chwilę podziwiała swoje odbicie.
No proszę, jak ładnie wyglądam! Toż to do ślubu, a nie na pogrzeb!
Jednak losu nie oszukasz Położyła się na łóżku, gotowa odejść. Ale nie zdążyła. Za oknem zatrzymał się samochód, ktoś zatrąbił.
Pewnie do sąsiadów pomyślała Zosia. Często ktoś do nich przyjeżdża.
Po chwili rozległo się pukanie do drzwi.
Może to dzieci? podbiegła do okna. Nie, to był obcy samochód.
Ależ maszyna! wymsknęło się Zosi. Pewnie się ktoś zgubił i poszła otworzyć. Zdjęła zasuwkę i otworzyła drzwi. Na progu stał mężczyzna, zadbany i przystojny. Zofia spojrzała na niego uważnie.
Jak do ślubu się wystroił! przemknęło jej przez głowę.
Pani Zosia? zapytał mężczyzna.
Tak…
Ja do pani. Przepraszam, że tak późno…
Czego pan potrzebuje? spytała zdziwiona Zofia.
Tak, no… zaczął się jąkać, nie mogąc zebrać słów.
Może się pan pomylił?
Nie, nie, to do pani przyszedłem. Proszę wybaczyć, że tak niespodziewanie.
Trochę późno na wizyty. Słucham pana.
Wiem, przepraszam. Źle skalkulowałem czas, przyjechałem z daleka i nawet się zgubiłem…
Widząc konsternację Zosi, mężczyzna mówił dalej:
Nazywam się Andrzej. Chciałem panią poznać.
A ja dziś miałam zupełnie inne plany pomyślała Zosia.
Skąd pan mnie zna? dopytała.
Wysłałem pani zaproszenie do znajomych na komunikatorze, ale rzadko pani tam bywa, więc postanowiłem odnaleźć pani adres. Opowiem później szczegóły. Postanowiłem przyjechać.
I co ja mam z tobą zrobić? zastanawiała się Zofia.
Andrzeju, wybacz, ale ja już nikogo nie chcę poznawać ani zmieniać swojego życia. Lepiej wróć do domu.
Chyba ma pani rację, powinienem był najpierw zadzwonić. Do widzenia, Zosiu.
Mężczyzna ruszył do samochodu, po drodze wrócił i podał jej pudełko czekoladek.
Proszę mi wybaczyć.
I odszedł.
Zofii zrobiło się nagle przykro i żal tego człowieka. Przejechał taki kawał drogi, pewnie głodny.
Andrzej, poczekaj! Wejdź, chociaż herbaty się napijesz.
Mężczyzna uśmiechnięty wrócił do drzwi.
Bardzo chętnie, Zosiu.
Weszli do domu.
Umyj ręce, ręcznik jest tam rzuciła Zofia.
Postawiła herbatę, położyła drożdżówki.
Może jesteś głodny? spytała.
Jeśli można…
Proszę, częstuj się.
Zofia poczuła, że i sama jest głodna. Szybko nakryła do stołu, cała szczęśliwa, że tyle przygotowała.
Smacznego! rzucili jednocześnie i roześmiali się.
Zofia po raz pierwszy od dawna jadła z apetytem. Z tym zupełnie obcym mężczyzną czuła się dobrze i spokojnie. Andrzej był sympatycznym rozmówcą. Po godzinie miała wrażenie, że zna go od lat.
Zosiu, powiedz tylko, czego ci potrzeba pomogę.
Spojrzała na jego dłonie… i uśmiechnęła się.
Pomoc? Przydałaby się! Stodoła się wali, płot się rozlatuje
Andrzej zadumał się przez chwilę.
Pomogę, wszystko zrobię.
Zaczął się zbierać.
Dziękuję… Tobie, wszystko było pyszne. Na noc się nie narzucam, rozumiem. Do widzenia, Zosiu.
Do zobaczenia, Andrzeju, szczęśliwej drogi!
Zofia posprzątała po kolacji, jeszcze chwilę posiedziała i poszła spać, a raczej znów umierać.
Sen przyszedł szybko, zmęczenie zrobiło swoje.
Córeczko, czemu wczoraj uciekłaś, nie dosłuchałaś mnie? mama czekała na nią we śnie. Dziś był ostatni dzień twojej samotności. Wiem, jak ciężko ci samej, dlatego zesłaliśmy ci anioła. Nie odtrącaj go, on będzie cię chronić, a ty, córuś, dbaj o niego.
Kogo mam chronić, mamusiu? Wasz anioł odszedł, przestraszył się pracy…
Mama uczyniła na niej znak krzyża i zniknęła.
O świcie Zofię obudził szum samochodu. Przez okno zobaczyła ciężarówkę wypełnioną materiałami budowlanymi, podjeżdżającą pod jej dom. Za chwilę przyjechała druga. Robotnicy zaczęli rozładowywać deski.
Ale co to ma znaczyć? Przecież niczego nie zamawiałam…
Chciała wybiec i nakrzyczeć, żeby zabrali materiały, ale zobaczyła Andrzeja, który kierował rozładunkiem.
Kiedy skończyli, wszyscy odjechali.
Zofia wyszła na zewnątrz.
Co za ilość! Z tego dom można postawić!
Przed południem przyjechała jeszcze jedna ciężarówka i zaczęli rozładowywać blachę i inne elementy.
No tak, płot! zorientowała się Zofia. Taka sama przyjeżdżała do sąsiadki. Zawsze podziwiała jej ogrodzenie.
Robotnicy od razu zabrali się do pracy. Pośród nich Zofia rozpoznała Andrzeja, który nie tylko dyrygował, ale również sam sprawnie pracował.
Zofia wyszła na podwórko:
Andrzeju, po co się pan tak trudzi? próbowała zaprotestować.
Zosieńko, nie martw się, wszystko będzie dobrze. Proszę wejść do domu, dziś zimno.
Czuła się całkiem zagubiona. Życie nauczyło ją nie ufać mężczyznom, choć było ich dwóch w jej życiu. Z żadnym nie odnalazła szczęścia. Dlatego radziła sobie sama, nikt nigdy o nią nie dbał. Teraz nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć.
Tymczasem praca trwała w najlepsze. Po paru dniach miała nowy płot, naprawioną stodołę, wymienioną podłogę w domu, zrobiono piec. Ale Zofia wciąż nie wierzyła i w duchu podejrzewała Andrzeja o ukryte intencje.
Czego mu trzeba? Może zaproponować wynagrodzenie?
Ale nie miała tylu pieniędzy.
Dam, ile mam, a resztę oddam, jak będę mogła.
Kiedy zmęczony, ale zadowolony z wykonanej pracy Andrzej wszedł do domu, Zofia powiedziała:
Andrzeju, bardzo panu dziękuję, nie wiem, czemu to wszystko pan dla mnie robi…
Zosiu, daj spokój, nie mów tak.
Zofia podała mu pieniądze, które miała.
Proszę, to niewiele, ale wszystko oddam.
Zwariowała pani? Po co to?
Trzeba zapłacić za pracę.
Andrzej wyszedł z domu. Po chwili Zofia usłyszała odjeżdżający samochód.
Wybiegła na dwór. Andrzej odjechał. Nie było go następnego dnia, ani kolejnych, ani przez tydzień…
Zofia nie wiedziała, co robić. Ból ściskał jej serce. Nie potrafiła o niczym innym myśleć zakochała się, jak dziewczynka.
Po co go zraniłam? I jak mam bez niego żyć? myślała, jakby znała go całe życie.
Wędrowała smutno przez wieś, nie wiedząc, dokąd iść. Zatrzymała ją sąsiadka, która wiedziała wszystko o wszystkich.
Zosiu, nie wypędzaj tego chłopa. Takiego porządnego człowieka dawno u nas nie było!
Ale on już pojechał… odparła smutno.
Oj, nie kłam, jego samochód stoi na zakręcie cały czas.
Gdzie? Zosia ożywiła się.
Na zakręcie do naszej wsi…
Ale Zofia już tego nie usłyszała pobiegła z nadzieją, że zobaczy Andrzeja. Niestety, nie było ani samochodu, ani jego.
Ona sobie zażartowała ze mnie zdecydowała Zofia i wróciła do domu.
W nocy nie mogła zasnąć. Wyszła na ganek, narzuciła na ramiona koc i siadła na schodku.
Czemu ja jestem taka nieszczęśliwa… i taka głupia! wyszeptała do siebie.
Nie mogła już powstrzymać łez. Rozpłakała się.
Nagle ktoś podbiegł, objął ją i zaczął całować po twarzy mokrej od łez.
Zosiu, proszę, nie płacz już! prosił Andrzej.
Andrzeju, gdzie byłeś tak długo? Czemu wyjechałeś?
Nigdzie nie wyjeżdżałem, nie umiem… bo kocham cię.
I ja ciebie też… bardziej niż życie.
Mocniej przytuliła się do swego anioła zesłanego przez mamę.
Dziękuję, mamusiu wyszeptała Zofia i tym razem zapłakała ze szczęścia.
Czasem los daje nam znak i nowy początek właśnie wtedy, gdy wydaje nam się, że wszystko już za nami. Warto otworzyć się na ludzi, bo nigdy nie wiadomo, kiedy zjawi się nasz prawdziwy anioł.


