Dziennik Anny, 14 października
Leżę w łóżku od kilku dni, nie mogąc zebrać się na siłę, by wstać. Nic mnie szczególnie nie boli, ale czuję, jakby cały organizm był wyłączony. Świat wiruje mi w głowie i nawet nie mam ochoty próbować powstać.
Po co miałabym wstawać? myślałam, patrząc w sufit. Przecież wszystko w życiu już zrobiłam: dzieci wychowane, rodziców pożegnałam godnie. Teraz moja rola jakby się skończyła. Te lata przeleciały tak szybko i niezauważenie.
Nie chciało mi się nic. Rozejrzałam się po pokoju w kilku miejscach z sufitu zwisały już pajęczyny. Spojrzałam na okno, a za nim mój ogródek, teraz porosły tylko chwastami. Dzień zaczynał świtać, zamknęłam oczy i zasnęłam.
We śnie przyszła do mnie mama. Byłam naprawdę zaskoczona, bo od trzech lat, od czasu jej pogrzebu, nie śniła mi się ani razu. Uśmiechała się do mnie ciepło, chciała chyba objąć i pogłaskać po głowie, jak dawniej, ale jakaś niewidzialna bariera nie pozwalała jej tego zrobić.
Moja córeczko powiedziała mama jutro już Twój ostatni dzień…
Wystraszona, jakby coś wyrwało mnie z objęć snu, usiadłam gwałtownie na łóżku, trzęsąc się z zimna i lęku.
Ostatni dzień? Już wszystko? Tak wcześnie? wołałam do ciszy.
Wychodząc myślami naprzód, wyobraziłam sobie, jak leżę tu zmarła, dzieci, rodzina, znajomi przyjeżdżają zobaczyć, pożegnać się… Bałagan w domu, ogródek w ruinie, nawet nie ma nic do podania na stół. Zerwałam się i zaczęłam krążyć po domu, nie wiedząc, za co się zabrać.
Na szybko zarobiłam ciasto do wieczora wyrośnie, upiekę drożdżówki. O ile dożyję pomyślałam ironicznie.
Wlałam wodę do miski, chwyciłam szmatę i zaczęłam wycierać kurz ze wszystkich kątków. Posprzątałam wszystko, co stało i walało się bez ładu. Wzięłam się jeszcze za podłogę.
No, teraz jest porządek westchnęłam z ulgą.
Potem wskoczyłam do ogródka. Chodziłam tam jak w amoku, nie czułam głodu ani zmęczenia. W uszach dudniło mi jedno Ostatni dzień! Ostatni dzień!
Kiedy wyrwałam chwasty z ostatniej grządki, dopiero wtedy poczułam, jak nogi odmawiają mi posłuszeństwa.
Trzeba odpocząć. Nie, później, później odpocznę.
Przypomniałam sobie o cieście, więc wróciłam do domu.
Już drożdżówki rumieniły się na stole.
O, jutro przyjadą dzieci, napiją się herbaty z maminych drożdżówek, wspomną mamę powiedziałam przez łzy i spróbowałam jedną. Ach, jakie pulchne!
Usiadłam przy oknie i myślałam:
Jak dobrze jest po prostu żyć na tym świecie.
Nie ma co, czas się szykować w ostatnią drogę.
Przebrałam swoją szafę, wybierając sukienkę na jutro. W końcu padło na tę zupełnie nową, której nigdy wcześniej nie miałam gdzie założyć.
Podeszłam do lustra, zrobiłam sobie fryzurę, delikatny makijaż i włożyłam wybraną kreację. Przejrzałam się w lustrze, nawet polubiłam swoje odbicie.
Piękność! Z takim wyglądem to raczej do ślubu, a nie do grobu!
Ale z losem nie wygrasz… Położyłam się, gotowa umierać. Zanim jednak ogarnął mnie sen, usłyszałam warkot auta przed domem. Ktoś zatrąbił.
Pewnie do sąsiadów pomyślałam, do nich często ktoś przyjeżdża.
Po paru minutach ktoś zapukał, potem znowu.
Może dzieci? zerknęłam przez okno. Nie, nie znałam tego auta.
Niezła bryka mruknęłam pod nosem. Może ktoś się zagubił? Poszłam do drzwi. Otworzyłam. Na ganku stał mężczyzna, całkiem przystojny, zadbany. Spojrzałam na niego uważnie.
Jak na ślub się wystroił przemknęło mi przez głowę.
Pani Anna? spytał.
Tak…
Przepraszam, że bez zapowiedzi… trochę się spóźniłem w drodze.
Coś się stało? spytałam niepewnie.
Tak… mężczyzna zawahał się.
Może pan się pomylił.
Nie, nie, to do pani. Przepraszam za wizytę o tej porze.
Trochę późno na wizyty… Słucham.
Wiem, proszę wybaczyć, źle obliczyłem czas. Jestem z daleka, i jeszcze się zgubiłem
Widząc moje zdziwienie, wyjaśnił:
Nazywam się Sergiusz. Chciałem poznać panią osobiście.
No pięknie! A ja tu miałam zupełnie inne plany pomyślałam.
Skąd mnie pan zna? zapytałam.
Pisałem do pani na Skype, ale rzadko pani tam bywa. Szukałem innej drogi kontaktu przyznaję, trochę nachalnie. Ale postanowiłem przyjechać.
Pomyślałam: I co ja mam z tobą zrobić?
Sergiuszu, proszę wybaczyć, nie szukam już nowych znajomości i nie chcę niczego zmieniać w swoim życiu. Lepiej niech pan wraca do domu.
Chyba ma pani rację… Najpierw powinienem zadzwonić. Przepraszam. Do widzenia, Anno.
Zszedł szybko do auta, po drodze wręczył mi jeszcze drogą bombonierkę.
Przepraszam… powiedział i już miał odchodzić.
Zrobiło mi się go żal. Sam, obcy, całą noc w drodze, na pewno głodny.
Sergiuszu, proszę poczekać. Chodźmy, poczęstuję pana chociaż herbatą.
Rozpromienił się i podbiegł do drzwi.
Bardzo chętnie, Aniu.
Weszliśmy do kuchni.
Umyjcie ręce, proszę, ręcznik wisi.
Zaparzyłam herbatę, na stole postawiłam świeże drożdżówki.
Głodny pan? zapytałam.
Jeśli można…
Oczywiście, częstuj się pan, smacznego.
Zorientowałam się, że sama jestem nieziemsko głodna. Szybko postawiłam talerze na szczęście przygotowałam sporo.
Smacznego powiedzieliśmy oboje na raz i wybuchnęliśmy śmiechem.
Pierwszy raz od dawna tak mi smakowało. Zrobiło się jakoś spokojnie i radośnie z tym nieznajomym. Okazał się świetnym rozmówcą. Po godzinie odnosiłam wrażenie, że znam go całe życie.
Anno, proszę mówić, jeśli czegoś potrzeba, pomogę.
Spojrzałam na eleganckie ubranie Sergiusza i uśmiechnęłam się.
Pomoc? Tak, bardzo by się przydała. Szopa się wali, płot ulega destrukcji…
Zamyślił się, po czym odparł:
Aniu, pomogę, wszystko naprawię.
Szybko się zbierał do wyjścia.
Dziękuję ci… nie proszę na nocleg wiem, że to niezręczne. Do zobaczenia.
Szczęśliwej drogi, Sergiuszu!
Posprzątałam po kolacji, usiadłam jeszcze chwilę i poszłam spać, a raczej położyć się w oczekiwaniu na śmierć.
Zmęczenie zrobiło swoje i zasnęłam od razu.
We śnie znów przyszła mama.
Córeczko, dlaczego uciekłaś wczoraj? Nie dosłuchałaś do końca… To był ostatni dzień twojej samotności. Wiemy, jak ci przykro żyć samej, więc zesłaliśmy ci anioła do pomocy. Nie odpychaj go, będzie cię strzegł. I ty też go strzeż, moja miła.
Kogo mam strzec, mamo? Anioł wasz już wyleciał, przeraził się roboty.
Mama uczyniła nade mną znak krzyża i odeszła w świetle dnia.
Nad ranem obudził mnie hałas pod domem. Spojrzałam przez okno stoi ciężarówka po dach załadowana drewnem i materiałami budowlanymi. Podjechała pod mój dom, zaraz potem kolejna, panowie zaczęli rozładowywać deski.
Co to za cyrk? Niczego nie zamawiałam.
Już chciałam wybiec i krzyknąć, by zabrali wszystko z powrotem, gdy zobaczyłam Sergiusza, rozdzielającego rozładunek.
Gdy pracownicy skończyli, wszyscy odjechali.
Wyszłam przed dom.
No nie! Tu można by nowy dom postawić!
Koło południa kolejne auto, panowie wyładowują blachę, jakieś rury…
Toż to na nowy płot! zrozumiałam, przypomniałam sobie ogrodzenie sąsiadki, zawsze jej zazdrościłam tego nowego płotu.
Panowie ruszyli od razu do pracy. Wśród nich rozpoznałam też Sergiusza, nie tylko dowodził, ale z zapałem majstrował razem z innymi.
Wyszłam do niego:
Sergiuszu, po co to wszystko? próbowałam protestować.
Aniu, nie martw się, będzie dobrze. Idź do środka, dziś chłodno.
Byłam całkowicie skołowana. Życie mnie nauczyło nie ufać mężczyznom a dwóch już w życiu miałam, z żadnym się nie udało. Zawsze radziłam sobie sama, nikt o mnie nigdy nie dbał. Nie wiedziałam, jak się zachować.
Tymczasem praca szła pełną parą. Po paru dniach był nowy płot, nowa szopa, wymienione podłogi w domu, naprawiony piec. Ale ja nadal nie wierzyłam, podejrzewałam Sergiusza o wszystko.
Czego on chce? Może trzeba mu zapłacić?
I tak nie miałam za dużo pieniędzy.
Oddam tyle, ile mam. Resztę, kiedy będę mogła.
Po skończonej robocie, zadowolony, wszedł do domu.
Sergiuszu, jestem ci bardzo wdzięczna, nie wiem nawet, dlaczego wszystko to robisz…
Aniu, daj już spokój tym myślom.
Wyciągnęłam do niego plik banknotów.
Proszę, tu niewiele, ale resztę oddam na pewno.
Co ty, Aniu? Po co? Zatrzymaj te pieniądze, to dla ciebie.
Weź, weź, za pracę trzeba płacić.
Wyszedł, trzaskając drzwiami. Po chwili usłyszałam odjeżdżające auto.
Wybiegłam zniknął. Nie wrócił następnego dnia, ani przez tydzień…
Nie wiedziałam, co zrobić. Czułam w sercu nieznośny ból. Nie mogłam myśleć o niczym, o nikim innym zakochałam się jak nastolatka.
Czemu go obraziłam? Jak ja sobie teraz poradzę? powtarzałam sobie w myślach, jakbym znała go od zawsze.
Szłam drogą, nie wiedząc gdzie i po co, aż zagadnęła mnie sąsiadka, która wszystko zawsze wiedziała najlepiej.
Anka, nie przeganiaj go, popatrz tylko, ile ci pomógł! Dobry chłop z niego!
Wyjechał, i to dawno odpowiedziałam bez nadziei.
A tam, nie mów. Codziennie wieczorem stoi na zakręcie jego auto.
Gdzie? dopytałam.
Przed wjazdem do wsi.
Już nie słuchałam, puściłam się biegiem, byleby go zobaczyć. Ale nie było ani auta, ani Sergiusza.
Po prostu sobie żarty robiła westchnęłam i wróciłam do domu.
Wieczorem spać nie mogłam. Wyszłam na ganek, opatuliłam się kocem i usiadłam na stopniu.
Czemu jestem taka nieszczęśliwa? I taka głupia… powiedziałam na głos i rozpłakałam się.
Nagle ktoś, nie wiadomo skąd, podbiegł, porwał mnie w ramiona i zaczął całować, wycierać łzy z policzków.
Aniu, nie płacz… prosił Sergiusz.
Gdzie byłeś? Dlaczego wyjechałeś?
Wcale nie wyjechałem. Nie mogłem, bo kocham cię.
A ja ciebie. Bardziej niż siebie.
Przytuliłam się do swojego ziemskiego anioła, zesłanego chyba przez mamę z nieba.
Dziękuję, mamusiu wyszeptałam i znów się rozpłakałam, tym razem ze szczęścia.


