Anioł, który ważył sto kilogramów i pachniał tanią kawą
Dziś w dzienniku: Ciężkie myśli. Sala zabaw na oddziale onkologii dziecięcej była dziś wyjątkowo cicha. Taka krucha cisza, jakby wszystko miało się zaraz rozsypać na kawałki. Siedzieliśmy co prawda wśród kolorowych zabawek, ale zupełnie nie było śmiechu jedynie szelest kredek i cichy skrzyp markerów. Za dużo tu tej powagi, jakby te dzieci miały o dwadzieścia lat więcej.
Maluchy dostały dzisiaj zadanie: narysować Anioła Stróża. Każde z nich tak bardzo się starało, że chciało się płakać. Ja, wolontariuszka niedawno skończyłam studia w Krakowie byłam przyzwyczajona do aniołów z kościelnych malowideł: lekkich, pięknych, z jasnymi lokami i oczami jak letnie niebo. Z podziwem chodziłam między stolikami; u Jasia anioł dzierżył wielki miecz, u Zosi skrzydła były puszyste, aż chciało się ich dotknąć. Wszystko bardzo ładne, ale trochę jak z jednego szablonu.
Zatrzymałam się przy Marysi. Siedmioletnia dziewczynka, drobniutka, zupełnie łysa po chemii, blada jak pergamin. Pochyliła się nad kartką, rysując z niebywałą koncentracją, aż wysunęła koniuszek języka z ust.
Zerknęłam i aż zatrzymałam oddech ze zdziwienia. Na jej kartce zamiast zwiewnej postaci, widniała ogromna sylwetka mężczyzny. Okrągły, masywny, bez skrzydeł. Brzuch wielki, owinięty czymś białym, łysa głowa nieco przypominająca ziemniaka, szeroka twarz i ciężkie, krzywe okulary ledwo trzymające się nosa.
Marysiu, kto to? zapytałam cicho, kucając obok. Przecież mieliśmy rysować anioła.
To jest anioł, proszę pani odpowiedziała, nawet nie patrząc na mnie, tylko dalej ostrożnie kolorując brzuch białą kredką.
Ale nie ma skrzydeł? I jest taki okrągły?
Marysia się nie zawahała: Skrzydła są, tylko pod kitlem. Żeby się tu nie pobrudziły. Przecież tu zawsze coś się brudzi.
Uśmiechnęłam się, zbywając jej słowa. Dziecięca fantazja pomyślałam.
Po korytarzu często roznosił się charakterystyczny, ciężki oddech, jak schodzący pociąg do peronu. Szuuu-flap, szuuu-flap ciężkie kroki, aż podłoga drżała. I nagle drzwi do sali się otworzyły i pojawił się Ordynator.
Dr hab. n. med. Paweł Kurlitowski, ordynator oddziału reanimacji. Potężna postać, o twarzy wiecznie mokrej od potu, o podwójnym, a może i potrójnym podbródku. Kitel na nim ledwo się dopinał, okulary zsuwające się na nos. Z nosa nosił wieczny ślad po okularach, a z niego biła woń tytoniu, potu i najtańszej rozpuszczalnej kawy Tchibo. Kto wie, ile już dyżurów spał w kantorku na zapadniętej kanapie na pewno nie pierwszy raz.
Dla mnie zawsze był zmęczonym starym człowiekiem, który chyba już powinien iść na emeryturę. Ale dla dzieci kimś więcej.
No, co tam, artyści? Żyjemy? ryknął głosem, który odbijał się od ścian.
Żyjemy, panie doktorze! zareagowały dzieciaki chórem.
Przeszedł między nimi, ciężko opierając się o oparcia krzesełek. Przy jednym z łóżek zatrzymał się, położył ogromną rękę na czole chłopca podpiętego do kroplówki.
Wytrzymaj, bohaterze. Wyniki przyszły. Damy radę szepnął.
Podszedł też do Marysi. Widziałam nagły błysk w oczach dziewczynki. Wyciągnęła ręce w jego stronę.
Co rysujesz? zapytał chrapliwie. I nagle, patrząc mu prosto w oczy, zobaczyłam nie tylko zmęczenie, ale też niesamowitą energię głębokie, błękitne spojrzenie, jakie mają tylko ci, którzy czuwają nocami.
Ciebie popatrzyła na niego Marysia.
Rozbawiony prychnął, poprawiając okulary. Jeszcze by papier nie wytrzymał
Ale zanim padły inne słowa, na korytarzu zawył alarm. Wszystko zmieniło się w sekundę. Paweł Kurlitowski zerwał się z zadziwiającą jak na swoją posturę zwinnością i wybiegł na zewnątrz.
Każdy siedzi, gdzie siedzi! Kasia, przygotuj zestaw do reanimacji! krzyknął już zza drzwi.
A ja zostałam, ściskając ręce tak mocno, że aż zbielały mi palce. Za ścianą rozległy się krótkie okrzyki, metaliczny szczęk, jego wrzask nie ciepły, a przenikliwy.
Oddychaj! No, dalej! Zostań z nami! Oddychaj!
Ten głos przeszył mnie na wskroś. Był w nim rozkaz i błaganie.
Czterdzieści minut czekania, choć wydawało się, że całą wieczność. Dzieci nie rysowały, czekały, wpatrzone w drzwi. W końcu otworzyły się i wszedł on cały mokry, z ciemną plamą potu na fartuchu i krwią na rękawie. Zdjął okulary, przetarł twarz dłonią, po czym usiadł z jękiem na maleńkim krzesełku, które aż zatrzeszczało pod jego ciężarem.
Udało się Śpi wyszeptał.
Patrzyłam na niego jak zahipnotyzowana. I nagle coś we mnie pękło. Zamiast brudnego, spoconego, ciężkiego człowieka, zobaczyłam ogrom masy poświęcenia i czułości coś, czego nie uniesie żaden złotoskrzydły serafin. Tylko taki anioł, jak z rysunku Marysi, jest w stanie utrzymać te kruche, dziecięce dusze na tej ziemi, by nie uleciały. Potrzebny był ktoś ciężki, ciepły, twardo stąpający po ziemi, kto w ostatniej chwili zatrzyma oddech śmierci i krzyknie z głębi gardła: Nie puszczę!.
Jego łysa głowa lśniła pod światłem lampy niczym aureola nie złota, lecz zwyczajnie robocza, mokra od potu i zmęczenia.
Marysia podeszła i objęła jego grubą nogę wyżej nie sięgała. A nie mówiłam? On ukrywa skrzydła. Żeby nam nie wiało powiedziała szeptem do mnie, patrząc mądrze jak dorosła.
Paweł Kurlitowski położył dużą dłoń na jej głowie, a palce mu drżały.
Wytrzymajcie, kochani Jeszcze trochę wyszeptał.
Odwróciłam się do okna, bo już nie mogłam dłużej patrzeć. Poczułam łzy na policzkach. Wstydziłam się. Szukałam piękna tam, gdzie jest blask i wzniosłość. A ono od dawna siedziało tuż przede mną, spocone i zwyczajne, na omszałym krześle nieforemne, niezgrabne, ale najświętsze na świecie.


