Dzisiaj znów myślałem o mojej sąsiadce, Halinie. Jej matka, Stanisława, od lat mieszkała sama. Kiedyś słynęła z tego, jak wspaniale gotowała. Przyrządzała najlepsze pierogi i szarlotki, częstując nie tylko rodzinę, ale i całą okolicę.
Halina jednak wstydziła się matki prostej wiejskiej kobiety, która całe życie przepracowała w polu. Po śmierci męża Stanisława została zupełnie sama. Córka rzadko ją odwiedzała, a z czasem matka zaczęła zapominać o drobiazgach, czasem mówiąc rzeczy bez ładu i składu.
Pewnego dnia Halina weszła do domu i poczuć można było duszący swąd. Okazało się, że matka zostawiła włączony piekarnik.
Co ty wyprawiasz?! Nawet wody zagotować nie umiesz? Dom nam spalisz! krzyknęła Halina.
Przepraszam, córeczko, nigdy mi się to nie zdarzyło! tłumaczyła się Stanisława.
Z czasem jej zdrowie podupadało. Ledwo poruszała się po domu. Pewnego dnia zadzwoniła do córki:
Halinko, źle się czuję Ciśnienie mi skoczyło, możesz przyjechać?
A ja jestem doktorem? Dzwonić po pogotowie! Halina rzuciła słuchawkę.
W końcu Stanisława przestała wstawać z łóżka. Halina zaczęła przyjeżdżać co tydzień, kupując najtańsze produkty, sprzątając byle jak i wyrzucając śmieci. Zawsze przy tym burczała:
Jak można mieszkać samej i robić taki syf? Wstydziłabyś się!
Zwykle trzaskała drzwiami i odchodziła. W końcu matka już nawet nie wstawała. Halina zaglądała tylko co drugi dzień, zostawiała jedzenie i wodę przy łóżku i uciekała. Aż pewnego dnia Stanisława nie obudziła się więcej.
Po pogrzebie Halina zaczęła przychodzić na grób niemal codziennie.
Tęsknię za moją kochana mamusią Była najcudowniejszą osobą na świecie! powtarzała.
Czy naprawdę zapomniała, jak ją zaniedbywała? Jak można teraz udawać, że była idealną córką? Szkoda słów. I dziś sobie uświadomiłem nie ma nic gorszego niż żałować dopiero wtedy, gdy już za późno.



