Zofia w swoim trzydziestym piątym roku życia sądziła, że nie zazna kobiecego szczęścia, ale los postanowił inaczej Poznali się i zeszli, kiedy oboje mieli już prawie czterdzieści lat. Andrzej był wówczas wdowcem od trzech lat. Zofia nigdy nie wyszła za mąż, ale urodziła syna. Jak to ludzie mówią, urodziła go dla siebie. W młodości miała znajomość z przystojnym, czarnowłosym Markiem, który obiecywał ślub i oczarował młodą Zosię. Dała wiarę tym obietnicom, które okazały się nic niewarte. Jak później wyszło na jaw, ten zalotnik z miasta miał już żonę.
Nawet żona Marka przychodziła do Zofii i prosiła, żeby nie niszczyła cudzej rodziny. Młoda i niedoświadczona Zosia uległa. Dziecko jednak postanowiła zatrzymać.
Tak się stało. Zofia urodziła Tomka. I ten syn stał się dla niej jedyną pociechą oraz radością. Tomek był u niej dobrze wychowany i ładnie się uczył. Po skończeniu szkoły wstąpił na uniwersytet ekonomiczny. Andrzej kilka razy zaglądał do Zofii. Proponował, żeby zamieszkać razem. Kobieta jednak się wahała, choć Andrzej jej się podobał. Zofię jakoś krępował własny syn i myśl o tym, by wreszcie być szczęśliwą. Pewnego wieczoru Tomek postanowił porozmawiać z mamą. Powiedział, że nie ma nic przeciwko: Mamo, ja i tak już nie będę mieszkał w domu. Wujek Andrzej to solidny człowiek. Tylko żeby ciebie nie obrażał. Dla mnie najważniejsze, żebyś była szczęśliwa. Syn Andrzeja też nie był przeciwny.
Tak więc zaczęli żyć razem. Pobrali się i urządzili skromne przyjęcie. Zofia pracowała w wiejskiej bibliotece, a Andrzej jako agronom. Robili wszystko wspólnie. Prowadzili gospodarstwo domowe, trzymali zwierzęta, uprawiali ogród. Kochali się i szanowali, szkoda tylko, że Bóg nie dał im wspólnych dzieci.
Obaj synowie się ożenili i doczekali wnuków. Za każdym razem na święta przygotowywali upominki dla dzieci i wnuków. Domowe jajka, mleko, śmietanę, wieprzowinę i kurczaka. W święta w ich domu zbierało się mnóstwo gości. Wtedy Zofia z Andrzejem siedzieli przy stole i cieszyli się. Radowali się, że mają z kim obchodzić te dni.
Tylko wieczorami, gdy to starsze małżeństwo kładło się spać, każdy z nich cichutko myślał: oby odejść z tego świata jako pierwszy I nigdy nie czuć się samotnym.
Lata robiły swoje. I pewnego razu nieszczęście się jednak przyplątało Rano Zofii zrobiło się niedobrze, gdy właśnie zaczynała gotować zupę w kuchni. Starsza kobieta upadła. Andrzej z pomocą sąsiadów wezwał pogotowie. Lekarze orzekli, że Zofię dopadł udar. Wszystkie funkcje organizmu były sprawne, oprócz jednej. Zofia nie mogła już chodzić. Tomek z żoną przyjeżdżał odwiedzić matkę. Dał pieniądze na leki i odjechał.
Andrzej wynajął samochód, a gdy żonę wypisano ze szpitala, z pomocą sąsiada wnieśli ją do domu.
Wszystko będzie dobrze pocieszał żonę ty tylko żyj. Nawet jeśli będziesz tylko siedzieć i rozmawiać ze mną. Tylko żyj. A ja dam sobie radę ze wszystkim. Tylko mnie nie opuszczaj, moja gołąbko!
Andrzej starannie opiekował się żoną. Po miesiącu przesiadła się na fotel. Pomagała mu w kuchni. Nadal wszystko robili razem. Obierali ziemniaki i marchewkę, przebierali fasolę. Nawet piekli chleb. Wieczorami Zofia i Andrzej rozmawiali o tym, jak będą żyć dalej. Zima była tuż przed nimi. A Andrzejowi brakowało sił na rąbanie drewna.
Może dzieci zabraliby nas na zimę do siebie, a wiosną i latem dalibyśmy radę sami
W weekend przyjechał Tomek z żoną. Synowa Anna, rozejrzawszy się po całym pokoju, stwierdziła:
Będzie trzeba was, gołąbki, rozdzielić. Matkę zabierzemy w przyszłym tygodniu. Ja przygotuję pokój. I przyjedziemy.
A co ze mną? niezręcznie szepnął Andrzej. Przecież nigdy się nie rozstawaliśmy. Dzieci, jak to możliwe.
No ale to było wcześniej, kiedy mieliście siły na gospodarstwo i mogliście sami o siebie dbać, a teraz jest inaczej. Niech was też syn zabierze do siebie. Razem nikt was nie zabierze.
Tomek z żoną pojechali do domu. Andrzej i Zofia westchnęli z goryczą i zastanawiali się, co robić dalej. Każdy z nich, zasypiając, marzył, by nie obudzić się rano i nie widzieć tego wszystkiego.
W następny weekend przyjechali obaj synowie. Zaczęli pakować rzeczy. Andrzej siedział przy łóżku Zofii. Bez przerwy na nią patrzył, wspominając ich młode lata. I płakał Przytulił się do chorej żony. I szepnął:
Wybacz Zosiu, że tak nam się ułożyło Gdzieś zawiedliśmy przy wychowaniu dzieci. Rozdzielają nas jak zbędne kocięta. Wybacz. Kocham cię.
Zofia chciała pogłaskać męża po policzku, ale nie miała już sił Andrzej wyszedł, ocierając łzy rękawem. A gdy już siedział w samochodzie, łez nie ocierał
Potem syn z żoną oraz sąsiad zabrali się do Zofii, owinęli ją w koc i w tym kocu zaczęli wynosić z domu nogami naprzód. Chora kobieta pomyślała, że to bardzo symboliczne Zofia nawet nie stawiała oporu, jakby jej nie było, gdy wyjechał Andrzej. I chora kobieta tylko pragnęła nie doczekać wieczora.
Minął tydzień. W pogodny jesienny dzień, właśnie na Wszystkich Świętych, ich marzenie się spełniło. Zofia i Andrzej spotkali się w innym świecie.Zofia w swoim trzydziestym piątym roku życia sądziła, że nie zazna kobiecego szczęścia, ale los postanowił inaczej Poznali się i zeszli, kiedy oboje mieli już prawie czterdzieści lat. Andrzej był wówczas wdowcem od trzech lat. Zofia nigdy nie wyszła za mąż, ale urodziła syna. Jak to ludzie mówią, urodziła go dla siebie. W młodości miała znajomość z przystojnym, czarnowłosym Markiem, który obiecywał ślub i oczarował młodą Zosię. Dała wiarę tym obietnicom, które okazały się nic niewarte. Jak później wyszło na jaw, ten zalotnik z miasta miał już żonę.
Nawet żona Marka przychodziła do Zofii i prosiła, żeby nie niszczyła cudzej rodziny. Młoda i niedoświadczona Zosia uległa. Dziecko jednak postanowiła zatrzymać.
Tak się stało. Zofia urodziła Tomka. I ten syn stał się dla niej jedyną pociechą oraz radością. Tomek był u niej dobrze wychowany i ładnie się uczył. Po skończeniu szkoły wstąpił na uniwersytet ekonomiczny. Andrzej kilka razy zaglądał do Zofii. Proponował, żeby zamieszkać razem. Kobieta jednak się wahała, choć Andrzej jej się podobał. Zofię jakoś krępował własny syn i myśl o tym, by wreszcie być szczęśliwą. Pewnego wieczoru Tomek postanowił porozmawiać z mamą. Powiedział, że nie ma nic przeciwko: Mamo, ja i tak już nie będę mieszkał w domu. Wujek Andrzej to solidny człowiek. Tylko żeby ciebie nie obrażał. Dla mnie najważniejsze, żebyś była szczęśliwa. Syn Andrzeja też nie był przeciwny.
Tak więc zaczęli żyć razem. Pobrali się i urządzili skromne przyjęcie. Zofia pracowała w wiejskiej bibliotece, a Andrzej jako agronom. Robili wszystko wspólnie. Prowadzili gospodarstwo domowe, trzymali zwierzęta, uprawiali ogród. Kochali się i szanowali, szkoda tylko, że Bóg nie dał im wspólnych dzieci.
Obaj synowie się ożenili i doczekali wnuków. Za każdym razem na święta przygotowywali upominki dla dzieci i wnuków. Domowe jajka, mleko, śmietanę, wieprzowinę i kurczaka. W święta w ich domu zbierało się mnóstwo gości. Wtedy Zofia z Andrzejem siedzieli przy stole i cieszyli się. Radowali się, że mają z kim obchodzić te dni.
Tylko wieczorami, gdy to starsze małżeństwo kładło się spać, każdy z nich cichutko myślał: oby odejść z tego świata jako pierwszy I nigdy nie czuć się samotnym.
Lata robiły swoje. I pewnego razu nieszczęście się jednak przyplątało Rano Zofii zrobiło się niedobrze, gdy właśnie zaczynała gotować zupę w kuchni. Starsza kobieta upadła. Andrzej z pomocą sąsiadów wezwał pogotowie. Lekarze orzekli, że Zofię dopadł udar. Wszystkie funkcje organizmu były sprawne, oprócz jednej. Zofia nie mogła już chodzić. Tomek z żoną przyjeżdżał odwiedzić matkę. Dał pieniądze na leki i odjechał.
Andrzej wynajął samochód, a gdy żonę wypisano ze szpitala, z pomocą sąsiada wnieśli ją do domu.
Wszystko będzie dobrze pocieszał żonę ty tylko żyj. Nawet jeśli będziesz tylko siedzieć i rozmawiać ze mną. Tylko żyj. A ja dam sobie radę ze wszystkim. Tylko mnie nie opuszczaj, moja gołąbko!
Andrzej starannie opiekował się żoną. Po miesiącu przesiadła się na fotel. Pomagała mu w kuchni. Nadal wszystko robili razem. Obierali ziemniaki i marchewkę, przebierali fasolę. Nawet piekli chleb. Wieczorami Zofia i Andrzej rozmawiali o tym, jak będą żyć dalej. Zima była tuż przed nimi. A Andrzejowi brakowało sił na rąbanie drewna.
Może dzieci zabraliby nas na zimę do siebie, a wiosną i latem dalibyśmy radę sami
W weekend przyjechał Tomek z żoną. Synowa Anna, rozejrzawszy się po całym pokoju, stwierdziła:
Będzie trzeba was, gołąbki, rozdzielić. Matkę zabierzemy w przyszłym tygodniu. Ja przygotuję pokój. I przyjedziemy.
A co ze mną? niezręcznie szepnął Andrzej. Przecież nigdy się nie rozstawaliśmy. Dzieci, jak to możliwe.
No ale to było wcześniej, kiedy mieliście siły na gospodarstwo i mogliście sami o siebie dbać, a teraz jest inaczej. Niech was też syn zabierze do siebie. Razem nikt was nie zabierze.
Tomek z żoną pojechali do domu. Andrzej i Zofia westchnęli z goryczą i zastanawiali się, co robić dalej. Każdy z nich, zasypiając, marzył, by nie obudzić się rano i nie widzieć tego wszystkiego.
W następny weekend przyjechali obaj synowie. Zaczęli pakować rzeczy. Andrzej siedział przy łóżku Zofii. Bez przerwy na nią patrzył, wspominając ich młode lata. I płakał Przytulił się do chorej żony. I szepnął:
Wybacz Zosiu, że tak nam się ułożyło Gdzieś zawiedliśmy przy wychowaniu dzieci. Rozdzielają nas jak zbędne kocięta. Wybacz. Kocham cię.
Zofia chciała pogłaskać męża po policzku, ale nie miała już sił Andrzej wyszedł, ocierając łzy rękawem. A gdy już siedział w samochodzie, łez nie ocierał
Potem syn z żoną oraz sąsiad zabrali się do Zofii, owinęli ją w koc i w tym kocu zaczęli wynosić z domu nogami naprzód. Chora kobieta pomyślała, że to bardzo symboliczne Zofia nawet nie stawiała oporu, jakby jej nie było, gdy wyjechał Andrzej. I chora kobieta tylko pragnęła nie doczekać wieczora.
Minął tydzień. W pogodny jesienny dzień, właśnie na Wszystkich Świętych, ich marzenie się spełniło. Zofia i Andrzej spotkali się w innym świecie.



