18 października 2025
Dziś wieczorem znów siedzę przy starej, skrzypiącej ławie w moim domu w Wólce Kłosowej i próbuję poukładać w głowie to, co się wydarzyło. Znowu widzę przed sobą tę chudą twarz Starej Tekli, której zmarszczki wydają się wyżłobione przez lat tysiąc płaczu. Łzy spływają po jej bladych policzkach, a ona macha rękami, jakby szukała słów, których nie potrafi już wypowiedzieć. Przypomina mi to niemowlę, które jęczy, ale nie rozumie, co się dzieje. Mężczyźni wokół drapią się po głowach, a kobiety otaczające ją patrzą, jakby chciały pojąć, co takiego przeżywa staruszka.
Od wschodu słońca Tekla, rozwścieczona żalem, biegała po wiosce, stukając w okna i płacząc do upadłego. Zawsze była niema i wyglądała, jakby nie pochodziła z tego świata. Mieszkańcy trzymali się od niej z daleka, choć nigdy jej nie krzywdzili. Nie wiedząc, co zrobić, posłali po Fryderyka pijaka i żartownisia, jedynego, który znał każdy zakamarek domostwa i często pomagał przy codziennych pracach w zamian za obiad i butelkę żytniej wódki.
Fryderyk przybył, jeszcze szkaradnie opryskany po nocnym hucie, przedrążył się przez tłum ludzi zgromadzonych wokół Tekli. Staruszka rzuciła się na niego, jęcząc i falując ramionami, jakby chciała wyrazić coś, czego nikt inny nie rozumiał. Tylko on potrafił pojąć jej rozpacz. Kiedy w końcu przestała, Fryderyk stał się ciemniejszy niż burzowe niebo, zdjął kapelusz i spojrzał na tłum, który niecierpliwie czekał na odpowiedź.
No więc, mówcie! wykrzyknął ktoś z tłumu.
Zaginęła Jadwiga! oznajmił, mówiąc o siódmolatce, wnuczce Tekli.
Jak? Kiedy? wydały się krzyknąć kobiety.
Mówi, że matka w nocy ją porwała! wyszeptał przerażony mężczyzna.
Wszyscy w wiosce drgnęli. Kobiety przyłożyły się do krzyżyków, mężczyźni nerwowo zapalili cygara.
Czyżby umarła matka mogła zabrać dziecko? krzyknął jeden z mieszkańców, nie wierząc w to, co słyszy.
Wszyscy wiedzieli, że trzy miesiące temu matka dziewczynki, Grażyna, utopiła się w bagnie pod Lublinem. Grażyna była od urodzenia niema. Pojechała z kobietami po jagody, a w bagnie spotkał ją nieszczęśliwy los. Zagubiła się, wpadła w bagno i nie mogła wezwać pomocy, jedynie jęczała. Nikt nie usłyszał jej wołania. Jadwiga została sierotą, ciężkim brzemieniem dla starej Tekli. Nie było ojca, bo matka nigdy nie wyjawiła imienia ojca. Plotkowano, że może to był niewykształcony chłopak, którego wszyscy nazywali Fedeł.
Tekla znowu ryknęła ze smutku, machając rękami.
Co ona tak mówi? szepnęły ciekawskie kobiety. O co chodzi, Fryderyku?
Mówi, że co noc przychodzi duch matki, a Tekla paliła świece i wypalała krzyże nad drzwiami, chroniąc się i wnuczkę przed złymi mocami. Grażyna nie dała za wygraną: kręciła się po krawędziach, zaglądała w okna i cicho wzywała swoją córkę. Tego wieczoru, w blasku księżyca, zjawa o bladym obliczu i nieżywych oczach stała przy oknie, szepcząc, by przyciągnąć Jadwigę. Tekla odganiała dziewczynkę, a gdy odwróciła się, zjawa odsunęła zasłonę i jakby wciągnięta w sen przegapiła moment, kiedy duch porwał Jadwigę. Musimy szukać! dodał Fryderyk, wycierając pot ze czoła.
Mężczyźni stęśliwi zgrzytali zębami i rozbiegli się po podwórka, jedni z karabinem, inni z psami. Fryderyk, nie chcąc zostawać w stanie widma, ruszył w pośpiechu w drogę.
Wkrótce grupy podzieliły się na patrole. Najpierw przeszukali podwórka, potem cmentarz, lecz na nic nie natrafili. Pozostało jedynie wyruszyć do puszczy, a później do przeklętego bagna, gdzie spoczywała Grażyna. Po krótkim odpoczynku wyruszyli w drogę.
Na skraju lasu natrafili na ślady małych, boso stąpających stópek. Psy wyciągnęły się i pobiegły w głąb zarośli. Biegły tam i z powrotem, męcząc swoich właścicieli, jakby kogoś prowokowały.
Pierwsze zmierzchy przytłumiły koronę drzew, kiedy myśliwskie psy, ciężko dysząc i jęcząc, padły na ziemię. Z nimi upadli i ich panowie. Młodsi i bardziej wytrzymali wędrowali dalej po bagnie.
Każda minuta wyczerpywała nadzieję. Fryderyk stąpał ostrożnie, bojąc się wpaść w błoto, tak bardzo wciągnięty w poszukiwania, że nie zauważył, iż oddzielił się od reszty. Znał to bagno nie od nowa, więc ruszył dalej.
Gdzie jesteś, Jadwigo? chrapnąc, zaglądał w ciemne wody.
Nagle, z odległości kilkuset metrów, rozległ się skowronek krakania. Czarny wron, wielki jak pół koloru jesiennego liścia, usiadł na gałęzi sosny, patrząc wprost na mnie.
Krrakrra! wydał złowrogi dźwięk. Serce mi zadrżało. Coś w tym krzyku przyciągnęło mnie jak magnes. Pobiegłem w stronę drzewa.
Pod miękką mchem u korzeni, zwinięty w kulkę, leżała dziewczynka.
Jadwiga! wyszeptałem, bojąc się ją przestraszyć.
Otworzyła oczy i spojrzała na mnie uważnie.
Żywa! odetchnąłem z ulgą. Zdjąłem koszulę i owinąłem ją w cieple.
Jak tu trafiłaś? mruknąłem.
Dziewczyna, mimo że była niema, nagle odezwała się.
Z mamą przyszłam wyszeptała niespodziewanie.
Nie mogłem uwierzyć własnym uszom.
To cud! podniosłem ją na ramiona i zmierzałem w stronę wioski.
Mów, kochana, jeszcze coś? namawiałem.
Mamka zamieniła się w żonę bagiennego ducha i chciała mnie zabrać do swego nowego domu, ale nie pozwolił mu ktoś. wyznała.
Kto? zapytałem, nie rozumiejąc.
Dziadek. Stary, ale silny i mądry. My, ludzie, nazywamy go Lśniem. Zbeształ mamę, mówiąc: Nie zabijaj swego własnego dziecka! Nie ma tu miejsca dla mnie w bagnie. Żyjąc, jeszcze przydadę się ludziom i lasowi. dodała, a nagle jej usta otworzyły się i strumień słów popłynął niczym strużka. Lśni opowiedział mi wszystko, i teraz wiem wszystko!
I co wiesz? zapytałem, gardło ściskał dreszcz.
Że drzewa mówią, a trawy szepczą. A ty jesteś mój tata, kochany! wykrzyknęła nagle.
Zamarłem. Położyłem Jadwigę delikatnie na ziemi, usiadłem na kolanach i przyglądałem się jej policzkom pokrytym piegami.
A to ci też Lśni powiedział? spytałem.
Tak! kiwnęła głową i objęła moją szyję słabymi ramionami.
Niepewnie przytuliłem ją.
Czy naprawdę jest moja? drgnął we mnie niepokój.
Zdarzyło się to kiedyś z Grysia; po tej nocy dziewczyna zamykała oczy, jakby nic się nie stało. Z czasem zniknęła, wyjechała do ciotki w inną wioskę i wróciła z dzieckiem.
No widać, ludzie nie kłamią, że tak wygląda moja córka pomyślałem.
Jadwiga cofnęła się o krok, wyciągnęła rękę i otworzyła pięść. Na dłoni widać było czerwoną jagodę.
Zjedz! rzekła. Lśni tak kazał!
Zjadłem jagodę.
Kwaśna zmarszczyłem brwi.
Od dziś nie będziesz pił! oznajmiła i pociągnęła mnie w stronę domu.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Czyżby naprawdę przestałem pić? Nie wierzyłem w jej słowa, ale podjąłem wyzwanie.
Rzeczywiście, od tego dnia przestałem sięgać po wódkę. Zająłem się rodziną, przyjąłem Jadwigę za swoją córkę, wychowałem ją i nauczyłem wszystkiego, co potrafiłem. Ona stała się uzdrowicielką, pomagając ludziom i zwierzętom, lecząć różne choroby i nigdy nie odmawiając pomocy. Często wędrowała po puszczy i bagnach, szukając ziół i jagód, a zawsze wracała cała i nienaruszona, jakby czuwał nad nią jakiś opiekun.
Zapisuję to w tym pamiętniku, bo chcę, by pamięć o tych wydarzeniach nie zgasła. Moje serce wciąż drży, ale jednocześnie czuje spokój, że w końcu znalazłem sens.
Koniec wpisu.



