**Dziennik**
Znowu Weronika obudziła się od głośnej kłótni w kuchni. Jak zawsze, kłócili się mama i tata, a do tego ich znajomi, którzy przyszli wieczorem. W swoim dziewięcioletnim życiu dziewczynka nie widziała nic dobrego. Myślała, że istnieje takie życie, gdzie rodzice kochają swoje dzieci, ale ona nie wiedziała, jak to jest.
Narzuciwszy swoją starą, dawno niepraną sukienkę, Weronika cichutko przemknęła obok kuchni, bojąc się, że ją zauważą. Ale rodzice mieli ważniejsze sprawy. Na podłodze leżały puste butelki, wszyscy przy stole byli pijani.
Szybko uciec, nie chcę tego słuchać myślała Weronika.
Wymknęła się z domu na podwórko i schowała za starą stodołą to było jej miejsce. Tu było cicho i nie słychać było krzyków rodziców. Często siadywała tu, obejmując kolana i kurcząc się w kłębek.
Była bardzo głodna. Płakała z tego powodu, rozcierając łzy po twarzy. Odkąd pamiętała, jej rodzice zawsze pili. Kłótnie, krzyki, butelki, tłuczenie naczyń, a nawet bójki to wszystko widziała.
Teraz było lato, ciepło, więc uciekała z domu. Ale gdy było zimno, wracała ze szkoły, siadała do lekcji, a jeśli słyszała awanturę, chowała się w kącie swojej małej izdebki za łóżkiem. Czekała, aż krzyki ucichną. Bała się, bo mogła oberwać przy okazji. Ojciec czasem podnosił na nią rękę.
Czas mijał, ale w jej życiu nic się nie zmieniało. Jedzenia w domu zawsze było mało. Weronika przyzwyczaiła się jeść niewiele, była bardzo chuda. Szczególnie trudno było tego lata. Jeśli wcześniej czasem widziała matkę trzeźwą i rozmawiała z nią, teraz było tylko gorzej.
Babci i dziadka Weronika nie miała. Jej ojciec był z domu dziecka, a babcia zmarła, gdy dziewczynka się urodziła. Sąsiedzi współczuli, koleżanki ze szkoły dzieliły się z nią drożdżówkami, nie dokuczały.
Dziś też siedziała za stodołą, szlochając i marząc:
Może wkrótce mama i tata przestaną się kłócić? Tak bardzo chcę, żeby jutro było inne, lepsze.
Ochłonąwszy, Weronika podniosła głowę i zobaczyła, że na sąsiedzkiej gruszy za płotem dojrzewały owoce. Nie były duże, ale niektóre miały różowy boczek. Wpatrywała się w nie zahipnotyzowana, tak bardzo chciała jeść.
Gdybym tylko mogła zerwać gruszkę… Czy zobaczą, jeśli wejdę do ogrodu? A jeśli złapią, powiedzą, że jestem złodziejką.
Długo się wahała. Przez wysokie drzewa widziała stary, piętrowy dom i wiedziała, że mieszka tam starsza kobieta. Widziała ją kilka razy, gdy wychodziła z furtki.
Ciekawe, czy mieszka tam sama?
Dla Weroniki dom wydawał się ogromny, bo sama była malutka. Dom miał mansardę, a mieszkała w nim Łucja Nowakowska. W tym roku skończyła pięćdziesiąt osiem lat. Z wyglądu surowa, praca odcisnęła na niej piętno. Całe życie pracowała w policji.
Pokusa okazała się silniejsza. Weronika, obejrzawszy stary drewniany płot, znalazła spróchniałą deskę. Przez tę dziurę mogła się przecisnąć. Najpierw wsunęła głowę, potem resztę i znalazła się po drugiej stronie.
Rozejrzała się, podeszła do drzewa i uśmiechnęła się. Zobaczyła opadłe gruszki, które pewnie dojrzały i spadły. Szybko chwyciła jedną i wgryzła się w nią. Wydawało jej się, że nigdy nie jadła nic lepszego. Nie zauważyła, gdy kończyła już trzecią.
Była tak zajęta, że nie spostrzegła, gdy podeszła do niej właścicielka posesji Łucja Nowakowska, postawna, z krótko ściętymi ciemnymi włosami, w granatowych spodniach i wiśniowej koszulce.
Wiedziała o dziewczynce, widywała ją wielokrotnie. Z okna mansardy obserwowała ich podwórko, choć drzewa zasłaniały widok. Widziała, jak dziecko chowa się za stodołą.
Witaj, dziewczynko przemówiła, gdy Weronika kończyła jeść. Dziewczynka drgnęła i skuliła się.
Bała się, że złapano ją na kradzieży i teraz będzie kara, jak u rodziców. Powoli odwróciła się i podniosła przestraszone oczy, z których lada chwila miały popłynąć łzy.
Lecz ujrzawszy łagodne spojrzenie kobiety, opanowała się i cicho odpowiedziała:
Dzień dobry.
Jak masz na imię? spytała sąsiadka, lekko się pochylając.
Weronika szepnęła.
Rozumiem, Weroniko. Pewnie jesteś głodna. Chodź do mnie, akurat zamierzałam napić się herbaty z konfiturami. Będzie mi raźniej w towarzystwie. Możesz mówić mi ciociu Łucjo.
Weronika nie wierzyła własnym uszom. Stała jak wryta.
No cóż, chodź powtórzyła łagodnie Łucja.
Dziewczynka poszła za nią. W domu było pięknie i przytulnie tak jej się zdawało, bo nigdy nie widziała porządku u siebie.
Tu się umyj, a potem siadaj do stołu.
Łucja postawiła drugi kubek, nalała herbatę, podała ciastka, konfitury i kanapki z serem. Weronika nie mogła oderwać wzroku.
Jedz, ile chcesz powiedziała ciepło.
Dziewczynka jadła, nie podnosząc głowy. Widać było, jak jest głodna. Łucja patrzyła na nią ze smutkiem.
Sama żyła dobrze. Bóg dał jej pracę, męża który zmarł cztery lata temu przyzwoitą emeryturę, przyjaciół, ale nie dał dzieci. Teraz, patrząc na Weronikę, serce ściskało jej się z żalu.
Gdy dziewczynka się najadła, rozpromieniła się i podziękowała.
A gdzie twoi rodzice? Czemu się chowałaś? spytała ostrożnie Łucja.
Weronika wzruszyła ramionami i machnęła ręką w stronę domu.
Tam… nie są sami. Jej oczy znów zaszły łzami, więc Łucja nie pytała więcej.
Możesz przychodzić, kiedy chcesz. Mieszkam sama, już nie pracuję. Chcesz, pokażę ci album ze zdjęciami?
Weronika skinęła głową. Nie chciała wychodzić, a Łucja chciała zatrzymać ją jak najdłużej, by nie musiała patrzeć na rodziców. Zostawiła ją na obiad, nakarmiła naleśnikami z serem.
Tak zaczęła się ichTak minęło pięć dni, a Weronika codziennie przychodziła do cioci Łucji, aż pewnego ranka sąsiadka znalazła przed drzwiami małą torbę z ubraniami i kartką: „Zabrali mnie do domu dziecka, ale proszę, niech pani mnie nie zapomina”.



