Warsztat po teściu i rachunek na 90 tysięcy złotych

Nazywam się Bartosz Wieczorek, mam trzydzieści cztery lata i przez osiem lat byłem mężem Kingi. Piszę to, bo w tej historii, którą ludzie już sobie opowiadają po swojemu, ja wychodzę na człowieka, który okradł własną teściową. A było zupełnie inaczej, tylko nikt mnie nie pytał, jak to wyglądało z mojej strony.

Teściowa, Halina Kowalik, prowadziła warsztat samochodowy przy Grunwaldzkiej w Bydgoszczy — trzy stanowiska, kanał, kompresor, który darł się jak stary traktor. Warsztat założył jej mąż, ojciec Kingi, jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Zmarł na zawał, kiedy ja i Kinga byliśmy po ślubie może rok. Halina nigdy się na mechanice nie znała — trzymała papiery, płaciła ZUS, a całą robotę od dwudziestu lat robił jeden i ten sam brygadzista, pan Zenon.

Ja skończyłem technikum samochodowe, potem trochę pojeździłem po zachodzie — dwa lata w Holandii, spawanie w serwisie ciężarówek. Kiedy wróciłem, teściowa sama mnie zagadnęła przy wigilijnym stole: „Bartek, może byś wziął ten warsztat w swoje ręce, bo ja się już nie znam, a Zenon się starzeje". Nikt mnie tam nie wpychał. To ona przez pół roku mnie namawiała.

Podpisaliśmy umowę u notariusza przy Dworcowej — pamiętam, bo padał deszcz i parkowałem trzy razy, zanim znalazłem miejsce. Przeniosła na mnie połowę udziałów w działalności, ja miałem dołożyć swoją pracę i dwadzieścia tysięcy złotych na nowy podnośnik dwukolumnowy, bo stary już nie miał atestu. Zrobiłem to. Warsztat po roku zarabiał dwa razy więcej — wziąłem zlecenia od floty kurierskiej, DPD stało u nas na przeglądach co miesiąc.

I wtedy zaczęło się psuć małżeństwo. Nie przez warsztat — przez to, że Kinga chciała wyjechać do Wrocławia, bo dostała ofertę pracy w korporacji, a ja nie chciałem zostawiać firmy, w którą włożyłem pieniądze i dwa lata życia. Rozwód wzięliśmy w 2023 roku, bez awantur, spokojnie u mediatora na Jagiellońskiej.

Problem zaczął się później. Halina, teściowa, a właściwie już była teściowa, po rozwodzie chciała, żebym oddał swoje udziały „bo to rodzinny warsztat, a ty już nie jesteś rodziną". Powiedziała mi to przez telefon, w niedzielę, kiedy akurat myłem samochód sąsiada za dwadzieścia złotych, bo dorabiałem sobie w weekendy. Stałem z wężem w ręce i słuchałem, jak mówi, że mam „oddać co nie moje".

Tylko że umowa notarialna nie znała słowa „rodzina". Miałem czterdzieści procent udziałów, papier na to był, i nikt mi nie mógł tego zabrać za darmo, bo tak komuś pasuje po rozwodzie.

Zacząłem się bronić — i to właśnie ta obrona wygląda teraz jak wojna, którą sam wywołałem.

Halina napisała pismo do mojego prawnika, że chce mnie „wykupić" za piętnaście tysięcy złotych. Za czterdzieści procent firmy, która w ostatnim roku obrotowym miała ponad czterysta tysięcy przychodu. Odpowiedziałem, że wycenę zrobi biegły, bo tak nakazuje kodeks spółek, jeśli w ogóle mielibyśmy to nazwać spółką — a to była w praktyce spółka cywilna, tylko nikt jej tak formalnie nie prowadził.

Biegły, pan Skrzypczak z kancelarii przy placu Wolności, wycenił moją część na dziewięćdziesiąt jeden tysięcy złotych. Halina się wściekła. Zenon, brygadzista, przestał się do mnie odzywać — po dwudziestu latach pracy dla jej męża wybrał jej stronę, co rozumiem, ale zabolało.

Kulminacja była w środę, dziewiątego lipca, wieczorem, na zapleczu warsztatu. Przyjechałem odebrać swoje narzędzia — walizkę Bahco, którą kupiłem jeszcze w Holandii. Halina czekała z Zenonem i z kartką papieru, umową, którą sama sobie przygotowała u innego notariusza, gdzie miałem się zrzec wszystkiego za te same piętnaście tysięcy.

— Podpisz to, Bartek, i skończmy — powiedziała, kładąc długopis na stole obok filtrów oleju.

— Nie skończymy, bo to nie jest uczciwe.

— Uczciwe? Ty wszedłeś tu bo ożeniłeś się z moją córką, a teraz jej nie ma, a ty chcesz zabrać to, co budował mój mąż.

— Ja dołożyłem dwadzieścia tysięcy na podnośnik. Ja przywiozłem DPD. Ja tu pracowałem szesnaście godzin na dobę przez dwa lata, kiedy pani nawet nie wiedziała, ile kosztuje olej silnikowy.

Zenon stał z boku i milczał, wycierał ręce w szmatę, chociaż ręce miał czyste.

Nie podpisałem tej kartki. Wziąłem walizkę z narzędziami i wyszedłem.

Trzy tygodnie później dostałem pismo od mojego prawnika, że sprawa idzie do sądu gospodarczego w Bydgoszczy — o zapłatę równowartości udziałów zgodnie z wyceną biegłego. Halina próbowała się kłócić, że wycena jest zawyżona, ale sąd powołał drugiego biegłego, niezależnego, z listy sądowej. Ten potwierdził — osiemdziesiąt siedem tysięcy, różnica w granicach błędu.

Ugoda zapadła w lutym tego roku. Halina miała spłacić mi osiemdziesiąt siedem tysięcy złotych w dwunastu ratach, a ja w zamian przenosiłem na nią cały swój udział i zrzekałem się jakichkolwiek roszczeń do warsztatu na zawsze. Podpisaliśmy to u tego samego notariusza przy Dworcowej, gdzie kiedyś zaczynałem. Ten sam deszcz padał, że aż śmieszne.

Pierwszą ratę, siedem i pół tysiąca, dostałem przelewem w marcu. Kupiłem za to część na własny mały serwis ogumienia w Solcu Kujawskim, dwa stanowiska, bez kanału, ale mój, na moje nazwisko od pierwszego dnia.

Halina przysyła mi teraz co miesiąc przelew i esemesa: „rata za marzec, jak umówione". Nic więcej. Ani słowa złego, ani dobrego. Zenon podobno mówi klientom, że „nowy właściciel się nie sprawdził" — niech mówi, co chce, mam papier z sądu i mam swój warsztat, w którym kompresor przynajmniej nie drze się jak traktor.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwa × 3 =

Warsztat po teściu i rachunek na 90 tysięcy złotych