A my do Was w gości. Zaledwie na dwa dni!

Dziennik Tosi z Gdyni

Dziś mam niesamowitą historię do zapisania. Ledwo wstałam, a już telefon zaczyna wygrywać Mazurka Dąbrowskiego. Odbieram nieco zaspana i słyszę entuzjastyczny głos kobiety:

Tosiunia, my do ciebie niedługo wpadamy w odwiedziny! Już bilety kupione!

Zaskoczona, aż przysiadłam na kuchennym krześle, próbując przypomnieć sobie, kto to właściwie dzwoni Kompletnie nie miałam pojęcia, kto u licha zna mnie na tyle, by tak poufale rzucać Tosiunią.

Przepraszam, ale… z kim mam przyjemność? wydusiłam.

Oj no przecież to ja, twoja ciocia Bożenka! roześmiała się kobieta, jakbyśmy codziennie piły razem kawę.

Nie przypominam sobie żadnej Bożeny w rodzinie, ale postanowiłam drążyć temat:

A po co mielibyście przyjechać?

Ach, tak na chwilkę! Ty mieszkasz nad Bałtykiem, prawda? Nasz Krzyś (to mój syn) bardzo musi… lekarz powiedział: morze, powietrze, zdrowie! Będziemy tylko dwa dni, nie martw się, nie sprawimy kłopotu. Pomogę, posprzątam, nic nie musisz się przejmować. Przysięgam!

Oczywiście, coś mi nie grało. No ale dziecku nie odmówię, więc zgodziłam się, z lekkim niepokojem w duszy.

Dziękuję, Tosiunia, jesteś kochana! Widzimy się w piątek!

Rozłączyła się, a ja spojrzałam na mojego dwunastoletniego syna, Staszka.

Mamo, znowu ktoś jedzie w odwiedziny?

Tak, jakaś ciocia Bożenka, podobno moja wzruszyłam ramionami, nie bardzo przekonana.

Zadzwoń do babci i się spytaj, kto to jest doradził Staszek z poważną miną. On bardzo sceptycznie podchodził do takich niespodziewanych gości, bo już doskonale wiedział, że deklaracje o niekłopotaniu to najczęściej puste słowa.

Po rozwodzie i przeprowadzce do Gdyni trzy lata temu kupiłam mały domek blisko morza. Z czasem wokół mnie jak grzyby po deszczu zaczęli pojawiać się kuzyni, ciotki, chrzestni przysłowiowi z Zamościa i Lublina, których nigdy wcześniej na oczy nie widziałam.

Na początku nawet mnie to bawiło myślałam, że nowe znajomości dobrze mi zrobią. Szybko jednak odkryłam, że towarzystwo przyjeżdża z torbami tylko po to, by pochlapać się za darmo nad morzem i najeść się mojej zupy, a potem jeszcze narzeka, że herbata nie taka i że dlaczego sama muszę myć po sobie kubek!

Nauczyłam się jednak szybko wyraźnie, że to nie pensjonat i nie każdemu drzwi stoją otworem. O niektórych nawet słyszeć nie chciałam. Tych, którzy zasługiwali na gościnę kilku serdecznych, kulturalnych zawsze miło przyjmowałam, ale takich zbyt wielu nie było…

Zadzwoniłam do mamy, jak radził Staszek. Mieszkała w Warszawie, ale kilka razy w roku przyjeżdżała do mnie na parę dni.

Cześć, Tosiu, jak tam w Gdyni? rozległ się jej ciepły głos.

Opowiedziałam jej o cioci Bożence i jej synu.

W życiu takiej nie słyszałam. Może od twojego taty strony? Zaraz zadzwonię, ale szczerze wątpię odpowiedziała mama, zdezorientowana jak ja.

Nie pozostało mi więc nic, jak czekać na tych krewnych.

I rzeczywiście, zjawiły się dwa dni później. Ciocia Bożenka okazała się pulchną, bardzo energiczną kobietą, z kręconymi włosami i przebiegłymi oczami. A jej Krzysiek to nie mały chłopczyk z problemami zdrowotnymi, tylko piętnastoletni wyrostek, który zerkał na mnie spod byka. Dopiero później się dowiedziałam, że żadnego skierowania nad morze nie miał; cioci zwyczajnie zachciało się zafundować sobie wakacje za cudze pieniądze.

Dlaczego nie odebrałaś nas z dworca? to było pierwsze, co usłyszałam.

Mój syn Staszek, stojąc obok mnie, mruknął tylko pod nosem:

Mama nie jest twoim kierowcą.

Bożenka udawała, że nie słyszy, ale rzuciła Staszkowi nieprzyjazne spojrzenie.

Tosia, gdzie możemy rozpakować rzeczy? Gdzie są nasze pokoje?

Macie jedną sypialnię. Nie mam aż tyle miejsca, żeby każdemu gościowi oddzielną kwaterę wydzielić warknęłam. I nie wiem, kto wam nagadał, że ten dom jest taki wielki i luksusowy. Jeśli coś nie pasuje, polecam pensjonat tuż obok.

Szybko się zreflektowała, znowu przylepione uśmiechy i przymilne:

Tosieńka, kochana, nie gniewaj się! W podróży byłam, człowiek zmęczony, coś się chlapnie

Weszli do środka. Staszek spojrzał na mnie wymownie:

Źle zrobiłaś. Zobaczysz, że będziemy żałować.

Tylko dwa dni, wytrzymamy starałam się przekonać i jego, i samą siebie.

Reszta dnia minęła w miarę spokojnie Bożenka i Krzyś poszli szybko spać, narzekając przedtem, że chcieliby oddzielne pokoje. W innych pomieszczeniach akurat robiłam remont i nie byłam w stanie tam ich ulokować. Zasugerowałam kanapę w salonie, ale patrzyli jakbym im proponowała namiot na parkingu.

Rano jednak dramat. O szóstej obudził mnie koszmarny hałas. Jestem typową sową, a Staszek doskonale wie, że porannych hałasów tolerować nie będę.

Wyszłam z pokoju zaspana.

Tosia, nie możesz znaleźć mojego stroju kąpielowego! Muszę przegrzebać walizki!

Może byś to zrobiła w swoim pokoju, i trochę ciszej! odparłam przez zaciśnięte zęby.

U mnie za ciasno! zawołała, a z ogródka dobiegał łoskot Krzyś tłukł metalowym wiadrem o płot.

Niech przestanie, bo sąsiedzi mnie zlinczują!

Po krótkiej wymianie zdań, Bożenka nakrzyczała na syna, a ja poszłam zrobić kawę.

Kawusię też dla mnie, duża, z mlekiem i trzema cukrami! zawołała z korytarza.

Odwróciłam się gwałtownie:

Pani Bożeno, to nie kawiarnia. Zasada tu jest prosta samoobsługa. Proszę się częstować.

Po chwili do kuchni wszedł Staszek i poklepał mnie po ramieniu:

Mówiłem, mamo. Oni są niesamowicie bezczelni. Może ich jeszcze wyprosić, zanim się rozpanoszą całkiem?

Damy radę, to tylko jeden dzień więcej…

Bożenka weszła do kuchni niezadowolona, nastawiła wodę na kawę dla siebie i Krzysia, niby nic się nie stało.

Tosieniu, pokażesz nam drogę na plażę?

Wyjdziecie przez ogródek, ścieżką w dół do brzegu. Nie da się zgubić.

A Ty z nami nie idziesz?

My ze Staszkiem pójdziemy po południu. Teraz mamy swoje sprawy.

A co na obiadek dzisiaj gotujesz?

Mam zasadę gotuję dla własnej rodziny i dla gości, którzy szanują dom i dokładają się do zakupów. A tych akurat do nich nie zaliczałam.

My ze Staszkiem mamy własny jadłospis, a wy zawsze możecie coś zjeść w barze rybnym tuż przy molo.

Naprawdę nie możesz nas poczęstować ciepłym obiadem? Tylko domowe jedzenie zjem! błagała, przewracając oczami.

Oczywiście, ale nie za darmo. Mam ograniczony budżet, życie nad morzem tanie nie jest.

Odpowiedziała z nadąsaną miną, że jednak pójdą do baru, bo „na pewno lepiej karmią.”

Tak minęły dwa dni pełne drobnych przepychanek. Gdy przyszła pora pożegnania trzeciego ranka, Bożenka oznajmiła z uśmiechem:

Tosia, nie wygłupiaj się! Nie wygoniłabyś rodziny na bruk? My zostaniemy jeszcze tydzień, tylko tydzień, a potem sami pojedziemy!

Nerwy puściły mi zupełnie. Nie spałam, sąsiedzi narzekali na hałasy, Krzysiek ciągle psocił (ostatnio podłożył Staszkowi nogę i rozrzucił śmieci na podwórku). Zdecydowałam się powiedzieć stanowczo:

Niestety, czas się skończył. Dom jest mój, jutro rano czekam, aż się wyprowadzicie. Niedługo mam tu gości z Warszawy i potrzebuję spokoju.

Była w szoku, oczy okrągłe jak pięciozłotówki:

Tosiu, jak możesz wyrzucać najbliższą rodzinę na ulicę? A jeśli nie mamy dokąd pójść?

Przykro mi, ale nie jesteśmy rodziną. Nikt w naszej rodzinie was nie kojarzy. Czas się zbierać. Jeśli cokolwiek zginie albo coś popsujecie, dzwonię na policję.

Opuściłam ich pokój z poczuciem triumfu. Rano Bożenka i Krzyś, fukając i stękając, wreszcie się spakowali i opuścili dom. Od tamtej pory obiecałam sobie: żadnych dalekich krewnych pod moim dachem, nawet na dwa dni.

I tak kończy się moja historia. Czasem, bycia asertywnym trzeba się nauczyć… Nawet jeśli kosztuje to chwilowy zły humor!

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

cztery × jeden =

A my do Was w gości. Zaledwie na dwa dni!