A komu ty jesteś potrzebna z piątką dzieciaków na głowie? matka wygoniła wdowę w wieku 32 lat, nie wiedząc, że w starym domu czeka na nią spadek i nocny gość
Na cmentarzu było zimno i mokro. Glina ciągnęła się pod stopami, lepiła się do tanich trzewików Niny. Stała i patrzyła, jak robotnicy zasypują grób jej życia. Piotr odszedł nagle. Trzydzieści pięć lat i już go nie ma. Po prostu upadł w pracy i więcej się nie podniósł.
Obok, przestępując z nogi na nogę, stała Genowefa. Matka Niny szczelnie otulała się w norkowy kożuch, z niechęcią spoglądając na wnuki przytulone do czarnego płaszcza córki.
No już, popłakaliście, starczy tego, powiedziała głośno Genowefa, gdy mogiła urosła. Chodź, Ninuszka. Nie ma co tu marznąć. Musimy porozmawiać.
W domu, w małym M2 wziętym na kredyt, Genowefa od razu przeszła do kuchni i usiadła za stołem, jakby nią rządziła.
Słuchaj, zaczęła, nawet nie zdejmując czapki. Mieszkanie zabierze bank, to jasne. Nie masz z czego spłacić. Piotrka już nie ma, a ty od lat na macierzyńskim.
Znajdę pracę, szepnęła Nina, kołysząc rocznego Michałka na rękach.
A gdzie? Na sprzątaczkę cię wezmą? parsknęła matka. Masz piątkę dzieci, Nina! Pięć bąbelków! Kto cię zatrudni? Starszych, Jankę i Pawła, to bym do domu dziecka oddała tymczasowo. Młodsze może opieka się zajmie.
Wyjdź wyszeptała Nina.
Co? nie zrozumiała Genowefa.
Wyjdź z mojego domu! Nina uniosła głowę. Miała suche, ciężkie oczy. Dzieci nie oddam. Sama zdechnę z głodu, ale wychowam ich.
Głupia jesteś, matka poprawiła kożuch i podniosła się. Mówiłam ci, za młodu myśleć trzeba było, nie zabierać się za króliczka na łące. No to teraz siedź na swojej łąkczynie. Po kasę do mnie nie przychodź.
Za miesiąc rzeczywiście przyszło pismo z banku. Dwa tygodnie na wyprowadzkę. Nina szukała dachu nad głową u znajomych, ale z piątką dzieci każdy pukał się w czoło.
Wtedy przyszedł list. Z wioski Zalesie. Notariusz informował, że Ninie przypada dom po ciotce zmarłej przed laty, którą widziała raz w życiu. Dom stary, ale własny, pomyślała Nina. Nie miała wyboru.
Na miejscu powitał ją mroźny wiatr. Dom stał na skraju wioski, przy samym lesie. Belki poczerniały, ganek opadł, okna patrzyły w świat mętnym spojrzeniem.
Mamusiu, tu zimno poskarżyła się pięcioletnia Ola.
Zaraz, skarbie, zaraz rozpalę piec, Nina starała się, by głos jej nie drżał.
Pierwsza noc była próbą. Piec dymił, dzieci kaszlały, wiatr świstał przez nieszczelności. Nina przykryła maluchy wszystkim, co miała kurtkami, kocami, nawet dywanikiem. Sama nie spała. Słuchała, jak oddycha siedmioletni Janek.
Janek chorował na nieuleczalną wadę serca. Czekał na zabieg, na który obiecano dofinansowanie dopiero za rok. Ale w klinice wojewódzkiej lekarz stwierdził wprost: Tego czasu może nie być. Stan się pogarsza. Lepiej operować prywatnie w Warszawie. Koszt jak za dwa takie mieszkania, które im odebrano.
Rano Nina weszła na strych, by zatkać szczeliny. Pośród gratów i pożółkłych gazet znalazła puszkę po herbacie. W środku, owinięte w stary szmat, coś ciężkiego.
Zegarek. Kieszonkowy, solidny, na łańcuszku. Nina przetarła palcem srebrną kopertę. Na starym metalu pojawił się dwugłowy orzeł i napis: Za wiarę i wierność.
Ładny westchnęła Nina. Ile to może być warte?
Zegarek milczał. Wskazówki stały na wpółnoc.
Schowała znalezisko do szafy. Teraz i tak to żadna pomoc. Jedzenia zostało na trzy dni, drewno się kończy, a Janek słabł coraz bardziej. Ledwo podnosił się z łóżka, każdy ruch kosztował go mnóstwo sił.
Wieczorem rozpętała się śnieżyca. Nina położyła dzieci do snu i usiadła przy oknie. Ogarnęła ją rozpacz. Czy zrobiła dobrze? Przywiozła dzieci na koniec świata, żeby poginęły?
Nagle ktoś cicho zapukał do drzwi.
Nina podskoczyła. Przewidziało się jej?
Znowu stuk. Pewny, głuchy.
Wzięła pogrzebacz i podeszła.
Kto tam?
Wpuść mnie, gospodyni, zawierucha szaleje, głos za drzwiami był chropowaty, stary, a jednocześnie łagodny.
Nina, sama nie wiedząc czemu, odsunęła zasuwę. Na progu stał staruszek. Niski, w długim brązowym płaszczu przewiązanym sznurkiem. Siwa broda, a spojrzenie młode, jasne dziwnie żywotne.
Proszę, wchodźcie, odsunęła się Nina.
Staruszek wszedł bezszelestnie. Nie ciągnął za sobą śniegu, a od jego obecności zrobiło się cieplej, jakby od pieca.
Przeszedł do pokoju, spojrzał na śpiącego Janka.
Chory chłopiec? spytał.
To poważna wada serca, wyszeptała Nina. Potrzebna pomoc, ale nie mam pieniędzy.
Pieniądze to proch, usiadł starzec. A czas to złoto. Moja zguba, znalazłaś ją?
Nina zamarła.
Zegarek? To pana?
Tak. Pan go dał, kiedy go uratowałem spod jeziora. Długo go pilnowałem, wiedziałem, że się przyda.
To go sprzedam! Nina zerwała się. Przynajmniej na leki starczy, srebro
Starzec uśmiechnął się do brody.
Pospiesz się z tym sprzedawaniem. Jest tam tajemnica. Zajrzyj dobrze, cienką igłą dotknij pod zawiasem przy uchwycie. Jest podwójne dno.
Podniósł się.
Do widzenia, Nino. Masz piękne imię. Nie trać nadziei.
Zostań pan, napij się herbaty! Jak się pan nazywa? rzuciła Nina, sięgając po czajnik.
Przechrzta mnie zowią.
Odwróciła się z kubkiem, w pokoju było już pusto. Drzwi zasunięte, dzieci spały, a w powietrzu unosił się łagodny zapach kadzidła i świeżego chleba.
Całą noc Nina nie zmrużyła oka. Nad ranem, gdy tylko zrobiło się widno, wyjęła zegarek. Wyciągnęła cienką igłę, ręce jej drżały. Wsunęła ją do delikatnej szczeliny przy uchwycie, delikatnie nacisnęła.
Klik.
Pokrywka wyskoczyła. W środku, w zagłębieniu, leżał złożony czwórkami papier i złota moneta. Ciężka, stara, nie taka jak te z lombardu.
Nina rozwinęła kartkę. Niniejszym poświadczam, iż okaziciel ma prawo do dalej już nie mogła odczytać: stare litery, język urzędowy.
Pojechała do powiatowego miasta, odszukała antykwariata. Właściciel, rubaszny mężczyzna o czujnym spojrzeniu, spojrzał leniwie.
Srebro próby 84. Dam może dwadzieścia tysięcy złotych. Korpus zdarty.
Spojrzy pan na to, Nina położyła monetę i papier na ladzie.
Antykwariusz wziął lupę. Jego brwi wystrzeliły w górę, zbledł.
Skąd to pani ma?
Po rodzinie
Kobieto zdjął okulary To konstatynowski złoty, próbna seria. Tego jest kilka na świecie. A dokument, proszę pani, podpis własnoręczny księcia. Ja nie kupię. Nie mam takich pieniędzy. Musi pani do Warszawy, dom aukcyjny. To fortuna.
Opiekę nad Jankiem zapewniono w ciągu miesiąca. Najlepszy specjalista, najlepsza klinika. Nina siedziała przy łóżku i patrzyła, jak jej syn zdrowieje, jak rumieńce wracają mu na policzki. Pieniędzy starczyło z górą i na nowy dom, i na edukację całej piątki.
Po powrocie do Zalesia Nina najpierw poszła na cmentarz. Długo szukała, rozgarniając suchą trawę. Znalazła. Krzyż przekrzywiony, tablica niemal starta przez deszcze: Przechrzta Prochor, 1888-1960.
Nina położyła kwiaty i nisko się ukłoniła.
Dziękuję, dziadku Prochorze.
Zbudowała nowy dom. Duży, jasny, z gazem i wszystkimi wygodami. Miejscowi szanowali młodą wdowę pracowita, poważna, dzieci czyste i zadbane.
Genowefa zjawiła się po pół roku. Przyjechała taksówką, z tortem, rozglądając się z podziwem po dwupiętrowym domu i ogrodzie.
Cześć, córciu! rozłożyła ramiona, jakby nigdy nic. Słyszałam, żeś się dorobiła? Mówią, że skarb znalazłaś? Dobra, dobra dziewczyno. Ja zawsze mówiłam: co ma być, to będzie. A przychorowałam, emerytura mała, może byś pomogła matce? Pokoi masz sporo
Nina wyszła na ganek. Za nią stanęły starsze dzieci, patrzyły na babcię spode łba.
Dzień dobry, mamo powiedziała spokojnie Nina.
No, co tak stoisz? Zapraszaj! matka już stawiała nogę na stopień.
Nie.
Co znaczy nie? uśmiech matki natychmiast znikła.
Nie ma tu dla ciebie miejsca. Wybrałaś, kiedy nas wyrzucałaś.
Ależ ja Do sądu pójdę! Matka jestem! Należy mi się!
To idź, Nina odwróciła się do drzwi. A tymczasem jedź. Teraz jest cisza poobiednia. Janek musi spać.
Zamknęła ciężkie, dębowe drzwi. Zatrzasnął się zamek.
Z tamtej strony jeszcze długo słyszała krzyki o niewdzięczności i o pięciu dzieciakach na karku, ale Nina już ich nie słuchała. Poszła do kuchni, gdzie pachniało ciastem, a stary zegar na ścianie wybijał miarowo czas nowego, szczęśliwego życia.


