Deszcz w Bydgoszczy we wrześniu potrafi zmoczyć człowieka do szpiku w niecałe pięć minut, a ja stałem pod bramą tej nowej willi Kasi już z dziesięć, może piętnaście minut, z torbą sportową w ręku, bo walizki nigdy nie miałem. Nie, nie jestem jej mężem ani ojcem. Jestem jej wujkiem, bratem jej matki, i to ja przez ostatnie sześć lat płaciłem czynsz za jej mieszkanie na Fordonie, kiedy zwalniali ją z kolejnej pracy w call center. To ja odbierałem jej syna z przedszkola, kiedy ona "szukała siebie" na jakimś kursie coachingu, który kosztował mnie osiemset złotych i nigdy nie zaowocował niczym poza fakturą.
Tamtego wieczoru przyjechałem, bo zadzwoniła sama, pierwszy raz od miesięcy, żeby powiedzieć, że wygrała w Lotto. Nie jakieś tam trzy tysiące. Osiem milionów dwieście tysięcy złotych. Pomyślałem sobie: dobrze, w końcu się jej poszczęściło, może teraz odda mi te dwadzieścia dwa tysiące, które jej pożyczyłem przez lata, po trochu, zawsze "tylko do pierwszego". Zamiast tego usłyszałem w słuchawce muzykę, śmiech jakichś ludzi, których nie znałem, i ton, jakiego u niej nigdy wcześniej nie słyszałem — pogardliwy.
— Wpadnij, wujku, pokażę ci dom — powiedziała, a potem się rozłączyła, zanim zdążyłem odpowiedzieć.
Dom przy ulicy Kwiatowej, w tej nowej dzielnicy za Fordonem, gdzie jeszcze rok temu było pole kukurydzy. Brama z kutego żelaza, dwa auta na podjeździe — jedno z nich, czarne BMW X5, musiało kosztować z pół miliona. Na oknie salonu nadal wisiała naklejka dewelopera, "SPRZEDANE", nawet jej nie zdjęła. Zadzwoniłem domofonem. Otworzył mi facet, którego nigdy wcześniej nie widziałem, może trzydziestoletni, w bluzie z jakimś włoskim logo, i mierzył mnie wzrokiem jak kogoś, kto pomylił adres.
— Ty pewnie po pieniądze — powiedział, zanim zdążyłem się przedstawić, i oparł ramię o framugę, jakby chciał odgrodzić mnie od środka domu.
Kasia wyszła zza niego w szlafroku, z kieliszkiem w ręku, i wtedy to powiedziała. Że jestem stary utracjusz, że przez lata "obciążałem ją emocjonalnie" swoimi problemami, że teraz, kiedy ma pieniądze, nie zamierza "sponsorować" nikogo z rodziny. Że mam się wynosić, zanim wezwie ochronę osiedlową.
Nie krzyczałem. Postawiłem torbę na mokrym chodniku i tylko wsunąłem ręce głębiej do kieszeni kurtki, bo w środku wciąż miałem złożony na pół kwit z kolektury, ten sam, który schowałem tam jeszcze w poniedziałek.
Bo ten los kupiłem ja. W poniedziałek, w kiosku na rogu Gdańskiej i Chodkiewicza, tym samym, gdzie codziennie biorę gazetę i bilet na autobus. Kupiłem dwa losy tego dnia za własne pieniądze, kartą płatniczą, jeden dla siebie, jeden dla niej, bo miała urodziny syna i chciałem zrobić jej niespodziankę. Pani Basia z kiosku zna mnie tam już piętnaście lat, wydaje mi resztę, nie patrząc, i tamtego dnia, tak jak zawsze, wybiła mi jeden paragon na oba losy — jedna transakcja tą samą kartą, co widnieje w systemie kolektury co do minuty. Numery zapisałem w notesie, obok siebie, jak od lat zapisuję wszystko — z przyzwyczajenia jeszcze z czasów, gdy pracowałem w księgowości i wszystko musiało się zgadzać co do grosza. Wygrywający los włożyłem do koperty z życzeniami dla Kasi i zaniosłem jej osobiście, we wtorek wieczorem, kiedy syn spał już w swoim pokoju. Nagrałem to nawet krótkim filmikiem na telefonie, bo chciałem mieć pamiątkę z tej chwili — jak otwiera kopertę, jak nie wierzy własnym oczom, jak trzyma los tak, że kamera złapała cały numer wyraźnie, litera po literze, cyfra po cyfrze, ten sam numer, który kolektura potem potwierdziła jako los wygrywający kupiony w tej samej transakcji co mój drugi, przegrany.
Ona tego wieczoru nie miała wątpliwości, skąd wziął się ten los. Dopiero po trzech dniach, kiedy pieniądze wpadły jej na konto, a w garażu stanęło BMW, zaczęła udawać, że nic nie pamięta.
Stałem w tej bramie, mokry, z torbą u nóg, i patrzyłem, jak ten chłopak w bluzie zamyka drzwi, a ona krzyczy jeszcze coś przez szparę, że mam się nie pokazywać na urodzinach syna, że jestem "ciężarem, którego się w końcu pozbyła". Poszedłem na przystanek piechotą, bo autobus jechał dopiero za czterdzieści minut, a nie miałem siły stać pod dachem przystanku razem z nastolatkami, którzy palili papierosy i mierzyli mnie wzrokiem jak bezdomnego.
W środę zadzwoniłem do mecenasa Wodeckiego, z którym znam się jeszcze z czasów sporu spadkowego po naszej matce. Zabrałem mu paragon z kiosku, który trzymałem w segregatorze razem z resztą papierów — mam taki nawyk, zbieram wszystko, po latach pracy w księgowości człowiek się nie odzwyczai. Pokazałem numer losu zapisany w notesie, obok drugiego, tego przegranego, który zatrzymałem dla siebie, oraz filmik z telefonu, na którym Kasia we własnej osobie dziękuje mi za "ten cudowny prezent", trzymając los z widocznym numerem. Mecenas poprosił jeszcze o pisemne potwierdzenie z kolektury, że oba losy — mój przegrany i jej wygrany — zostały sprzedane w tej samej transakcji, opłaconej moją kartą, o godzinie 8:14 w poniedziałek. Kolektura wydała takie zaświadczenie w ciągu dwóch dni, bo numer transakcji zgadzał się z ich systemem księgowym co do sekundy. Mecenas obejrzał wszystko razem i powiedział, że dowodowo sprawa wygląda mocno, ale że żadna kolektura nikomu nic z automatu nie odda — trzeba będzie iść do sądu cywilnego, bo pieniądze już dawno są na jej koncie i częściowo wydane. Wyjaśnił mi też jasno, na czym stoimy prawnie: skoro sam los podarowałem jej dobrowolnie, sprawa nie polega na tym, że darowizny nie było, tylko na tym, że mogę tę darowiznę odwołać z powodu rażącej niewdzięczności — wyrzucenia mnie z domu, fałszywych oskarżeń przy świadku, poniżenia. To on, a nie żadne "bezpodstawne wzbogacenie", miał być podstawą pozwu. Dodał, że to może potrwać miesiącami, a części kwoty, tej wydanej na auto czy biżuterię, mogę nigdy w całości nie odzyskać, jeśli sama nie zechce oddać.
Nie było we mnie triumfu, kiedy to usłyszałem. Był tylko upór.
Mecenas złożył pozew o odwołanie darowizny wraz z wnioskiem o zabezpieczenie, dołączając paragon, zaświadczenie z kolektury, notes i nagranie. Sąd, po dwóch tygodniach, zablokował część środków na koncie Kasi, tę, której jeszcze nie zdążyła przelać dalej — niecałe sześćset tysięcy złotych.
W poniedziałek, dokładnie tydzień po tym, jak wyrzuciła mnie na deszcz, przyjechałem na Kwiatową jeszcze raz. Tym razem nie sam — z mecenasem Wodeckim i teczką pełną dokumentów. Otworzyła mi w tym samym szlafroku, tyle że teraz miała podkrążone oczy i telefon w drugiej ręce, na ekranie widziałem powiadomienie z banku.
— Konto jest zablokowane — powiedziała, zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć. — Co ty zrobiłeś?
Nie odpowiedziałem od razu. Wyciągnąłem z teczki kopię pozwu i postanowienie sądu o zabezpieczeniu i położyłem je na stoliku w przedpokoju, tuż obok wazonu z białymi liliami, które pewnie kupił jej ten chłopak w bluzie, bo jego akurat nigdzie nie było widać.
— Los był mój, Kasiu. Kupiony za moje pieniądze, w moim kiosku, tą samą kartą co ten przegrany, który mam do dziś. Dałem ci go w prezencie, bo myślałem, że w końcu odetchniesz. Nie wiedziałem, że dasz mi za to torbą w twarz.
Powiedziała, że to była niespodzianka, więc pieniądze i tak są jej, że przecież prezentu się nie odbiera. Mecenas Wodecki wyjaśnił jej spokojnie, że prezentu owszem się nie odbiera samowolnie, ale prawo pozwala darczyńcy odwołać darowiznę, jeśli obdarowany dopuścił się wobec niego rażącej niewdzięczności — a wyrzucenie z domu na deszcz, przy świadku, z fałszywym oskarżeniem o "obciążanie emocjonalne" i groźbą wezwania ochrony, spełnia tę przesłankę z nawiązką. Dodał, że do polubownej ugody dojść może szybciej i taniej niż do wyroku, który i tak zapadnie w podobną stronę, tylko po roku i kosztach sądowych.
Nie chciałem czekać roku. Powiedziałem jej to wprost, tam w tym przedpokoju, między jej walizkami od Louis Vuitton, których pewnie jeszcze nie zdążyła nawet raz użyć.
— Nie pójdę z tym na policję, chociaż mecenas mówi, że mógłbym. Ale usiądziemy u notariusza i rozliczymy to po ludzku — to, co jeszcze zostało na koncie, i to, co już wydałaś, w ratach, jeśli trzeba.
Stała w progu tej willi, którą kupiła za pieniądze, które nigdy formalnie nie były jej, i milczała, obracając kieliszek w palcach, aż wino omal nie wylało się na dywan. Ten chłopak w bluzie nie wyszedł już z głębi domu, może wyczuł, że temperatura rozmowy nie wróży niczego dobrego dla jego perspektyw finansowych na najbliższe lata, i więcej się nie pokazał — ani tamtego dnia, ani później, kiedy wprowadzałem się już na Wyżyny.
Trzy tygodnie później, po dwóch spotkaniach, na których jej pełnomocnik próbował jeszcze podważyć nagranie, twierdząc, że "cieszyć się można z każdego prezentu", stanęliśmy przed notariuszem przy ulicy Gdańskiej. Kasia podpisała ugodę — oddaje mi z zablokowanego konta pięćset osiemdziesiąt tysięcy złotych oraz zobowiązuje się spłacić kolejne sto pięćdziesiąt tysięcy w ciągu osiemnastu miesięcy, bo tyle już zdążyła wydać na samochód i biżuterię. Auta jednak nie oddała — leasingu nie dało się już cofnąć, więc ta część długu rozłożyła się na raty, które, jak mówi mecenas, i tak trzeba będzie pilnować co miesiąc. Willę musiała sprzedać, bo rata kredytu przewyższała to, co jej zostało po ugodzie — wynajęła teraz dwa pokoje na Błoniu, a syn zaczął chodzić do mnie na Wyżyny, bo, jak sama przyznała, "nie ma go gdzie posadzić do lekcji, kiedy ona pracuje na zmiany". Za pieniądze, które zostały, kupiłem sobie małe mieszkanie na Wyżynach, dwa pokoje, bez windy, ale własne, pierwszy raz w życiu na własne nazwisko.
Syn Kasi przyjeżdża do mnie teraz co drugą sobotę — najpierw się złościł, że musi, że wolałby zostać w tamtym dużym domu z basenem, i przez pierwsze dwie soboty siedział w kącie z telefonem, nie odzywając się do mnie wcale. Dopiero trzeciej soboty sam usiadł przy garnku, kiedy gotowałem rosół z makaronem domowej roboty, i zapytał, czy może pokroić marchewkę. Teraz mówi mi, że jak dorośnie, to odda mi te wszystkie pieniądze, które mu kiedyś dawałem na lody. Nie odpowiadam nic mądrego. Tylko przesuwam mu bliżej miskę z makaronem i mówię, żeby jadł, bo wystygnie.



