Nazywam się Kamil, mam dwadzieścia dziewięć lat i przez ostatnie pół roku mieszkałem z Olą w kawalerce na Bemowie. To ja jestem tym, o którym teraz mówi się w rodzinie jak o pasożycie. Chcę tylko, żeby ktoś usłyszał, jak to wyglądało z mojej strony, zanim wszyscy się pozabijają na Messengerze.
Pracowałem w magazynie logistycznym w Ożarowie. Dwanaście godzin na nogach, kierownik zmiany, który potrafił krzyczeć na całą halę za pięć minut spóźnienia z przerwy. W marcu miałem dość. Zwolniłem się z dnia na dzień, bez wypowiedzenia, bo już nie umiałem tam wejść rano. Wiem, jak to brzmi. Wtedy wydawało mi się, że robię coś odważnego. Ola powiedziała, że mnie rozumie, że damy radę, że przez chwilę ona pociągnie rachunki, a ja odbiję się na nogi.
Ta „chwila" zrobiła się z sześciu miesięcy.
Mieszkanie kosztowało dwa tysiące dwieście złotych plus opłaty. Ola pracowała w call center przy Wolskiej, na słuchawce od ósmej do szesnastej, i dodatkowo brała zlecenia z korepetycji z angielskiego wieczorami. Ja siedziałem w domu, przeglądałem oferty pracy, wysyłałem CV, dwa razy byłem na rozmowie. Nic z tego nie wyszło. W międzyczasie wpadłem na pomysł z dostawami — kupiłem skuter, taki niebieski Kymco, za dwanaście tysięcy złotych. Część dała mi Ola, resztę pożyczyłem od kolegi z podwórka.
Nie powiem, że nie pracowałem wcale. Wychodziłem, czasem. Ale w deszcz nie miało sensu — nawierzchnia w Warszawie po ulewie to samobójstwo na dwóch kółkach. Kiedy nie było zamówień w aplikacji, też nie miało sensu jeździć na pusto i płacić za paliwo. Liczyłem to sobie logicznie. Z boku pewnie wyglądało to jak lenistwo.
W tamten wtorek, kiedy matka Oli, pani Grażyna, przyjechała po dokumenty, które Ola zostawiła u niej w Piasecznie, akurat leżałem na kanapie w krótkich spodenkach i grałem w telefonie. Skuter stał pod blokiem. Zapytała, czemu nie pracuję. Powiedziałem prawdę: że tego dnia nie było zleceń, że nie opłaca się jeździć za friko. Po jej minie, po tym, jak zacisnęła usta i odwróciła się do okna, wiedziałem, że osądziła mnie, zanim doszedłem do drugiego zdania.
Tego, czego pani Grażyna nie wiedziała, to że dwa dni wcześniej pokłóciliśmy się z Olą pierwszy raz naprawdę poważnie — ja krzyczałem, że czuję się jak więzień w tym mieszkaniu, że nienawidzę prosić ją o pieniądze na bilet miesięczny, że codziennie budzę się i mam ochotę zniknąć. Ona zamknęła się w łazience i odkręciła wodę, żebym nie słyszał, jak płacze. Usłyszałem i tak, przez ścianę. Tego nikt nie napisze w żadnym poście na grupie dla rodziców.
W sobotę wrzuciłem zdjęcie z piwem u Sebastiana na Woli. Ola dała mi wtedy pięćdziesiąt złotych, sama, bez proszenia — powiedziała, że nie mogę siedzieć zamknięty w czterech ścianach w każdy weekend, że oszaleję. Nie wiedziałem, że matka to zobaczy i zrobi z tego dowód w sprawie.
Kiedy przyszło zawiadomienie od właściciela mieszkania — trzy zaległe czynsze, pięć dni na spłatę albo wyprowadzkę — pojechaliśmy razem do pani Grażyny. Ola liczyła, że matka pożyczy pieniądze. Ja też, co tu kryć. Pani Grażyna powiedziała, że najpierw chce porozmawiać z nami obojgiem.
Przyszedłem zły, bo czułem się jak na przesłuchaniu. Powiedziałem, że nasze sprawy finansowe to nasza sprawa. Ona zapytała, ile wpłaciłem do budżetu domowego przez pół roku. Milczałem, bo odpowiedź brzmiała: prawie nic. Zapytała, ile oddałem Oli z pieniędzy na skuter. Też milczałem. Zapytała, ile zarobiłem w tym miesiącu jako kurier. Powiedziałem, że to nie jej interes.
Wtedy powiedziała: sprzedajcie skuter, spłaćcie czynsz.
Poczułem, jakby ktoś wyjął mi grunt spod nóg. Ten skuter to było jedyne, co miałem jako swoje. Powiedziałem, że to mój jedyny sposób na zarobek, że go nie sprzedam. Ola broniła mnie, mówiła, że bez skutera stracę ostatnią szansę, żeby stanąć na nogi. Teraz, kiedy to piszę, widzę, jak to musiało zabrzmieć dla jej matki. Ale wtedy naprawdę wierzyłem, że mam rację.
Pani Grażyna zaproponowała Oli powrót do domu, do Piaseczna, ale samej. Beze mnie. Ola się rozpłakała. Ja powiedziałem coś o tym, że matka wykorzystuje nasze problemy finansowe, żeby nas rozdzielić. Do dziś nie jestem pewien, czy to była prawda, czy tylko strach, że zostanę sam.
Dwa dni później Ola zadzwoniła do matki z pomysłem, żeby ta wzięła kredyt gotówkowy na swoje nazwisko — bo jej samej bank odmówił, przez kartę kredytową, o której zresztą ja też sporo wiedziałem, bo z niej płaciliśmy jedzenie i paliwo do skutera. Nie powiedziałem jej, żeby o to nie prosiła. To jest coś, czego sobie teraz nie wybaczam.
Pani Grażyna odmówiła.
W czwartek przyszedł list od zarządcy budynku przy Górczewskiej — ostateczne wezwanie, termin za trzy dni. Ola usiadła na podłodze w kuchni z tym listem na kolanach. Nie płakała już, tylko obracała w palcach róg kartki, aż papier zrobił się miękki i wilgotny. Ja wyszedłem na skuterze, bo nie umiałem tam z nią usiedzieć. Kiedy wróciłem po dwóch godzinach — bez jednego kursu, bo znowu padało — jej już nie było. Zostawiła kartkę na stole: pojechała do matki. Sama.
Trzy dni później stałem pod blokiem w Piasecznie. Zadzwoniłem domofonem. Odebrała pani Grażyna, nie Ola. Powiedziała, że Ola jest, ale nie chce teraz rozmawiać, i że jeśli mam coś do powiedzenia, mogę to napisać.
Napisałem SMS-a. Długi. Że przepraszam, że skuter sprzedałem — dokładnie tego dnia, za osiem i pół tysiąca złotych, bo dziś dojeżdżam wszędzie autobusem — i że pieniądze oddałem jej na konto, wszystko co się dało uzbierać. Że zapisałem się na kurs elektryka w Ochocie, zaczyna się w październiku, płacę sam z tego, co odłożyłem, sprzedając rzeczy z pokoju. Że nie proszę, żeby wróciła. Że chcę tylko, żeby wiedziała, że coś zmieniłem, zanim ona zdąży o mnie zapomnieć.
Odpisała jedno zdanie: „Zobaczymy, jak sobie poradzisz przez trzy miesiące bez niczyjej pomocy."
Do dziś nie wiem, czy to była szansa, czy pożegnanie.



