Nagranie skończone, dwie linie na monitorze — bliźnięta, powiedziała pani doktor Iwona Baran, i przez chwilę pomyślałem, że to jakiś żart losu, bo tego samego popołudnia moje małżeństwo skończyło się bez jednego słowa.
Nazywam się Robert Szumski i mam czterdzieści jeden lat. Prowadzę firmę spedycyjną w Gdyni, dwie hurtownie i — nie będę tego ukrywał, bo prędzej czy później wypłynie — układ, który miejscowi nazywają "rodziną", a ja od piętnastu lat nazywam po prostu robotą. Nie strzelam do ludzi. Załatwiam sprawy tak, żeby nikt nie musiał strzelać. To różnica, której nikt poza mną nie chce zauważyć, a najmniej moja żona.
Marta była dla mnie kimś, kogo nie zasługiwałem. Poznaliśmy się na weselu kuzyna w Sopocie, ona przyjechała z Wrocławia w pożyczonej sukience i śmiała się tak głośno, że kelner upuścił tacę. Trzy lata małżeństwa. Dwa lata starań o dziecko, które nie chciało przyjść. Lekarze, zastrzyki, kalendarzyki temperatury przyklejone do lodówki magnesem w kształcie ananasa — pamiętam ten magnes, bo to ja go kupiłem na wakacjach na Krecie, żeby ją rozśmieszyć.
Ostatnie dwa miesiące przed tym dniem żyłem w innym świecie. Rodzina Kowalczyków z Trójmiasta zaczęła podbierać nam kontrakty w porcie, a to nie jest coś, co się rozwiązuje telefonem. Wracałem po północy, pachnąc papierosami cudzych ludzi i chłodem z parkingu. Marta pytała, czy jestem bezpieczny. Całowałem ją w czoło i mówiłem, żeby się nie martwiła. Pytała, czy nasze małżeństwo jest bezpieczne. Nie odpowiadałem, tylko zdejmowałem marynarkę i wieszałem ją starannie na oparciu krzesła, jakby ten jeden gest mógł zastąpić zdanie, którego nie potrafiłem wypowiedzieć. Wiem teraz, że to było gorsze niż każde kłamstwo, jakie mogłem wymyślić.
Tego wieczoru byłem w biurze na siódmym piętrze, w apartamentowcu przy Al. Zwycięstwa, kiedy przyszła Wiktoria Halicka. Znałem ją tyle lat, ile znałem Martę — była na naszym ślubie, trzymała tren sukni, obiecywała ze łzami w oczach, że Marta nigdy nie będzie sama, choćby świat wokół niej był najgorszy. Tego wieczoru mówiła co innego.
— Rada nie będzie dłużej czekać — powiedziała, siadając na brzegu mojego biurka jak u siebie.
— Rada poczeka tyle, ile jej każę — odparłem, bo byłem zmęczony i nie miałem siły na kolejną wojnę.
— Tracisz kontrolę nad salą. Widzą konflikt z Kowalczykami, widzą prokuraturę na karku, a potem widzą twoją żonę.
— Co z moją żoną?
— Ona nie rozumie, kim jesteś.
— Rozumie wystarczająco.
— Nie, Robert. Ona rozumie mężczyznę, którego udajesz, kiedy wracasz do domu.
Powinienem był ją wtedy wyprosić z gabinetu. Zamiast tego stałem, słuchając, jak wylicza mi Hartmanów z Warszawy, którzy dadzą mi ochronę i sojusz, którego rada oczekuje. Powiedziała, że Marta nie została stworzona do tego świata. Kazałem jej przestać. Nie powiedziała, że się myli.
Chwyciłem ją za nadgarstek — chciałem odsunąć, przysięgam, że to była pierwsza myśl. Ale ona uniosła się na palcach i mnie pocałowała. Zawahałem się. To wahanie będzie mnie prześladować do końca życia, bo w tej sekundzie, zanim odepchnąłem Wiktorię, moja dłoń przesunęła się na jej talię. Nie z pożądania. Z jakiegoś tępego zmęczenia, które nie ma nic wspólnego z miłością, ale dla kogoś patrzącego z korytarza wygląda dokładnie tak samo.
Nie wiedziałem, że Marta stała za uchylonymi drzwiami. Nie wiedziałem, że w dłoniach trzymała białą kopertę z wynikami USG. Dowiedziałem się później od Krzyśka Nowaka, mojego najstarszego człowieka, że kamera na korytarzu została wyłączona czternaście minut przed jej przyjściem — ktoś z rady chciał, żeby Wiktoria zobaczyła dokładnie to, co miała zobaczyć, i żeby Marta zobaczyła to samo.
— Przestań — powiedziałem w końcu, odsuwając Wiktorię.
— Ale to się stało — odpowiedziała, śmiejąc się bez cienia radości.
— To był błąd.
— To dlaczego tak długo czekałeś, żeby mnie zatrzymać?
Nie zdążyłem odpowiedzieć. Usłyszałem tylko trzask windy w głębi korytarza. Kiedy wybiegłem, Krzysiek stał sam przy oknach recepcji, wpatrzony w dół szybu windy.
— Pani Szumska tu była — powiedział. — Widziała.
Dzwoniłem do niej dziewięć razy tego wieczoru. Miałem zarezerwowaną salę w restauracji przy Skwerze Kościuszki w Gdyni — jeden stolik, świece, białe róże, kelner znający tylko mnie po imieniu. W kieszeni marynarki miałem pudełeczko z antykwaryczną bransoletką, tę, którą kiedyś oglądała w witrynie na Świętojańskiej i powiedziała, że to szaleństwo tyle wydawać. Chciałem jej powiedzieć, że nareszcie mam czas. Że kontrakt z Kowalczykami się skończył. Że możemy spróbować jeszcze raz.
Telefon milczał. O dziesiątej wróciłem do mieszkania. Drzwi otworzyły się na ciemny przedpokój, zanim jeszcze zdążyłem zapalić światło, i już wiedziałem. W gabinecie na biurku leżały papiery separacyjne i jej obrączka, ułożona dokładnie na środku, jakby ktoś to reżyserował. Nie było listu.
Stałem tam dłuższą chwilę z pierścionkiem w zaciśniętej pięści, aż metal wbił mi się w skórę. Pierwsza myśl: widziała pocałunek. Druga: muszę ją znaleźć. Trzecia, ta najzimniejsza, ta, która trzymała mnie przy życiu od czasów, gdy jako dwunastolatek uciekałem przed ojcem po schodach kamienicy na Chyloni — jeśli wybrała odejść bez wysłuchania mnie, niech idzie.
Duma podjęła decyzję, na którą żal nie miał odwagi. Nie wiedziałem wtedy, że Marta wsiadła do porannego pociągu do Wrocławia pod nazwiskiem panieńskim, z jedną walizką, z naszyjnikiem po babci i zdjęciem swojej matki. Nie wiedziałem, że w tej walizce zostawiła diamenty, suknie, wszystko, co jej kupiłem, wierząc, że piękne rzeczy zastąpią moją nieobecność.
Minęło jedenaście miesięcy, zanim znów usłyszałem jej głos.
Krzysiek znalazł ją — nie z mojego rozkazu, sam to zrobił, bo powiedział, że nie mógł patrzeć, jak niszczę firmę, próbując wypełnić czymkolwiek dziurę, którą po sobie zostawiła. Zadzwonił z numeru zastrzeżonego i powiedział tylko adres: klinika położnicza w Świdnicy, dwadzieścia minut od Wrocławia. Pojechałem tam sam, bez ochrony, pierwszy raz od lat wsiadłem do samochodu bez nikogo obok.
Zastałem ją na parkingu, z wózkiem podwójnym, w którym spały dwie dziewczynki owinięte w kocyki w kolorze musztardy. Miała na sobie stary sweter, którego nigdy wcześniej nie widziałem, i wyglądała na kogoś, kto od dawna sam podejmuje wszystkie decyzje.
Nie krzyczałem, nie błagałem. Powiedziałem tylko, że wiem o wszystkim, co straciłem, i że nie przyjechałem, żeby cokolwiek odebrać.
— Nie przyjechałeś za późno — odpowiedziała, poprawiając kocyk jednej z córek. — Przyjechałeś dokładnie wtedy, kiedy miałeś przyjechać. Wcześniej bym cię nie wpuściła.
Powiedziała, że rada — ta sama rada, w której imieniu przemawiała Wiktoria — od dawna szukała sposobu, żeby mnie oddzielić od kogokolwiek, komu ufam bezwarunkowo, bo taki człowiek jest trudny do kontrolowania. Wiktoria dostała wiadomość tej nocy od któregoś z radców. Zobaczyła dokładnie to, co miała zobaczyć.
Nie proszę o wybaczenie, bo nie mam do tego prawa. Ale tego popołudnia w Świdnicy, kiedy Marta podała mi długopis do podpisu — nie papiery rozwodowe, tylko wniosek o wspólną opiekę, przygotowany przez jej adwokatkę na wypadek, gdybym się zjawił i zachował się jak człowiek — podpisałem go bez czytania. Ona zabrała dokument, schowała go do teczki i powiedziała, że mieszkanie w Świdnicy zostaje jej, że firmę spedycyjną prowadzę beze mnie w radzie, i że jeśli chcę widywać córki, to na jej warunkach, w jej mieście, bez ochrony przy bramie przedszkola.
Zgodziłem się na wszystko. Wiktoria Halicka nigdy więcej nie postawiła stopy w naszym biurze — dowiedziała się o tym z listu od notariusza, stojąc przed drzwiami gabinetu, do którego straciła dostęp na dobre. A ja co środę jadę sto osiemdziesiąt kilometrów do Świdnicy, żeby posiedzieć na dywanie z dwiema dziewczynkami, które nie noszą mojego nazwiska w dokumentach, i za każdym razem, kiedy Marta otwiera mi drzwi, wiem, że to ona zdecydowała, ile mi wolno.



