Miałem czterdzieści dwa lata i przez ostatnie pięć byłem tym, którego w rodzinie nazywali "zaradnym". To znaczy takim, co zawsze coś załatwi, komuś pomoże, znajdzie wyjście. Nikt nie pytał, ile mnie to kosztuje.
Nazywam się Robert Wieczorek. Działka, o której teraz opowiem, należała kiedyś do mojego dziadka, Henryka, w Mrągowie, kawałek od jeziora Czos. Po jego śmierci przeszła formalnie na moją ciotkę Teresę i jej męża Zbyszka — moich krewnych po kądzieli, choć w papierach nadal wisiała bałagan, bo spadek nie był domknięty do końca. Ja sam w tej hierarchii byłem nikim. Dalekim kuzynem, który przyjeżdżał tam czasem w dzieciństwie zbierać porzeczki i któremu nikt nigdy niczego nie zapisał.
Ale ja tę ziemię znałem lepiej niż oni. To ja przez dwa lata, kiedy ciotka Teresa chorowała, kosiłem tam trawę, uszczelniałem dach altanki, naprawiałem pompę przy studni. Nikt mi za to nie płacił i nikt nie pytał, czy mam na paliwo do kosiarki. Po prostu — rodzina, trzeba pomóc.
Latem zacząłem szukać najemczyni na sezon. Nie ukrywam — chciałem trochę odbić sobie te dwa lata darmowej roboty. Znalazłem kobietę, Danutę Kaczmarek, sześćdziesiąt jeden lat, emerytowaną pielęgniarkę z Olsztyna, która marzyła o kawałku ziemi, gdzie mogłaby posadzić pomidory i posiedzieć wieczorem z termosem herbaty. Powiedziałem jej, że rodzina wyjechała na stałe, że działka stoi pusta, że mogę ją wynająć na lato, a jesienią, jeśli się dogadamy, może nawet kupić. Wziąłem od niej cztery tysiące pięćset złotych zadatku w kawiarni przy dworcu PKS. Podałem rękę. Powiedziałem: załatwione.
Nie skłamałem sobie w duszy, że robię coś złego. Powtarzałem: to i tak rodzinna ziemia, nikt jej nie pilnuje, a ja się nią opiekuję latami — mam prawo. Tak się przekonywałem, jadąc autobusem z powrotem do Olsztyna, patrząc przez brudną szybę na pola kukurydzy.
Teresa przyjechała w sobotę, z pustymi słoikami na dżem, prosto z targu w Mrągowie, gdzie kupiła jeszcze młode ogórki na przetwory. Zastała na grządkach obcą kobietę w chustce, w gumowcach, plewiącą kapustę tak spokojnie, jakby mieszkała tam od zawsze. Usłyszałem potem od sąsiadki, że Danuta powiedziała Teresie prosto w oczy: "to teraz moja działka".
Zadzwoniła do mnie od razu, głosem, który drżał od pierwszego słowa.
— Robert, na jakiej podstawie wpuściłeś kogoś na naszą ziemię i wziąłeś od niej pieniądze?
Zrobiłem to, czego się wstydzę do dziś. Powiedziałem, że nic nie wiem, że to Danuta sobie wymyśliła, że nie brałem od niej żadnych pieniędzy. Kłamałem gładko, jakbym to ćwiczył całe życie. W tamtej sekundzie myślałem tylko o jednym: żeby nie wyjść na złodzieja przy całej rodzinie.
Potem oddzwoniła Danuta, z głośnikiem włączonym, żeby wszyscy słyszeli.
— Panie Robercie, niech pan powie prawdę, przecież siedzieliśmy przy stoliku, odliczałam panu banknoty!
I znowu powtórzyłem to samo kłamstwo. Słyszałem, jak jej głos się łamie, jak upuszcza telefon w trawę. Rozłączyłem się i przez chwilę siedziałem w swoim mieszkaniu w Olsztynie, na Kortowie, patrząc na ścianę, czując, jak coś we mnie się zapada. Nie duma — wstyd, taki fizyczny, w gardle.
Pojechałem tam sam, bo sąsiedzi już wezwali dzielnicowego, a ja pomyślałem, że jeśli przyjadę pierwszy, z uśmiechem, to jeszcze da się to jakoś rozegrać po swojemu. Wysiadłem z mojego starego Passata, uśmiechnąłem się do zebranego tłumu jak na rodzinnym pikniku.
— No, całe zgromadzenie! Ciociu Tereso, po co ludzi straszyć, jesteśmy rodziną, dogadamy się.
Zobaczyłem, że nikt się nie uśmiecha. Danuta stała pośrodku, postarzała w ciągu jednej godziny, z rękami splecionymi na piersi.
— Oddawaj moje pieniądze, oszuście. Teraz, przy wszystkich.
Spojrzałem na nią z góry, próbując grać niewinność do samego końca.
— Kobieto, pierwszy raz panią widzę.
I wtedy skrzypnęła furtka po raz drugi. Wszedł dzielnicowy, młody, spokojny, z notesem w ręku. Wysłuchał Danuty, potem Teresy, a na końcu zwrócił się do mnie:
— Ma pan przy sobie dokument potwierdzający prawo własności albo pełnomocnictwo od właścicieli?
Otworzyłem usta — i po raz pierwszy tego dnia nie miałem co powiedzieć.
Dzielnicowy spisał moje dane, spisał dane Danuty, poinformował, że sprawa o oszustwo na szkodę mienia i pieniędzy pójdzie do prokuratury rejonowej w Mrągowie, a Danucie doradził złożyć zawiadomienie i żądać zwrotu zadatku na drodze cywilnej. Teresa nie krzyczała. Powiedziała tylko jedno zdanie, które zapamiętam do końca życia: "Zbyszek już dzwoni do notariusza, żeby dokończyć spadek na moje nazwisko — żebyś ty, Robert, nigdy więcej nie miał tu nic do gadania".
Trzy tygodnie później przyszło do mnie pismo. Teresa i Zbyszek dokończyli postępowanie spadkowe — zapłacili prawnikowi w Olsztynie za przyspieszenie sprawy, jakieś osiemset złotych — i od razu zmienili zamek w bramie i w drzwiach domku. Stary klucz, który nosiłem w kieszeni od dzieciństwa, przestał pasować. Danucie oddali cztery tysiące pięćset złotych z własnej kieszeni — nie dlatego, że musieli, tylko dlatego, jak powiedziała Teresa sąsiadce, "żeby ta kobieta nie płaciła za cudzy grzech". Ja dostałem wezwanie na przesłuchanie i dokument, w którym czarno na białym napisano, że nie mam żadnego prawa wstępu na tę nieruchomość.
Stałem potem raz pod tą bramą, już jesienią, kiedy liście klonu przy studni leżały mokre na ścieżce. Nowy zamek błyszczał, jakby nigdy nie było innego. Nie zapukałem. Wiedziałem, że nikt mi nie otworzy — i że słusznie.



