Kot z Sadyby, który okradał całe osiedle

Barbara Winiarska od dwóch miesięcy nie mogła znaleźć jednej rękawiczki. Potem zniknęła druga, z innej pary. Potem ścierka z balkonu, potem gumowy kaczor wnuczki, który leżał na wycieraczce sąsiadów piętro niżej.

— Ktoś tu chodzi po klatce i zabiera rzeczy — powiedziała mężowi, Ryszardowi, pewnego wieczoru przy kolacji. — To już nie jest przypadek.

Osiedle przy ulicy Sarmackiej na Sadybie było spokojne, ot, kilka bloków z lat siedemdziesiątych, trzepak, ławeczki, sklep spożywczy na rogu, gdzie chleb kosztował sześć złotych pięćdziesiąt. Ludzie znali się z widzenia, wymieniali się ogórkami z działki, pilnowali sobie nawzajem kluczy. I właśnie dlatego zniknięcia budziły coś więcej niż irytację — budziły nieufność.

Zaczęło się niewinnie. Jedna klapka na balkonie sąsiadki z parteru, potem druga w zupełnie innym miejscu, przy śmietniku. Ktoś stracił rękawiczkę z frotté, ktoś inny znalazł na wycieraczce cudzą skarpetkę w żółte kaczuszki. Pani Halina z czwartego piętra przysięgała, że ktoś zabrał jej ręcznik plażowy prosto z balkonu, choć drzwi balkonowe były zamknięte na klucz.

Plotki poszły w złym kierunku. Ktoś napisał na grupie osiedlowej na Facebooku, że to na pewno któryś z chłopaków spod klatki numer siedem, ten z kolczykiem, co zawsze siedzi na ławce do północy. Inni podejrzewali dozorcę. Barbara, mimo że nie miała dowodów, zaczęła patrzeć podejrzliwie na sąsiada z drugiego piętra, który akurat wtedy zaczął nosić nową kurtkę.

Rozwiązanie przyniósł przypadek — a raczej kamera.

Pan Zenon, emerytowany elektryk mieszkający na parterze, zainstalował sobie niedawno kamerkę na podwórku, bo bał się o rower. Kamera z noktowizją nagrywała całą noc. Po trzech tygodniach przejrzał w końcu nagrania, bo zauważył, że coś ciągle szeleści koło jego progu.

To, co zobaczył, kazało mu wybuchnąć śmiechem tak głośnym, że obudził żonę.

Na nagraniu, kwadrans po pierwszej w nocy, przez podwórko szedł dumnie szary kot z białą łatką na pysku, niosąc w pysku różową klapkę. Kot znikał za rogiem budynku, wracał kilka minut później bez klapki, a po chwili wychodził znowu — tym razem po coś innego.

To był Filemon, kot rodziny Winiarskich. Ten sam Filemon, który całymi dniami spał na parapecie i wyglądał na najspokojniejsze stworzenie na całym osiedlu.

Barbara nie chciała uwierzyć, dopóki nie zeszła do piwnicy razem z Ryszardem. Za starą pralką, w kartonie po butach, leżał cały skarb: dwadzieścia siedem skarpetek bez pary, jedenaście rękawiczek, cztery klapki, trzy pluszaki, dwie ścierki kuchenne, sznurówka, a nawet mała plastikowa łopatka z piaskownicy. W sumie, jak policzyli później sąsiedzi porównując swoje straty, ponad sto sześćdziesiąt przedmiotów w ciągu niespełna roku.

Najbardziej wydajną noc Filemon miał w połowie sierpnia — przyniósł do domu dziewięć rzeczy jedna po drugiej, w tym firmową czapkę kuriera, który akurat tego dnia dostarczał paczki na klatkę obok.

Nikt nie potrafił wyjaśnić, dlaczego kot to robił. Weterynarz z przychodni przy Powsińskiej wzruszył ramionami i powiedział, że u niektórych kotów to po prostu instynkt łowiecki, przeniesiony na przedmioty zamiast na myszy — coś jak u psów myśliwskich, tylko bez sensu praktycznego. Filemon nigdy nie ukradł jedzenia. Nigdy nie zniszczył łupu. Po prostu przynosił go do domu i zostawiał, jakby składał raport.

Barbara zrobiła coś, czego nikt się po niej nie spodziewał. Wydrukowała listę wszystkich znalezionych przedmiotów, przypięła ją do tablicy ogłoszeń przy wejściu do klatki numer trzy, obok ogłoszeń o wywozie gabarytów i zebraniu wspólnoty. Pod spodem dopisała swój numer telefonu i zdanie: „Właściciel się przyznaje. Odbiór w piwnicy, klatka trzecia, do środy."

Przez kolejne dni ludzie schodzili po swoje rzeczy. Pani Halina odzyskała ręcznik, kurier dostał z powrotem czapkę, wnuczka sąsiadki z parteru — gumowego kaczora. Ktoś zostawił Barbarze w podzięce słoik konfitury z czereśni.

Filemonowi kupiono obrożę z małym dzwoneczkiem, żeby przynajmniej było słychać, kiedy wychodzi na łowy. Nie przestał kraść. Ale teraz, kiedy dzwoneczek brzęczał w nocy pod czyimś balkonem, sąsiedzi już się nie denerwowali — tylko wychodzili sprawdzić, co tym razem przyniósł.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dziewiętnaście + 1 =

Kot z Sadyby, który okradał całe osiedle