Bożena Kowalik postawiła termos na blacie lady i przez chwilę patrzyła na kalendarz, w którym czerwony flamaster zaznaczał piętnasty września — dzień, kiedy skończyły się odsetki karencyjne w banku. Miała pięćdziesiąt trzy lata i warsztat samochodowy przy ulicy Krętej w Radomiu, który razem z mężem Ryszardem prowadziła od dwudziestu jeden lat, zanim Ryszard zmarł na zawał w zeszłym roku, w marcu, na zapleczu, między dwoma podniesionymi autami.
Warsztat zapisał na syna. Na Marcina.
Bożena nie miała o to pretensji — tak się umówili jeszcze za życia Ryszarda, że firma przejdzie na dziecko, żeby nie było kłopotów ze spadkiem po drugim rodzicu. Notariusz w kancelarii przy Żeromskiego sporządził akt darowizny, Marcin podpisał, uścisnęli sobie ręce. Bożena zresztą wciąż tam pracowała — prowadziła księgowość, przyjmowała klientów, parzyła kawę mechanikom, kiedy było zimno. Nikt jej nie płacił pensji. „Mamo, to przecież rodzinne, po co nam umowa" — powiedział wtedy Marcin, a ona pokiwała głową, bo ufała.
Zięć nie ufał. Konrad, mąż jej córki Ani, od pół roku miał pretensję o to, że teść — czyli Ryszard, którego już nie było, żeby się bronić — „faworyzował syna", a córkę „spisał na straty". Konrad pracował w hurtowni budowlanej na Wólce, zarabiał nieźle, ale lubił mówić przy niedzielnym obiedzie, że „sprawiedliwości nie ma", że „firma rodzinna to firma dla jednego dziecka, a reszta niech się cieszy z talerza rosołu".
Bożena milczała przy tych obiadach. Kroiła schab, dolewała kompot i milczała.
Aż do dnia, kiedy przyszła do warsztatu i zastała tam komornika.
To był wtorek, dwudziesty trzeci. Deszcz lał od rana, taki drobny, uporczywy, jaki bywa w Radomiu we wrześniu, kiedy liście na kasztanach przy ulicy jeszcze zielone, ale już ciężkie od wody. Komornik, młody mężczyzna w za dużej marynarce, stał przy podnośniku i czytał Marcinowi tytuł wykonawczy. Zajęcie ruchomości. Dwa auta klientów w warsztacie mogły pójść pod młotek, jeśli dług nie zostanie spłacony w ciągu czternastu dni.
— Jaki dług? — zapytała Bożena, stawiając torbę na krześle.
Okazało się, że Marcin wziął pożyczkę na "rozwój działalności" — sto dwadzieścia tysięcy złotych, w parabanku przy rondzie Kościuszki, bo bank odmówił mu kredytu przez brak historii. Pieniądze poszły nie na warsztat, tylko na mieszkanie dla jego dziewczyny w Kielcach, o czym Bożena dowiedziała się dopiero od komornika, bo w papierach był adres nieruchomości obciążonej poręczeniem.
A poręczycielem — bo przecież ktoś musiał podpisać, skoro Marcin sam nie miał zdolności — była ona. Bożena. Jej podpis, jej dowód osobisty, umowa, której nigdy nie czytała, bo syn przyniósł jej "papiery do podpisania w sprawie ubezpieczenia warsztatu" pół roku temu, a ona podpisała, bo ufała.
— Mamo, ja to spłacę, tylko daj mi czas — powtarzał Marcin, kiedy komornik już wyszedł, a deszcz bębnił o blachę w garażu.
— Ile czasu, Marcin? Bo komornik dał czternaście dni.
Syn nie odpowiedział. Odwrócił wzrok w stronę okna, gdzie stał czerwony opel klientki, pani Halinki z ulicy Struga, która przyjeżdżała co miesiąc na przegląd i zawsze przynosiła ciasto drożdżowe.
Wieczorem Bożena zadzwoniła do córki. Ania odebrała po trzecim sygnale, w tle słychać było telewizor — akurat leciał program o remontach — i głos Konrada, który coś krzyczał do dziecka.
— Wiedziałaś? — zapytała Bożena bez powitania.
Cisza po drugiej stronie trwała trzy sekundy za długo.
— Konrad mówił, że coś… że Marcin miał kłopoty. Ale nie wiedziałam, że aż tak.
— Że aż tak, czyli że mój podpis wisi na stu dwudziestu tysiącach? Że jak Marcin nie spłaci, komornik zajmie warsztat, bo to jedyny majątek, jaki mam jako poręczyciel?
Ania nic nie powiedziała. Za to w słuchawce odezwał się Konrad, wyraźnie chcąc, żeby Bożena usłyszała:
— A nie mówiłem? Sprawiedliwości nie ma. Chłopak dostał firmę, a teraz jeszcze matkę w to wciąga. To się ładnie robi rodzinne interesy.
Bożena odłożyła słuchawkę bez słowa. Usiadła przy stole w kuchni, tej samej, przy której Ryszard jadał śniadania przez trzydzieści lat, i przez chwilę patrzyła na wzór obrusa — w kratkę, czerwono-białą, kupiony jeszcze na targu Korej w latach dziewięćdziesiątych.
Rano pojechała do kancelarii adwokackiej przy alei Wojska Polskiego. Adwokat, pan Zieliński, człowiek po sześćdziesiątce z okularami na czubku nosa, przeczytał umowę poręczenia dwa razy.
— Pani podpis jest prawomocny. Ale jest coś ciekawszego — powiedział, wskazując paragraf dziewiąty. — Umowa darowizny warsztatu na syna zawierała klauzulę zwrotną. Gdyby obdarowany dopuścił się rażącej niewdzięczności albo doprowadził majątek do zagrożenia egzekucją bez wiedzy darczyńcy, darczyńca może odwołać darowiznę.
Bożena milczała, próbując to wszystko poukładać.
— Innymi słowy — dodał adwokat — pani mąż, świętej pamięci, zabezpieczył panią na wypadek dokładnie takiej sytuacji. Może pani odwołać darowiznę i warsztat wróci na panią. A wtedy to pani decyduje, co dalej z długiem syna — i czy w ogóle spłaca go z majątku firmy.
Trzy tygodnie później, w piątkowe popołudnie, kiedy warsztat pachniał smarem i mokrym asfaltem po deszczu, Bożena zaprosiła Marcina i Konrada na rozmowę. Ania przyszła też, bez zaproszenia, blada, z dzieckiem u sąsiadki.
Na ladzie leżała teczka — brązowa, z gumką, taka sama, w jakiej Ryszard trzymał kiedyś dokumenty warsztatu. W środku: akt notarialny odwołania darowizny, już podpisany u notariusza przy Żeromskiego trzy dni wcześniej, oraz umowa sprzedaży warsztatu firmie transportowej z Radomia, która od miesiąca dobijała się o wykup nieruchomości — za czterysta dziesięć tysięcy złotych.
— Mamo, co to jest? — Marcin sięgnął po teczkę, ale Bożena położyła na niej dłoń.
— To jest to, że warsztat od wtorku znowu jest mój. I że w poniedziałek podpisuję sprzedaż. Z tych pieniędzy spłacam twoją pożyczkę w parabanku, bo mój podpis tam wisi i nie zamierzam czekać, aż komornik zlicytuje mi patelnie z kuchni. Reszta idzie na moją emeryturę, bo dwadzieścia jeden lat pracowałam tu za darmo i nikt mi nawet składek nie odprowadzał jak trzeba.
— A ja? — głos Marcina się załamał. — To miało być moje.
— Miało. Dopóki nie zastawiłeś tego bez pytania mnie o zdanie.
Konrad, stojący przy drzwiach, otworzył usta, ale Bożena spojrzała w jego stronę pierwszy raz od początku rozmowy.
— A tobie, Konradzie, powiem tylko jedno. Mówiłeś przy każdym obiedzie, że sprawiedliwości nie ma. Otóż jest. Właśnie się dzieje. Tylko że nie w tę stronę, w którą liczyłeś.
Nikt nie odpowiedział. Za oknem przejechała śmieciarka, klekocząc kubłami — jak co piątek o tej porze, od lat, niezależnie od tego, co się działo w środku.
W poniedziałek Bożena pojechała do kancelarii sama. Podpisała umowę sprzedaży, przelew na spłatę pożyczki poszedł tego samego dnia. Wieczorem, wracając, kupiła w piekarni na rogu bułkę maślaną — taką, jaką lubił Ryszard — i zjadła ją sama, w kuchni, przy obrusie w czerwoną kratkę, nie czekając, aż ktoś zadzwoni.



