Warsztat po Ryszardzie
Kaska ustawiła termos na dachu forda i patrzyła, jak para znika w chłodnym powietrzu. Wrzesień w Radomiu pachniał już liśćmi i spalinami z pobliskiej stacji kontroli pojazdów. Naprzeciwko, w progu warsztatu, stał jej szwagier, Dariusz, z kluczem nastawnym w dłoni, jakby to była broń.
— Tata zapisał to na mnie — powiedział. — Ustnie. Świadkiem był Zenek.
Zenek, mechanik z sąsiedniego boksu, nagle znalazł coś ciekawego w silniku passata i nie podniósł twarzy znad maski.
Warsztat przy ulicy Wjazdowej należał do Ryszarda trzydzieści cztery lata. Kaska pracowała tu od ślubu z jego synem, Tomkiem — jedenaście lat prowadziła księgowość, zamawiała części, odbierała telefony od klientów, którzy pytali, czy pan Rysiek już wrócił z obiadu. Tomek zginął w wypadku na S7 sześć lat temu. Ryszard nie wyrzucił synowej. Zatrzymał ją, bo — jak mawiał — "ktoś tu musi ogarniać papiery, a ja się na tym nie znam".
Zmarł w marcu. Zawał, w niedzielę, przy telewizorze, z meczem Widzewa w tle.
Testamentu nie było. A przynajmniej nikt go nie znalazł.
— Ustnie się nie zapisuje warsztatu, Darek — powiedziała Kaska. Głos jej nie drżał, choć ręka na termosie zacisnęła się mocniej. — Jest urząd skarbowy, jest księga wieczysta, jest prawo spadkowe.
— Ty tu jesteś obca. Nazwisko masz po Tomku, ale krwi w tobie żadnej.
Powiedział to spokojnie, przy klientach, którzy akurat czekali na wymianę oleju w swoich autach, udając, że czytają gazetę sprzed miesiąca.
Kaska nie odpowiedziała od razu. Wróciła do biura na zapleczu, tam gdzie od jedenastu lat stało jej biurko z pęknięciem po lewej stronie blatu, tam gdzie w szufladzie trzymała cukierki dla wnuka Zenka, gdy ten przychodził po ojca. Otworzyła szafę z segregatorami. Wszystkie faktury, wszystkie umowy z dostawcami części, cała historia firmy od 2009 roku — jej ręką, jej systemem.
Zadzwoniła do notariusza, pani Halickiej z kancelarii przy Żeromskiego, u której robiła kiedyś pełnomocnictwo do konta firmowego. Umówiła się na czwartek.
Dwa dni później, kiedy sprzątała szafę na zapleczu — tę, w której Ryszard trzymał stare kalendarze i rachunki jeszcze z lat dziewięćdziesiątych — znalazła kopertę. Nieoznaczoną, wciśniętą między roczniki "Motoru" a segregator z fakturami za opony. W środku testament własnoręczny, spisany trzy lata wcześniej, z datą i podpisem, poświadczony przez dwóch sąsiadów Ryszarda z bloku przy Struga.
Ryszard zapisał warsztat wnukowi, małemu Kubie, synowi Kaski i Tomka — w zarządzie powierniczym do osiemnastych urodzin chłopca. Do tego czasu zarząd miała sprawować "synowa Katarzyna, która przez te wszystkie lata prowadziła ten interes lepiej niż ja sam".
Dariusz nie był wymieniony ani słowem.
Kaska nie od razu pobiegła z tym papierem do warsztatu. Zaniosła go najpierw do notariusz Halickiej, żeby sprawdziła autentyczność i zgodność z prawem. Trzy dni czekania, telefon z potwierdzeniem: dokument ważny, można otwierać postępowanie spadkowe.
W piątek rano, gdy Dariusz jak zwykle otwierał roletę warsztatu swoim kluczem — tym samym, który zabrał ojcu jeszcze w marcu, zanim ktokolwiek zdążył pomyśleć o zamkach — zastał na drzwiach nową kłódkę.
Czekała na niego przy wejściu, w płaszczu, z teczką w ręku. Termosu tym razem nie było.
— Co to ma znaczyć — warknął, szarpiąc za kłódkę, jakby siła mogła zastąpić prawo.
— To znaczy, że warsztat ma innego właściciela — powiedziała Kaska i podała mu kopię testamentu. — Kubę. Ja jestem tylko zarządcą, do jego osiemnastki. Dziewięć lat, Darek. Możesz to zaskarżyć, masz prawo. Ale do tego czasu klucze zmieniam ja.
Zenek, który akurat nadjeżdżał na rowerze, zwolnił, zobaczył kłódkę i Dariusza z kartką w ręku, i po prostu pojechał dalej, w stronę warzywniaka na rogu.
Dariusz stał jeszcze chwilę, czytając papier po raz drugi, jakby litery miały się same przestawić. Nie przestawiły się.
Sprawa spadkowa trafiła do sądu rejonowego przy Warszawskiej tydzień później. Dariusz złożył zażalenie, twierdząc, że testament sfałszowano — ale grafolog powołany przez sąd potwierdził pismo Ryszarda, a obaj świadkowie z bloku zeznali zgodnie, bez wahania. Sprawę oddalono w listopadzie.
Kaska prowadzi teraz warsztat przy Wjazdowej dalej — z tabliczką na drzwiach, na której obok starego szyldu "Ryszard Kowalik — Mechanika Pojazdowa" wisi mała, nowa: "w zarządzie Katarzyny Kowalik dla Jakuba Kowalika". Zenek został, dostał podwyżkę. Kuba w każdą sobotę siedzi na starym stołku dziadka i patrzy, jak matka liczy utarg, a klienci wciąż pytają, czy pan Rysiek już wrócił z obiadu — i wciąż ktoś im odpowiada, że nie wróci, ale warsztat stoi, i stać będzie.



