Nazywam się Anna Wróblewska, mam czterdzieści dwa lata i przez ostatnie osiem miesięcy mieszkałam praktycznie na korytarzu oddziału onkologicznego szpitala przy ulicy Powstania Warszawskiego w Gdyni. Mój syn Kuba ma dziesięć lat. Chorował na białaczkę.
Mąż, Marek, przynosił mi kawę z automatu — taką w kubeczku, za dwa złote pięćdziesiąt, zawsze za słodką. Piliśmy ją na plastikowych krzesłach pod oknem, z którego było widać parking i czerwony neon apteki po drugiej stronie ulicy. To był nasz rytuał. Nic nie mówiliśmy. Po prostu siedzieliśmy.
We wtorek, dwudziestego pierwszego lipca, lekarz prowadzący, doktor Zieliński, poprosił nas do gabinetu. Miał w ręku wyniki i nie usiadł od razu za biurkiem, tylko stał chwilę przy oknie, zanim zaczął mówić.
— Przykro mi. Leczenie przestało działać. Będziemy robić wszystko, żeby Kubie było jak najlepiej, ale czasu zostało niewiele.
Nie pamiętam, jak wyszłam z tego gabinetu. Pamiętam za to, że w automacie na korytarzu zabrakło akurat tej kawy, którą lubił Marek, i że to mnie wtedy rozzłościło bardziej niż cokolwiek innego — jakby to było najgorsze, co mogło się tego dnia wydarzyć.
Dwa dni później do sali wszedł ktoś, kogo wcześniej nie widziałam. Kobieta w bordowej bluzie z logo fundacji, która współpracuje ze szpitalem i pomaga ciężko chorym dzieciom spełniać marzenia. Usiadła na brzegu łóżka Kuby, tak jakby znała go od lat.
— Gdybyś mógł zrobić jedną rzecz, naprawdę wyjątkową — zapytała — jaka by to była?
Kuba nie zastanawiał się nawet sekundy.
— Chcę pojechać z mamą i tatą na mecz Arki. Na prawdziwy stadion.
Kochał piłkę. Znał składy, statystyki, oglądał z ojcem każdy mecz, jaki się dało złapać w telewizji — ale sam, na trybunach, nigdy nie był. Kobieta z fundacji zanotowała coś w zeszycie i powiedziała, że się tym zajmie.
Dostaliśmy zgodę lekarza na wyjście, poduszkę do wózka, termos z herbatą i cztery bilety — dla nas trojga i dla pielęgniarki, na wszelki wypadek. W sobotę, dwudziestego piątego lipca, pojechaliśmy na Stadion Miejski.
Kuba miał na sobie za dużą, pożyczoną koszulkę klubową. Kiedy weszliśmy na trybuny i usiedliśmy w pierwszym rzędzie za bramką, zobaczyłam, jak jego twarz się zmienia — po raz pierwszy od tygodni nie wyglądał jak chory chłopiec, tylko po prostu jak chłopiec na meczu.
W przerwie spotkania nagle złapał mnie za rękę.
— Mamo! Patrz!
Na wielkim ekranie nad trybuną przeciwną pojawiły się nasze twarze. Całe trzy. Machaliśmy, śmialiśmy się, Marek podniósł kciuk do góry jak dzieciak. Myślałam, że to koniec niespodzianki.
Myliłam się.
Z głośników popłynął głęboki, męski głos: „Kuba, cieszymy się, że jesteś dziś z nami. Ale jest coś, o czym ani ty, ani twoi rodzice nie wiecie o tym wyjeździe. Wszyscy troje — proszę, odwróćcie się do tyłu".
Ludzie wokół nas zaczęli się oglądać, szukając, o kogo chodzi. Poczułam, jak robi się gorąco na twarzy. Odwróciliśmy się jednocześnie — ja, Marek, Kuba na wózku między nami.
Marek zesztywniał. Po schodach sektora, powoli, wspierając się na lasce, schodził mężczyzna w granatowej marynarce. Rozpoznałam go po chwili — to był Zbigniew Kaczmarek, dawny obrońca Arki z lat dziewięćdziesiątych, ten sam, którego zdjęcie wisiało u Kuby nad łóżkiem, wycięte z gazety sprzed dwóch lat. Kuba miał to zdjęcie przyklejone taśmą do szafki szpitalnej — codziennie na nie patrzył.
Kaczmarek podszedł, kucnął przy wózku i podał Kubie starą, znoszoną koszulkę meczową, w plastikowej ramce, z autografem całej drużyny z tamtego sezonu.
— Fundacja napisała do mnie, że jest chłopak, który zna moje mecze lepiej niż ja sam — powiedział. — Chciałem to zobaczyć na własne oczy.
Kuba nie mógł wydusić słowa. Trzymał ramkę tak mocno, że knykcie mu zbielały. Cały sektor bił brawo. Ktoś obok nas płakał głośniej niż ja.
To był dzień, po którym Kuba przeżył jeszcze jedenaście tygodni.
Zmarł dziewiątego października, we własnym łóżku, nie w szpitalu — udało się nam to załatwić przez hospicjum domowe przy ulicy Chwaszczyńskiej. Ramka z koszulką stała na komodzie obok niego do samego końca.
Po pogrzebie zaczęły przychodzić rachunki. Za ostatnie miesiące leczenia, za sprzęt do domu, za lekarstwa, których NFZ nie refundował w pełni. W sumie: dwadzieścia trzy tysiące złotych. Marek chciał wziąć kredyt gotówkowy. Ja powiedziałam nie.
Zamiast tego poszłam do notariusza przy ulicy Świętojańskiej i sprzedałam działkę pod Wejherowem, którą dostałam po rodzicach jeszcze dziesięć lat temu — ziemię, na której nigdy nic nie postawiliśmy, bo zawsze było „później, jak Kuba podrośnie". Za trzydzieści osiem tysięcy złotych. Spłaciłam rachunki, a resztę, piętnaście tysięcy, przekazałam tej samej fundacji, która zorganizowała wyjazd na stadion — z zastrzeżeniem w umowie darowizny, że pieniądze mają pójść wyłącznie na wyjazdy stadionowe dla innych dzieci onkologicznych z Trójmiasta.
Dokument mam do dziś w segregatorze w szafce, tam gdzie kiedyś trzymałam wyniki badań Kuby. Czasem go wyjmuję i czytam swoje własne nazwisko pod klauzulą darowizny, jakbym sprawdzała, czy to naprawdę się wydarzyło.
Koszulka w ramce wciąż stoi u nas w salonie, na regale, obok zdjęcia z trybun, na którym Kuba macha do kamery z twarzą rozświetloną jak nigdy wcześniej.



