Zdzisław Mroczek mieszkał na czwartym piętrze kamienicy przy ulicy Kilińskiego w Radomiu od czterdziestu trzech lat. Winda nie działała od jesieni — zarząd wspólnoty obiecywał naprawę „po Nowym Roku", a teraz był już wrzesień. Zdzisław miał osiemdziesiąt sześć lat i schodził po tych schodach coraz rzadziej, bo kolana odmawiały posłuszeństwa, a poręcz na trzecim piętrze chwiała się w gnieździe.
Tamtego popołudnia, w środę, poślizgnął się na linoleum w przedpokoju. Niósł dzbanek z kompotem, chciał postawić go na stole, a noga podjechała mu na mokrej plamie po zalanym kwiatku. Upadł całym ciężarem na biodro. Dzbanek się roztrzaskał, a on został na podłodze — sam, bez telefonu w zasięgu ręki, bo słuchawka leżała na kredensie, dwa metry dalej, jakby ktoś specjalnie odsunął ją poza zasięg.
Leżał tak cztery godziny. Za oknem ściemniało się powoli, w telewizorze u sąsiadki dudniły wiadomości o kolejnej podwyżce cen gazu. Słyszał to przez ścianę, ale krzyczeć przestał po pierwszej godzinie — gardło miał zdarte, a nikt i tak nie reagował.
Syn, Robert, wrócił z warsztatu samochodowego, gdzie pracował jako mechanik, dopiero po siedemnastej. Otworzył drzwi, zobaczył ojca na podłodze w przedpokoju, w kałuży rozlanego kompotu, i nie przykucnął, nie zapytał, co się stało. Rzucił kluczyki na komodę i powiedział, nie patrząc nawet w jego stronę:
— No i co, tato, znowu? Ja mam dosyć, rozumiesz? Mam swoje sprawy, swoje zmęczenie po dziesięciu godzinach pod maską, a tu wracam i mam sprzątać po tobie jak po dziecku. Ja nie jestem twoją pielęgniarką.
Zdzisław nie odpowiedział. Podniósł się z trudem, opierając dłoń o framugę, i dopiero kiedy usiadł na taborecie w kuchni, poczuł, jak coś ciepłego spływa mu po policzku. Nie otarł tego. Po prostu siedział, patrząc na stłuczone szkło, które wciąż leżało na podłodze, bo nikt go nie posprzątał.
Robert traktował go tak od dwóch lat, odkąd zmarła matka. Zdzisław coraz gorzej chodził, ręka mu drżała przy trzymaniu widelca, a pod prysznicem musiał się trzymać uchwytu, żeby nie upaść po raz drugi. A syn zamiast pomocy przynosił do domu wyłącznie pretensje.
— Ile razy mam ci powtarzać — mówił Robert prawie codziennie, zdejmując kombinezon roboczy pachnący olejem silnikowym — żebyś uważał. Ja nie mam czasu cię niańczyć.
Zdzisław wtedy tylko wstawał od stołu i szedł do swojego pokoju, gdzie na komodzie stało zdjęcie z technikum samochodowego — Robert w za dużej marynarce, dziewiętnastoletni, z dyplomem w ręku. Za ten dyplom sprzedał kiedyś fiata 126p za trzy i pół tysiąca złotych, bo brakowało na książki i narzędzia do warsztatu szkolnego. Nigdy o tym synowi nie przypomniał.
W piątek rano Robert jechał do warsztatu swoim volkswagenem passatem, spóźniony, bo zaspał. Na rondzie przy Wyścigowej poczuł, że lewa ręka mu drętwieje, a widok przed oczami rozmywa się w szare plamy. Zdążył jeszcze skręcić na pobocze, zanim stracił panowanie nad autem. Karetka zabrała go do Szpitala Wojewódzkiego z rozpoznaniem udaru niedokrwiennego mózgu.
Lekarz na oddziale neurologii powiedział to wprost, bez owijania w bawełnę: rozległe uszkodzenie prawej półkuli, niedowład lewej strony ciała, długa rehabilitacja bez gwarancji pełnego powrotu do sprawności. Robert, który jeszcze tydzień wcześniej pouczał ojca, żeby „się ogarnął", teraz sam nie potrafił unieść łyżki do ust.
I kto po niego przyszedł, kto podpisał wypis ze szpitala i zabrał go taksówką do domu na Kilińskiego? Ten sam osiemdziesięciosześcioletni ojciec, chudy jak patyk, z ręką, która drżała jeszcze bardziej niż wcześniej, ale wciąż trzymająca się na nogach.
Zdzisław karmił syna łyżeczką, delikatnie, bo Robert krztusił się nawet zupą. Uczył go od nowa stawiać kroki, trzymając go pod pachą, chociaż sam ledwie ważył sześćdziesiąt kilo. Wstawał w środku nocy, żeby zmienić przepocone prześcieradło, i nucił przy tym starą piosenkę, którą śpiewał mu, gdy ten był mały — tę o kotku, co poszedł do Bydgoszczy.
Minęły trzy tygodnie. Pewnego wieczoru, gdy Zdzisław siedział przy jego łóżku i cierpliwie prostował mu palce u lewej dłoni, Robert wyszeptał, ledwo słyszalnie, z gardła ściśniętego czymś więcej niż tylko chorobą:
— Tato… wybacz mi. Jeśli potrafisz, to mi wybacz.
Zdzisław odłożył jego dłoń na kołdrę, poprawił poduszkę i odpowiedział, bez cienia wyrzutu w głosie:
— Synu, ty nigdy nie byłeś dla mnie ciężarem.
Nic więcej nie dodał. Wstał, zgasił lampkę nocną i zostawił tylko światło z korytarza, tak jak kiedyś, gdy Robert bał się ciemności.
Robert dochodził do siebie osiem miesięcy. Nauczył się chodzić o lasce, potem bez niej. Wrócił do warsztatu, choć już na pół etatu, bo lewa ręka nie odzyskała dawnej pewności przy trzymaniu klucza nasadowego.
Rok później, kiedy zarząd wspólnoty w końcu naprawił windę przy Kilińskiego, Robert pierwszy zjechał na dół, żeby osobiście sprawdzić, czy działa — i zaraz zawiózł ojca na spacer nad rzekę, tam gdzie Zdzisław lubił karmić kaczki. Kupił mu po drodze rogalika z piekarni na rogu, tego z makiem za dwa złote osiemdziesiąt, którego ojciec zawsze wybierał. Nie powiedział przy tym nic więcej. Po prostu szedł obok niego, krok w krok, gotowy złapać go za łokieć, gdyby noga znów zawiodła.



