Slowo, które trzymało Odyseję w kłamstwie osiemdziesiąt lat

Doktor Bożena Kraszewska pierwszy raz otworzyła stary egzemplarz „Odysei" w bibliotece przy ulicy Piotrkowskiej w Łodzi, kiedy miała czternaście lat. Miękka okładka, żółte kartki, zapach kurzu i starego kleju. Przeczytała wtedy zdanie o niewolnicach domowych Odyseusza i pomyślała: służące. Zwykłe dziewczyny od sprzątania. Minęło trzydzieści lat, zanim zrozumiała, że to słowo ją okłamało.

Pracowała na Uniwersytecie Łódzkim, na filologii klasycznej, w pokoju numer 214, gdzie kaloryfer trzeszczał od października do kwietnia i nigdy nie grzał tak, jak trzeba. Na biurku stały trzy słowniki greckie, kubek z odpryśniętym uchem i zdjęcie córki w ramce. Umowę z krakowskim wydawnictwem podpisała trzy lata wcześniej, na jesieni, za zaliczkę, która pokryła ledwie remont łazienki. Dziesięć tysięcy egzemplarzy, jeśli się uda. Jeśli się nie uda — kolejna rozprawa nikomu niepotrzebna, leżąca w bibliotece obok tysiąca innych.

To profesor Tadeusz Wybranowski, jej promotor, ten sam, który dwadzieścia lat wcześniej napisał jej pierwszą pozytywną recenzję, przekonał wydawnictwo, że warto zainwestować w nowy przekład. „Zrób to porządnie, Bożenko, i zrobisz sobie nazwisko" — powiedział jej wtedy przy kawie w bufecie na Narutowicza. Nie wiedziała jeszcze, że za trzy lata staną po dwóch stronach tej samej sali.

Zaczęło się od jednego wyrazu.

Na samym początku poematu Odyseusz zostaje nazwany po grecku polýtropos. Słowo, które może znaczyć „obdarzony wieloma sposobami", „zmieniający kierunek", „trudny do uchwycenia". Wybranowski w swoim komentarzu z lat osiemdziesiątych pisał: „przemyślny", i tak zostało, powtarzane przez kolejnych tłumaczy jak formuła. Bożena siedziała nad kartką do drugiej w nocy, przekreśliła „przemyślny", przekreśliła „zaradny", przekreśliła „sprytny". W końcu napisała: „człowiek skomplikowany". Zadzwoniła córka, zapytała, czy mama jeszcze siedzi w pracy, czy może w końcu zjeść coś normalnego. Bożena odpowiedziała, że zaraz, jeszcze pięć minut, i te pięć minut trwało do rana.

Odyseusz przestawał być wyłącznie szlachetnym bohaterem. Mógł być też kłamcą, człowiekiem sprzecznym, moralnie niejednoznacznym — dokładnie takim, jakim opisał go grecki tekst, zanim kolejne pokolenia tłumaczy ogoliły go z niewygodnych krawędzi.

Potem przyszła kolej na kobiety, i to właśnie przy nich zaczęły się telefony od Wybranowskiego.

Greckie słowo dmōaí oznacza niewolnice należące do domu. Przez sto pięćdziesiąt lat angielskich i polskich przekładów te kobiety nazywano „służącymi", „pokojówkami", „dziewczętami do posług". Wybranowski, kiedy przeczytał pierwszy rozdział w rękopisie, zadzwonił i powiedział, że przesadza, że robi z eposu traktat socjologiczny, że nikt nie chce czytać o niewolnictwie przy kolacji świątecznej. Bożena stała w kuchni z telefonem przy uchu, patrzyła na garnek z wrzącą wodą na makaron i powiedziała tylko: „Tadeuszu, to jest w tekście. Ja go nie wymyśliłam." Odłożył słuchawkę bez pożegnania.

Napisała: „niewolnice". Bez ozdobników.

Scena, w której zalotnicy gwałcą te kobiety, a potem Telemach każe je powiesić, nagle znaczyła coś innego. To nie były pracownice, które mogły odejść albo same wybrać, z kim dzielą łóżko. To były kobiety zniewolone, całkowicie zależne od mężczyzn kontrolujących dom, bez żadnej możliwości odmowy.

Penelopa też odzyskała swoją pełnię — kobieta, która świadomie oszukuje zalotników tkaniną, zbiera informacje, chroni swoją pozycję i wystawia Odyseusza na próbę, zanim uwierzy, że to naprawdę on wrócił. Liczyła każdy ruch jak szachistka, nie czekała bezczynnie.

Wydawnictwo zaczęło się wahać dwa miesiące przed drukiem. Redaktorka zadzwoniła i zapytała, czy Bożena nie chciałaby „zmiękczyć" kilku fragmentów, bo dział sprzedaży boi się recenzji w prasie katolickiej. Bożena przez telefon odpowiedziała, że w takim razie wydawnictwo może szukać innego tłumacza, i przez trzy dni nie odbierała, aż zadzwonili z powrotem i zgodzili się na jej wersję.

Konferencja odbyła się w Warszawie, w kwietniu, w sali Instytutu Filologii Klasycznej z fotelami obitymi zielonym suknem, w których zawsze było zbyt gorąco. Bożena stała przy mikrofonie, ręce miała spocone na okładce własnej książki, otwartej na stronie z zaznaczonym ołówkiem słowem „niewolnice". Wybranowski siedział w drugim rzędzie, w tej samej marynarce, w której przyjmował jej doktorat piętnaście lat wcześniej.

Wstał pierwszy. Powiedział, że to, co zrobiła jego była studentka, to nie przekład, a ideologiczna rewizja, że „unowocześniła" Homera ponad miarę, że wciska feministyczną nadinterpretację w tekst, który przetrwał trzy tysiące lat bez jej pomocy. Ktoś z pierwszego rzędu zapytał ją prosto, czy nie sądzi, że zdyskredytuje w ten sposób cały dorobek polskiej hellenistyki. Sala szumiała, ktoś przewracał kartki notatnika demonstracyjnie głośno.

Bożena poczuła, że kartka, którą trzymała, zaczyna się marszczyć pod jej palcami. Powiedziała, że mogłaby zacytować grecki oryginał, zdanie po zdaniu, i porównać go z przekładem profesora z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego drugiego roku, i sprawdzić, które słowa profesor dopisał sam. Wybranowski nie odpowiedział. Otworzył usta, zamknął, sięgnął po szklankę wody.

Nikt nie klaskał od razu. Cisza trwała chwilę, wystarczająco długo, żeby Bożena zdążyła pomyśleć, że zaraz będzie musiała zejść z podium sama, bez niczego. Potem jedna z doktorantek w ostatnim rzędzie wstała i zapytała, gdzie można kupić książkę, bo chce ją dać swojej babci, która całe życie myślała, że Penelopa to synonim nudy.

Bożena nigdy nie twierdziła, że stworzyła jedyną słuszną wersję „Odysei". Pokazała coś innego: że jedno wybrane słowo może zamienić niewolnicę w służącą, ofiarę w winną, postać sprzeczną w nieskazitelnego bohatera.

Rok później do jej pokoju 214 przyszła studentka drugiego roku, przyniosła egzemplarz starego, przedwojennego przekładu z antykwariatu przy placu Wolności, z podkreślonym słowem „służące" czerwonym ołówkiem. Zapytała, dlaczego to takie ważne. Bożena wyjęła z szuflady swój rękopis, otworzyła na stronie ze słowem „niewolnice", położyła obie książki na biurku, jedną przy drugiej.

— Sama policz, ile linijek dzieli te dwa słowa — powiedziała. — U mnie trzydzieści lat. U ciebie może będzie krócej.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

20 + cztery =

Slowo, które trzymało Odyseję w kłamstwie osiemdziesiąt lat