Ważył trzysta osiemdziesiąt dwa kilogramy. Jednym ruchem łapy mógłby złamać komuś rękę jak zapałkę. A jednak to właśnie ten olbrzym trafił na zdjęcie, które w ciągu tygodnia obiegło portale w kilkunastu krajach.
Nazywał się Bonzo. Samiec goryla nizinnego zachodniego, mieszkaniec wrocławskiego zoo od dwunastu lat. Raz na dwa lata przechodził pełne badanie weterynaryjne pod narkozą. Bez znieczulenia się nie obejdzie: nikt nie osłucha goryla na jawie.
Tego dnia w sali zabiegowej było ciasno i głośno — pompa infuzyjna pikała co kilka sekund, aparat USG buczał przy rozgrzewaniu. Dwóch lekarzy, technik od aparatury, i ona — Kasia Wroniak, pielęgniarka weterynaryjna, która pracowała z Bonzo od trzech lat. Zwykle podczas badania trzymała się z boku, podawała narzędzia, patrzyła na monitor. Tym razem doktor Ligęza rzucił przez ramię: „Kasia, przytrzymaj mu powiekę, muszę zajrzeć pod światło" — i usiadła tuż przy jego głowie, tak blisko, że czuła ciepło bijące od skóry zwierzęcia, cięższy, wolniejszy oddech niż u ludzi.
Palce miała już na powiece, kiedy dłoń Bonzo drgnęła.
Nie szarpnięciem. Nie odruchowo. Powoli, jakby macał w ciemności, objęła jej rękę — cztery grube palce zamknęły się wokół jej nadgarstka, kciuk osiadł na wierzchu dłoni. Kasia znieruchomiała w pół ruchu, ręka jej zawisła nad okiem zwierzęcia. Fotograf Marek Duda, akurat zmieniający obiektyw, zdążył złapać kadr.
Nie odezwała się. Nie cofnęła ręki. Przez chwilę liczyła w myślach uderzenia własnego serca, bo nie umiała inaczej zmierzyć czasu, który upływał. Dłoń Bonzo była ciepła i sucha, cięższa, niż się spodziewała — jakby ktoś położył jej na przedramieniuworek piasku. Doktor Ligęza, nie odrywając wzroku od USG, mruknął tylko: „Zostaw, jak trzyma, to niech trzyma, ciśnienie mu i tak w normie".
Trzymał tak przez dobrą minutę, może dłużej. Puścił sam, kiedy drugi lekarz przesunął głowicę USG bliżej klatki piersiowej i musiała się przesunąć.
Marek wrzucił zdjęcie na stronę zoo tego samego wieczoru. Do rana miało już ponad sto tysięcy udostępnień.
— Nie wiedziałam, co mam zrobić — powiedziała później Markowi, kiedy pytał ją o ten moment przy kawie w bufecie dla pracowników. — Myślałam: a jeśli to tylko mięśnie się kurczą pod narkozą, a ja zaraz szarpnę i mu zrobię krzywdę. Więc się nie ruszałam. Tylko tyle.
Nikt tak naprawdę nie wie, dlaczego Bonzo to zrobił. Może szukał punktu oparcia w oszołomieniu po zastrzyku. Może rozpoznał zapach kobiety, która karmiła go od lat. Marek przyznał później, że kiedy przyłożył własną dłoń obok dłoni goryla na innym zdjęciu z tej samej sesji, jego dłoń zmieściła się w niej dwa razy.
Badanie zakończyło się dobrą wiadomością — serce w normie, stawy bez zmian, krew czysta. Ligęza podsumował krótko, zdejmując rękawiczki: — Kondycja wzorowa jak na jego wiek. Możemy budzić.
Kasia wróciła do rutyny. Karmienie o siódmej, sprzątanie wybiegu, notatki w dzienniku obserwacji.
Rano, kiedy niosła wiadro z pokrojonymi bananami i selerem w stronę wybiegu, przy wejściu do pawilonu wisiało już to zdjęcie, wydrukowane w formacie A3 i przypięte pineskami do tablicy ogłoszeń. Postawiła wiadro na chwilę, żeby poprawić rękaw kombinezonu, i spojrzała na kartkę tylko tyle, ile trzeba, żeby sprawdzić, czy pineska nie odpadła.
— Znowu cię tu powiesili — rzuciła w stronę wybiegu, gdzie Bonzo siedział plecami do siatki, obierając banana jednym palcem.
Nie odwrócił się. Wsypała mu drugą porcję do koryta i poszła po miotłę.



