Rachunek za jeden strzępek żartu

Egzamin poprawkowy z logiki na Politechnice Wrocławskiej zaczął się od kartki z jednym zadaniem i skończył się czymś, czego nikt się nie spodziewał.

Nazywała się Weronika Kaczmarek, miała dwadzieścia jeden lat i siedziała w trzecim rzędu sali 214, tam gdzie zawsze pachniało kredą i kawą z automatu na korytarzu. Doktor Bogdan Michalak, jej promotor od dwóch semestrów, rozłożył przed nią pojedynczą kartkę A4.

— To nie jest zwykły test, Kaczmarek. To zadanie łańcuchowe. Jedna odpowiedź ciągnie za sobą następną. Pomyliła pani jedną rzecz na początku — pomyli pani wszystko do końca.

Weronika kiwnęła głową, chociaż w środku czuła coś w rodzaju lekkiego rozbawienia. Uważała się za dobrą w logice — miała piątkę z rachunku prawdopodobieństwa, a poprawkę oblała tylko przez grypę, która trzymała ją w łóżku trzy tygodnie temu.

Pierwsze pytanie brzmiało niewinnie.

— Samolot cargo przewoził siedemset cegieł budowlanych z Warszawy do Gdańska. Jedna cegła wypadła w trakcie lotu. Ile cegieł zostało na pokładzie?

— Sześćset dziewięćdziesiąt dziewięć — odpowiedziała bez wahania, niemal z uśmiechem, bo to było zbyt proste jak na egzamin poprawkowy.

— Poprawnie. Następne pytanie. Jak umieścisz słonia w lodówce w trzech krokach?

Zerknęła w okno, za którym akurat przejeżdżał tramwaj linii siedemnastka, i odpowiedziała:

— Otwierasz lodówkę. Wkładasz słonia. Zamykasz lodówkę.

— Dobrze. A jak umieścisz żyrafę w tej samej lodówce, w czterech krokach?

Tu już się zawahała, przez sekundę bawiąc się długopisem, ale w końcu wypaliła:

— Otwierasz lodówkę. Wyjmujesz słonia. Wkładasz żyrafę. Zamykasz lodówkę.

— Świetnie — powiedział Michalak, nie podnosząc oczu znad kartki. — Teraz pytanie z serii "zwierzęta". Lew, król sawanny, obchodzi urodziny. Przyszły wszystkie zwierzęta oprócz jednego. Które zwierzę nie przyszło?

— Żyrafa. Bo jest zamknięta w lodówce.

— Bardzo dobrze. Kolejne. Czy babcia może przejść przez bagno pełne krokodyli?

Weronika parsknęła śmiechem, bo pytanie brzmiało jak żart z korporacyjnego szkolenia integracyjnego, a nie egzamin na uczelni technicznej.

— Oczywiście, że może. Wszystkie krokodyle są na urodzinach lwa.

— Perfekcyjnie. I teraz pytanie ostatnie.

Michalak w końcu uniósł twarz znad kartki. Za oknem tramwaj zadzwonił na przystanku, ktoś na korytarzu upuścił kubek, słychać było brzęk. Patrzył na nią przez te swoje okulary w cienkiej oprawce i milczał chwilę dłużej, niż to było wygodne.

— Babcia przechodziła przez bagno i niestety zginęła. Jak to się stało?

— No… — Weronika przygryzła wargę, przekręcając długopis między palcami. — Utonęła?

— No to obcięła pani egzamin, Kaczmarek. Mówi coś pani cegła?

Sala jakby zamarła na sekundę. Weronice zrobiło się gorąco od karku w górę, długopis wyśliznął się jej z palców i potoczył pod ławkę sąsiada.

— Cegła spadła z samolotu — powiedział Michalak, składając kartkę na pół. — Uderzyła babcię. Nie krokodyle. Cegła.

Wyszła z sali czerwona na twarzy, minęła kolejkę czekających na poprawkę studentów, nie odpowiadając nikomu na pytanie, jak poszło. Zamknęła się w toalecie na drugim piętrze, odkręciła kran i trzymała nadgarstki pod zimną wodą, aż poczerwieniała skóra zaczęła piec inaczej niż wstyd. W lustrze nad umywalką widziała siebie w kawałkach — pasek włosów, kawałek policzka, resztę zasłaniała plama po starym silikonie na krawędzi ramy.

Trzy tygodnie później, na kolejnym terminie, usiadła w tej samej sali, w tym samym trzecim rzędzie. Na brzegu ławki, tam gdzie zwykle kładła telefon, postawiła małą czerwoną cegłę z klocków Lego — zabrała ją rano z pudełka po siostrzeńcu, nie mówiąc nikomu po co.

Michalak rozdał kartki. Zaczęło się od pytania o cegły w samolocie.

Odpowiadała bez pośpiechu, jedna odpowiedź po drugiej, co jakiś czas dotykając palcem czerwonego klocka, jakby sprawdzała, czy nadal tam stoi. Doszła do ostatniego pytania o babcię i bagno.

Napisała: "Zginęła, bo spadła jej na głowę cegła z samolotu z pierwszego pytania. Nie utonęła. Krokodyle były zajęte, ale cegła leciała niezależnie od nich."

Oddała kartkę pierwsza z całej sali, dwadzieścia minut przed czasem, zostawiając czerwony klocek na ławce, gdy wstawała. Michalak przeczytał odpowiedź, uniósł wzrok znad kartki i po raz pierwszy tego semestru się uśmiechnął.

— Piątka, Kaczmarek. Nauczyła się pani liczyć cegły.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

szesnaście − 7 =

Rachunek za jeden strzępek żartu