Zmęczenie po ustawieniach systemowych z Bydgoszczy — relacja recepcjonistki gabinetu

Nazywam się Beata i od czterech lat siedzę na recepcji w gabinecie terapeutycznym przy ulicy Gdańskiej w Bydgoszczy. Praca jak praca — zapisuję ludzi na wizyty, parzę kawę, przypominam o odwołaniu terminu z dwudniowym wyprzedzeniem. Ale raz w miesiącu, w sobotę, gabinet zamienia się w coś innego. Na warsztat przyjeżdża pani terapeutka z Poznania, Wiesława Kopeć, i prowadzi ustawienia systemowe rodzin. Za wynajem sali bierze od niej sześćset złotych na cały dzień, bo grupa zwykle liczy dwanaście, czternaście osób.

Pamiętam pierwszą taką sobotę, bo akurat miałam nocną zmianę wcześniej w innej pracy i byłam nawalona kawą jak nigdy. Siedziałam przy wejściu, wypełniałam karty uczestników, i słyszałam przez uchylone drzwi urywki zdań, które nie miały dla mnie żadnego sensu — coś o „reprezentancie ojca", o „systemie", o kimś, kto „stoi za matką, a nie przed nią". Nie wnikałam. Moja robota to segregator i długopis, nie cudze demony rodzinne.

Zapamiętałam jednak jedną uczestniczkę, bo wróciła na trzeci warsztat z rzędu, a to się rzadko zdarza — większość przychodzi raz, czasem dwa razy. Nazywała się Grażyna, miała może pięćdziesiąt pięć lat, pracowała jako pielęgniarka w przychodni na Fordonie. Po jej drugim ustawieniu widziałam ją przy wyjściu — trzymała się framugi drzwi, jakby podłoga jej uciekała. Zapytałam, czy zamówić jej taksówkę. Pokręciła głową, powiedziała, że dojdzie sama, tylko musi chwilę posiedzieć w samochodzie zanim ruszy.

Trzy tygodnie później zjawiła się znowu, tym razem z termosem herbaty i kanapkami zapakowanymi w folię, jakby jechała na całodniową wycieczkę, nie na kilkugodzinne warsztaty. Zagadałam ją przy rejestracji, bo miałam wolną chwilę.

— Wraca pani mimo wszystko — powiedziałam. — Ostatnio wyglądała pani, jakby ktoś panią przejechał.

Uśmiechnęła się, ale krzywo, jednym kątem ust.

— Bo za pierwszym razem myślałam, że tak ma być. Że jak boli, to znaczy, że działa.

— A teraz pani inaczej myśli?

Zamilkła na moment, mieszając łyżeczką w kubku, którego nawet nie napełniła jeszcze herbatą.

— Teraz już wiem, że coś było nie tak zrobione. Nie ze mną. Z tym, jak mnie wyprowadzili z ustawienia.

Nie drążyłam, bo klienci już się schodzili, trzeba było odbierać kurtki i wskazywać toaletę. Ale zapamiętałam to zdanie, bo brzmiało jak coś, co powtarzała sobie wcześniej, może po nocach, może komuś opowiadała i teraz wyćwiczyła formułę.

Tamtego dnia pani Kopeć pracowała z Grażyną jako trzecią z kolei. Drzwi były uchylone szerzej niż zwykle, bo w gabinecie zrobiło się duszno, więc słyszałam więcej niż zwykle. Grażyna miała ustawić coś związanego z bratem, który zmarł jako niemowlę, zanim ona się urodziła. Ktoś z grupy stanął „za brata". Usłyszałam, jak Wiesława mówi spokojnym, ale twardym głosem, żeby Grażyna popatrzyła na reprezentanta i powiedziała: „Widzę cię. Masz swoje miejsce." Potem cisza, długa, może pięć minut, tylko ktoś pociągał nosem.

Kiedy wyszła z sali tego dnia, była inna. Nie ta sama kobieta co po drugim ustawieniu. Chodziła prosto, nie trzymała się ściany. Podeszła do mnie, oddała kartę uczestnika, i powiedziała coś, czego nie zapomnę, bo rzadko klienci mówią coś wprost do recepcji, zwykle tylko płacą i wychodzą.

— Wie pani, co było inne tym razem? Ona nie kazała mi po prostu wrócić do rzeczywistości. Zapytała, czy mogę zostać jeszcze pięć minut w tym stanie, zanim wstanę. I dopiero potem kazała mi tupnąć nogami, poczuć podłogę, powiedzieć na głos swoje imię i dzisiejszą datę. Za pierwszym razem u innej prowadzącej po prostu ktoś klasnął w dłonie i powiedział „koniec, dziękujemy", i tyle. Wyszłam z tamtego pokoju z głową gdzieś w chmurach i pojechałam autem sto dwadzieścia kilometrów do domu. Do dziś nie wiem, jak przeżyłam tę trasę.

Zapytałam ją wtedy, bo akurat nie było kolejki, co konkretnie zrobiła z tą wiedzą o bracie.

— Zadzwoniłam do mamy — powiedziała. — Zapytałam, jak miał na imię. Bo nikt mi nigdy nie powiedział. W domu mówiło się „tamto dziecko". Miał na imię Marek. Mama płakała czterdzieści minut przez telefon, ale pierwszy raz w życiu powiedziała to imię głośno.

Nie widziałam Grażyny już nigdy więcej na tych warsztatach. Zapytałam kiedyś Wiesławę, czy wie, co się z nią dzieje, bo trochę się przyzwyczaiłam do tej twarzy w kolejce. Powiedziała tylko, że dostała od niej kartkę pocztową z Karpacza — Grażyna napisała, że pojechała tam z mamą, pierwszy raz od dwudziestu lat gdzieś razem wyjechały, i że postawiły na grobie rodzinnym w Bydgoszczy małą tabliczkę z imieniem Marek, bo wcześniej ten grób miał tylko jedno nazwisko na płycie, bez daty, bez niczego.

Nie wiem, co dokładnie dzieje się w tamtym pokoju, kiedy zamykam za grupą drzwi. Nie moja sprawa i nie moja kompetencja. Ale wiem jedno — jak ktoś wychodzi stamtąd, to widać po chodzie, czy ktoś go dobrze odprowadził z powrotem, czy zostawił w połowie drogi. I odkąd to zauważyłam, zawsze pytam nowych uczestników przy wyjściu, czy potrzebują wody, zanim wsiądą za kierownicę.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

2 × jeden =

Zmęczenie po ustawieniach systemowych z Bydgoszczy — relacja recepcjonistki gabinetu