Sherlok, kotka pani Ireny i kontrakt na siedemset stron

Nazywam się Bartosz Kowalik, mam dwadzieścia dziewięć lat i pracuję jako grafik komputerowy w niewielkiej agencji reklamowej przy ulicy Piotrkowskiej w Łodzi. Piszę to, bo w końcu ktoś powinien usłyszeć moją stronę tej historii — bo pani Irena, moja sąsiadka z czwartego piętra, opowiada wszystkim swoją wersję, a ja milczałem wystarczająco długo.

Zacznę od tego, że mieszkam w starej kamienicy na Bałutach, tam gdzie tynk odpada płatami, a w klatce schodowej zawsze pachnie kapustą i czyimś praniem. Winda nie działa od trzech lat, więc chodzę pieszo, i to na tych schodach pierwszy raz zobaczyłem kotkę pani Ireny — rudą, chudą, z jednym uchem naderwanym w bójce. Nazywała się Miśka. Pani Irena karmiła ją od lat, stawiała miskę przy śmietniku, ale zwierzę bardziej lgnęło do mnie, bo ja przynosiłem jej kawałki kiełbasy z własnej kanapki, kiedy wracałem z pracy głodny i zmęczony po dziesięciu godzinach retuszowania cudzych zdjęć za trzy tysiące osiemset złotych na rękę.

Pani Irena ma siedemdziesiąt trzy lata, jest wdową po elektryku, i całe życie przepracowała jako krawcowa w zakładzie na Zgierskiej, który dawno zamknęli. Teraz żyje z emerytury, która ledwo starcza na leki i czynsz, i z tego kotka — jej jedyne towarzystwo. Kiedy zobaczyła, że Miśka zaczyna chodzić do mnie, coś w niej pękło. Zaczęła mówić sąsiadom, że jestem „tym, co kradnie zwierzęta ludziom samotnym", że powinienem się wstydzić. A ja po prostu nie umiałem przejść obojętnie obok głodnego zwierzaka — to wszystko.

Pewnego wieczoru, w listopadzie, kiedy za oknem lało i wiatr szarpał reklamę pizzerii na rogu, wróciłem z biura zmęczony bardziej niż zwykle. Tego dnia szef kazał mi przerobić prezentację dla klienta cztery razy, bo klientowi „coś nie pasowało", chociaż sam nie wiedział co. Kupiłem po drodze frytki w budce przy przystanku, bo nie miałem siły gotować, i zjadłem je w połowie — resztę oddałem Miśce, która czekała pod drzwiami mojego mieszkania, mokra i skulona.

Wpuściłem ją do środka. Osuszyłem ręcznikiem, dałem jej stare akademickie posłanie po moim kocie, który zdechł dwa lata wcześniej, i tej nocy zasnęła u mnie w nogach łóżka. Nie planowałem jej zatrzymać — naprawdę. Ale rano, kiedy otwierałem drzwi, żeby ją wypuścić, ona nie chciała wyjść. Usiadła w progu i wpatrywała się we mnie bursztynowymi ślepiami, dopóki nie zamknąłem drzwi z powrotem.

Dwa dni później pani Irena złapała mnie na podwórku, przy trzepaku, gdzie suszyła pościel. Krzyczała tak, że wychyliły się okna na trzech piętrach.

— Złodziej! — powtarzała, tłukąc dłonią o metalową ramę trzepaka. — Zabrał mi jedyne, co miałam, i jeszcze udaje niewiniątko!

Sąsiadki z parteru wystawiły głowy zza firanek. Pan Zenek z warzywniaka przystanął z workiem ziemniaków. Stałem tam, czerwony po same uszy, i nie potrafiłem wykrztusić słowa, bo w gruncie rzeczy miała rację — kotka wybrała mnie, a ja nic z tym nie zrobiłem, tylko przyjąłem to jako coś, co mi się należy.

Tamtej nocy nie mogłem spać. Nie dlatego, że przyśnił mi się jakiś gotowy scenariusz — bzdura, tak by się złożyło zbyt łatwo, a ja nic w życiu nie dostałem za darmo. Po prostu leżałem, patrzyłem w sufit, słuchałem, jak Miśka drapie się o nogę stołu, i myślałem o tym, co powiedziała pani Irena. O grze, którą nasza agencja od pół roku bezskutecznie próbowała sprzedać inwestorom, o scenariuszu, który pan Wojciech odrzucił trzy razy, bo „nie ma w tym haczyka". A potem pomyślałem: a gdyby haczykiem było to, co się teraz dzieje na tej klatce schodowej — kot, który wybiera, i dwoje ludzi, którzy się o niego biją?

Wstałem o czwartej, zaparzyłem kawę rozpuszczalną, bo dobra się skończyła, i zacząłem pisać w notatniku w telefonie, siedząc na kuchennym stołku pod gołą żarówką. Pierwsza wersja była fatalna — postacie płaskie, dialogi sztywne jak instrukcja obsługi. Skasowałem sześć stron następnego wieczoru i zacząłem od nowa. Pisałem tak przez jedenaście dni, każdego wieczoru po dziesięciu godzinach w agencji, często do trzeciej nad ranem, z bólem karku i oczami piekącymi od ekranu. Trzy razy chciałem to rzucić. Za czwartym razem, kiedy utknąłem na scenie finałowej, wpatrywałem się w Miśkę, która siedziała na parapecie i trąciła łapą kartkę leżącą na stole — i wtedy coś mi się poukładało: historia o zwierzęciu, które samo wybiera, komu zaufać, i o dwojgu ludziach, którzy muszą się nauczyć je dzielić, zamiast o nie walczyć. To nie był żaden cudowny sen. To było jedenaście nocy niewyspania, poprawek i wątpliwości, czy w ogóle mam prawo to pisać.

W agencji nikomu nie powiedziałem, nad czym pracuję po godzinach — bałem się, że pan Wojciech znowu powie, że „to się nie sprzeda" i zamknie temat, tak jak zamykał wszystkie moje pomysły od trzech lat.

Kiedy skończyłem, miałem gotowy projekt: fabułę, koncept graficzny, szkic mechaniki rozgrywki — siedemset stron dokumentacji. Wziąłem trzy dni wolnego, pierwsze płatne dni urlopu, jakie wykorzystałem nie na odpoczynek, tylko na to, żeby pojechać pociągiem do Warszawy i zapukać do drzwi jednego z niezależnych studiów gier, które akurat szukało scenarzysty na konkurs grantowy. Nie powiedziałem im, że pracuję w agencji reklamowej jako grafik — przedstawiłem się jako niezależny twórca, bo bałem się, że nikt nie potraktuje poważnie kogoś, kto na co dzień retuszuje bannery za trzy osiemset.

Przyjęli projekt. Podpisali ze mną umowę na wyłączność, wartą sto dwadzieścia tysięcy złotych zaliczki plus procent od sprzedaży. Powinienem był się cieszyć. Zamiast tego siedziałem w pociągu powrotnym do Łodzi, patrzyłem przez okno na mokre pola i czułem, jak żołądek zaciska mi się w supeł, bo skłamałem — a cała ta historia nie powstałaby beze mnie, ale też nie powstałaby bez tej kotki, która nie dała mi spać spokojnie, dopóki nie usiadłem i nie zacząłem pisać.

Dziesięć dni później, kiedy już myślałem, że najgorsze mam za sobą, zadzwonił telefon z numeru studia. Prawniczka, pani Halina, mówiła spokojnym, urzędowym tonem, od którego zrobiło mi się zimno w żołądku.

— Panie Bartoszu, w ramach standardowej weryfikacji sprawdziliśmy pana dane do umowy o dzieło. W ZUS-ie i w urzędzie skarbowym figuruje pan jako pracownik etatowy agencji reklamowej, nie jako niezależny twórca. Proszę to wyjaśnić, bo zarząd wstrzymał wypłatę zaliczki do czasu wyjaśnienia sprawy.

Poczułem, jak krew odpływa mi z twarzy. Stałem na przystanku tramwajowym, z torbą zakupów w drugiej ręce, i patrzyłem na wyświetlacz telefonu, jakby to on mógł mnie uratować.

— Muszę panu powiedzieć coś więcej — wyjąkałem. — Okłamałem was. Nie jestem niezależnym twórcą. Pracuję na etacie jako grafik. Bałem się, że beze mnie… że beze mnie ta historia nigdy by nie powstała, bo nikt nie traktuje poważnie grafika z Łodzi, który retuszuje bannery.

W słuchawce zapadła cisza tak długa, że zdążyłem dojść do bramy swojej kamienicy.

— To poważne naruszenie zaufania — powiedziała w końcu pani Halina. — Zarząd musi się zebrać i zdecydować, czy w ogóle będziemy kontynuować współpracę. Proszę być dostępny jutro po południu, zadzwonimy.

Tej nocy nie spałem w ogóle. Leżałem na łóżku, Miśka zwinięta w kłębek koło mojej głowy, i liczyłem, ile będę musiał oddać, jeśli zerwą umowę — bo już wydałem część pieniędzy na czynsz zaległy za dwa miesiące i na nowe okulary, których potrzebowałem od pół roku. Myślałem też o panu Wojciechu, który zapyta, dlaczego wziąłem urlop, i o tym, że będę musiał wrócić do retuszowania bannerów do końca życia, wiedząc, że raz w życiu miałem coś naprawdę dobrego i to spaliłem kłamstwem.

Następnego dnia, w poniedziałek rano, kiedy wychodziłem po chleb, na klatce schodowej czekała na mnie pani Irena. Miała na sobie ten sam wyblakły płaszcz w kratkę, w którym chodziła od lat, i trzymała w ręku zdjęcie Miśki jako kociaka — jedyne zdjęcie, jakie jej zostało.

— Panie Bartoszu — powiedziała, a głos jej drżał — przepraszam za to, co mówiłam przy trzepaku. Cała klatka to słyszała, a ja się teraz wstydzę bardziej niż pan. Ale ja nie mam nikogo innego oprócz tej kotki. Niech pan mi chociaż pozwoli ją odwiedzać.

Stałem tam z kluczami w ręku, z telefonem w kieszeni, który za kilka godzin miał zdecydować, czy będę miał z czego żyć, i pomyślałem, że nie mogę już dłużej udawać, że wszystko rozwiąże się samo — ani z kotką, ani ze studiem.

— Niech pani wejdzie — powiedziałem. — Musimy porozmawiać. Naprawdę porozmawiać, nie przez trzepak.

Usiedliśmy w kuchni. Miśka wskoczyła jej na kolana, jakby nigdy nie odeszła. Powiedziałem pani Irenie wszystko — o grze, o kłamstwie, o telefonie, który miał zadzwonić po południu i może przekreślić wszystko, na co pracowałem przez jedenaście bezsennych nocy. Opowiedziałem jej też, że to właśnie kłótnia przy trzepaku i to, co powiedziała o kradzieży, dało mi pomysł na całą historię gry — że bohaterka to zwierzę, które wybiera, i dwoje ludzi, którzy muszą nauczyć się je dzielić. Pani Irena słuchała, gładząc Miśkę po grzbiecie, i milczała długo.

— To ja panu pomogłam napisać tę grę? — spytała w końcu, z niedowierzaniem, które powoli zmieniało się w coś jakby duma.

— W pewnym sensie tak — odpowiedziałem. — Beze mnie by jej nie było. Ale beze Miśki i bez pani też by jej nie było.

Zaproponowałem wtedy coś, czego sam się po sobie nie spodziewałem: że kotka będzie mieszkać u mnie, ale klucz do mojego mieszkania dostanie także pani Irena — będzie mogła przychodzić, kiedy zechce, a ja będę jej co miesiąc oddawał pięćset złotych z zaliczki za grę, jeśli w ogóle ta zaliczka wpłynie, bo to ona karmiła Miśkę, zanim ja się pojawiłem, i to jej się należy.

O piętnastej zadzwonił telefon. Pani Halina mówiła krótko: zarząd zdecydował, że dopiszą aneks z prawdziwymi danymi, wstrzymają dziesięć procent zaliczki do czasu podpisania nowej wersji umowy, ale współpracę utrzymują — bo scenariusz, jak powiedziała, „jest zbyt dobry, żeby go teraz porzucić przez formalność, choć następnym razem nie będzie taryfy ulgowej".

Odłożyłem telefon i osunąłem się na krzesło w kuchni, czując, jak z ramion spływa napięcie jedenastu dni i jednej okropnej doby. Miśka wskoczyła mi na kolana, jakby wyczuła, że można już odetchnąć.

Dwa tygodnie później siedziałem w tej samej kuchni, z laptopem otwartym na stronie banku, i patrzyłem, jak na konto wpływa pierwsza transza — sto osiem tysięcy złotych, pomniejszona o karę umowną, ale i tak więcej, niż zarabiałem w agencji przez trzy lata. Odłożyłem telefon, wziąłem kopertę, którą przygotowałem wcześniej, włożyłem do niej pięćset złotych i zaniosłem pani Irenie na trzecie piętro. Otworzyła drzwi w fartuchu, z zapachem rosołu z kuchni, i kiedy zobaczyła kopertę, tylko pokiwała głową i wpuściła mnie do środka na obiad.

Miśka śpi teraz na dwóch parapetach — u mnie i u pani Ireny, bo klucz działa w obie strony. A ja rzuciłem pracę w agencji reklamowej w zeszły czwartek i podpisałem kontrakt na drugą część gry, w której — jeśli ktoś uważnie poszuka w napisach końcowych — znajdzie podziękowanie dla rudej kotki z jednym naderwanym uchem i dla kobiety z czwartego piętra, bez których nie powstałaby ani jedna linijka.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

4 × 1 =

Sherlok, kotka pani Ireny i kontrakt na siedemset stron