Krwawy zachód nad Mohendżo Daro

Dorastałem w cieniu tych murów. Ojciec był odźwiernym przy Bramie Wschodniej, matka tkała płótno na stragan przy Targu Pachnideł. Miasto wtedy pachniało sezamem i mokrą gliną — zanim wielki radża kazał osuszyć dolinę pod pola i spichlerze. Zanim zaczęto wycinać las.

Nazywam się Arjun. Miałem szesnaście lat, kiedy po raz ostatni słyszałem, jak ojciec śpiewa przy bramie. Na południe od miasta, tam gdzie dżungla dotykała pól, kupcy płacili srebrem za skóry, kły i żywe kocięta do zwierzyńców radży. Za dorosłego tygrysa płacili osiemdziesiąt sztuk. Za wilka — trzydzieści. Całe rody żyły z tej pracy. Mój brat cioteczny, Dhruv, w trzy pory deszczowe kupił dom z cegły i żonę z posagiem. Wszyscy biegali do lasu z sieciami i oszczepami. Wszyscy oprócz jednego mężczyzny.

Nie pamiętam, skąd się wziął. Mówili na niego Azad — Wolny. Bo nie miał pana, nie chodził do świątyni i nie płacił cechowi. Młody, chudy, z blizną przez lewe przedramię. Nie polował, nie handlował. Czasami brał u mnie matczyne placki i zostawiał w zamian wiązkę ziół, które ponoć same rosły w lesie. Gdy myśliwi wracali z obławy, Azad stawał w bramie i patrzył. Nic nie mówił. Tylko patrzył, jak niosą klatki, z których kapała krew.

— To nie są nasi wrogowie — powiedział kiedyś do Dhruva, gdy ten przywlókł na postronku poranioną waderę. — To twoja rodzina. Tylko innej krwi.

Dhruv splunął mu pod nogi.

— To jest towar, Azad. Jak zboże. Może być zboże z pola, może z lasu.

I wtedy Azad zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał. Wyciągnął nóż i przeciął postronek. Wilczyca nie uciekła od razu. Stała, drżała, patrzyła na Azada. A on powiedział:

— Idź.

Dhruv nie zabił go wtedy tylko dlatego, że był pijany po powrocie i nie miał siły. Ale zapamiętał. Wszyscy zapamiętali. Azad stał się wyrzutem. Każde polowanie zaczynało się od tego, że ktoś spluwał w jego stronę. Kończyło się — drwiną, że leśny syn znowu sam.

Przyszła sucha zima. Zwierząt w pobliżu miasta nie było już prawie wcale. Myśliwi zapuszczali się głębiej. Azad chodził za nimi i darł się, żeby zawrócili. Aż przyszedł dzień, kiedy go nie było.

— Poszedł swoim lasom — powiedział Dhruv. I położył mi rękę na ramieniu. — Nie twoja sprawa, Arjun.

Potem się okazało, że to nie były lasy Azada. To oni go tam zawlekli. Spotkałem jednego z tragarzy miesiąc później. Chwalił się, że zbili go do nieprzytomności i zanieśli za trzecie wzgórze, w puszczę, skąd nikt nie wraca. Że teraz zadowolą się jego kości.

I życie wróciło na tory. Tylko ja czasem wypatrywałem w ciemności granicy lasu, jakby po tamtej stronie ktoś powinien stać.

Minęło jedenaście lat.

Zostałem pisarzem. Prowadzę księgi cechu skórników, ładne, równe kolumny: data, gatunek, ilość, cena. Przez moje ręce przechodzi cały handel tym, co wyrosło w dżungli. Jedenaście lat. Tyle samo ma teraz moja córka. Czasami patrzę na jej dłonie i myślę, że w nich czas płynie inaczej.

W zeszłym miesiącu przywieźli z dalekiej puszczy kocięta tygrysie. Pięć sztuk, wszystkie żywe. Dopisałem do księgi. Dostawca dostał premię z kancelarii radży. A ja w nocy przełożyłem kocięta z klatki do kryjówki pod starym spichlerzem. Nie wiem, czemu. Wiem, że nazajutrz wywieziono je za mury.

I wtedy zjawił się on.

Nie wiedziałem, że to on. Po prostu pewnego wieczoru przy bramie wschodniej stanął siwy mężczyzna. Zapachniało dymem i sierścią. Miał topór na prawym ramieniu. Stary bój — toporzysko ciemne od potu i żywicy, ostrze wyszczerbione. Za nim, daleko, na skraju lasu, stały cienie. Za duże na psy. Za spokojne na hieny.

— Wpuść mnie — powiedział. Mówił tak, jakby składał wyrazy z kamieni. Długo składał. Ale złożył.

— Kogo szukasz? — zapytałem.

— Czterech myśliwych. Wczoraj ubili tygrysicę. Pięć strzał. Zabrali młode.

Poznałem go po bliźnie na lewym przedramieniu, choć broda biała i barki ciężkie. Azad.

— Kto stoi za tobą na skraju lasu? — zapytałem, choć znałem odpowiedź nim spojrzałem.

— Pamięć — odpowiedział.

I weszli.

Wojsko radży w bramie zachodniej zbierało się szybko. Wieże zagrały w rogi. Miałem może godzinę. Dobrze, że znałem wszystkie przejścia. Zaprowadziłem go do portowej dzielnicy, do gospody Barana, gdzie myśliwi pili po powrocie. W środku pachniało kiszoną kapustą i starym olejem. Dhruv siedział przy oknie, kufel w dłoni, czterech innych przy stole.

— To ten — szepnął ktoś.

Azad nie podszedł od razu. Objął izbę wzrokiem, jakby oceniał odległość do każdego wyjścia. Potem postąpił dwa kroki, zdjął topór z ramienia i oparł obok drzwi. Położył dłoń na stole, przy którym siedział Dhruv.

— Nie przyszedłem was zabić — powiedział.

Cisza. Tylko ogień trzeszczał.

— Przyszedłem, żebyście usłyszeli jedno zdanie. Potem wyjdę.

Dhruv się roześmiał. Ale dłoń na stole mu zadrżała.

— Ty? Do mnie? Po jedenastu latach? — Wstał, przepił do reszty. — Kładź to zdanie na stole.

— Las skończył tereny — powiedział Azad. — Miasto zniszczyło wszystko w promieniu trzech dni drogi. Za rok nie będzie już żadnej zwierzyny. Ani towaru. Ani was.

Nikt się nie odezwał. Azad powiedział to bez złości. Jakby odczytywał z księgi. W drzwiach odwrócił się jeszcze.

— Kupcy was oszukują. W spichlerzu płacą już tylko trzydzieści za skórę. Ale wy dalej przynosicie kły i krew, żeby radża miał czym ozdobić tron.

Przy tym stole zrobiło się zimno, choć piec palił się na całą izbę. Dhruv chwycił nóż.

— Wynoś się, szalony!

Azad wziął z podłogi coś. Dopiero po chwili zobaczyłem — kościane kółko. Takie, jakie trokarze wieszają psom. Rzucił je na stół.

— To z obroży waszego pierwszego pojmanego. Jedenastu letnich… — urwał. Szukał słowa. — Więźniów.

Wtedy jeden z myśliwych, których szukał, wstał i rozbił kufel o kant stołu, idąc na niego z ułamanym dnem. Zrobił się ruch. Ja wrzasnąłem, żeby przestał. Nie wiem, czy ktoś mnie słyszał.

Azad stał. Uniósł lewą rękę. W świetle błysnęła stara blizna.

— Pięć strzał w tygrysicę. Kto strzelał?

— Ja — powiedział ten z ułamanym dnem. — I mój brat.

— Niech twój brat strzela teraz. Ja nie ucieknę. Tylko najpierw powiedz mi jedno. Co z kociętami.

Mężczyzna splunął.

— Sprzedane. Do zwierzyńca. Radża zapłacił jak za konie.

Wtedy Azad popatrzył na niego bardzo spokojnie i zrobił coś, czego nie zapomnę do końca życia. Odwrócił się do niego plecami. Po prostu stanął tyłem, z opuszczonymi rękoma.

— Masz łuk — powiedział. — Strzelaj. Tylko wiedz, że ja nie jestem sam.

I wtedy po raz pierwszy zobaczyłem, co znaczy strach w oczach Dhruva. Bo w oknie, za Azadem, widać było dwie pary ślepi. Odbijały ogień. Tygrys i wilk. Stały za szybą i patrzyły w izbę.

Myśliwy opuścił ułamane dno. Upadło na klepisko.

— Zabierzcie go — szepnął. — Zamknąć bramę. Niech wraca do swojego lasu.

Nie doczekał. Azad ruszył do wyjścia.

Na schodach dopadł go Dhruv. Złapał za ramię i walnął pięścią w kark, z całej siły. Azad zgiął się, ale nie upadł. Odwrócił się tak szybko, że Dhruv cofnął się o krok. Wtedy Azad położył mu dłoń na piersi. Bez ciosu. Tylko położył, jak kładzie się dłoń na gorącym piecu, żeby sprawdzić, czy jeszcze grzeje.

— Ty też — powiedział. — Też byłeś kiedyś moim miastem.

I wyszedł.

Na placu przed bramą czekało już wojsko. Zwarte szeregi, spiżowe pancerze, pochodnie w równych odstępach. Setnik podniósł krągłego skorpiona, znak radży.

— Stój! W imieniu władcy!

Azad szedł dalej. W stronę bramy wschodniej, tam, skąd przyszedł. Naprzeciwko niego żołnierze opuścili kopie. Nie słychać było nic, tylko chrzęst zakładanych strzał.

Wtedy z lasu, od skraju drzew, rozległo się niskie, przeciągłe warczenie. I zaraz po nim drugie, głębsze, z innej strony. A potem kolejne, z trzeciej. Las odpowiedział. W ciemności zapalały się i gasły ślepie.

Setnik długo stał bez ruchu. Wreszcie odwrócił głowę do wieży, gdzie na galerii stanął radża. Nie wiem, co zobaczyli między sobą. Ale nikt nie ruszył. Azad przeszedł przez plac, minął pierwszy szereg, potem drugi. Nikt nie trafił. Nikt nie strzelił. Nawet nie krzyknął.

A ja stałem w tłumie i patrzyłem, jak staje w bramie, w tym samym miejscu, w którym jedenaście lat wcześniej stał ktoś, kto się za bardzo sprzeciwił. Zatrzymał się na chwilę. Odwrócił głowę. I rzucił pod nogi straży toporzysko. Stary bój, którym zarabiał życie w puszczy.

— Schowajcie do skarbca — powiedział. — Niech ludzie widzą, ile jest warte jedenaście lat lasu.

Widziałem z okna, jak niknie między drzewami. Ostatnie, co widziałem — dwa duże cienie zeszły mu na spotkanie. A potem ciemność zamknęła się za nimi.

Dhruv stał obok mnie.

— To był mój błąd — powiedział.

Ale ja nie patrzyłem na niego. Patrzyłem na kasę. I wiedziałem, że rano dopiszę w księdze jeszcze jedno zdanie, którego kupcy nie skontrolują: jedenaście lat. Wartość: nieokreślona.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

czternaście − 13 =

Krwawy zachód nad Mohendżo Daro