Pierwszej nocy w obozie pod Mikołajkami nikt nie spał dłużej niż godzinę. Mróz wciskał się przez szpary w baraku, a wiatr znad jeziora Śniardwy wył tak, że chłopaki z Łodzi myśleli, że to wilki. Rano kapral Madej ustawił nas w dwuszeregu na zmarzniętym błocie i kazał powtarzać regulamin. Dwadzieścia osiem osób, większość pierwszy raz poza domem, w za dużych kurtkach z demobilu. Miałem osiemnaście lat i dziurę w bucie, przez którą wkładałem gazetę.
Nazywali nas „armią łopat”. I coś w tym było.
Do lasu szliśmy codziennie o wpół do szóstej, jeszcze po ciemku. Tempo narzucał Madej — niski, suchy, z blizną przez brew i głosem, który nie uznawał sprzeciwu. Pierwszego tygodnia sadziliśmy sosny na wydmach pod Rucianem. Dziura co półtora metra, sadzonka, przydeptanie, następna. Po trzech godzinach przestawałem czuć palce. Po sześciu — plecy. Po dziesięciu nie czułem już nic poza złością na tego, kto ten program wymyślił w Warszawie.
Mój ojciec został na bezrobociu w Radomiu, gdy fabryka obuwia zwinęła produkcję. Matka prała u ludzi, żeby było na chleb. Z mojej wypłaty szło do domu dwadzieścia pięć złotych co miesiąc. Dokładnie tyle kosztował wtedy worek mąki i buty dla siostry na zimę. Pięć złotych zostawało dla mnie — na tytoń, znaczki i mydło.
Listy od matki czytałem przy świeczce, po dwieście razy to samo. „Zosia nie kaszle już tak, jak przed twoim wyjazdem. Ojciec znalazł dorywczo przy wyładunku wagonów”. Między wierszami kryło się to, czego nie pisała: że jak nie wrócę z pieniędzmi, to nie przetrwają zimy.
Wiosną dostaliśmy rozkaz — wytyczać szlak w Puszczy Piskiej. Osiem kilometrów przez bagna i zarośla, które od dziesięciu lat nikt nie ruszał. Pracowaliśmy od czwartej rano do zmierzchu. Karczowaliśmy, nosiliśmy żwir taczkami, układaliśmy kładki z dębowych bali. Madej mówił, że jak zdechniemy z wysiłku, to przynajmniej szlak zostanie. Nienawidziłem go każdą komórką ciała, zwłaszcza że miał rację.
Na pieniądze czekało się jak głodny pies na kość. Wypłata była w kasie obozowej, w drewnianej budce obok magazynu. Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłem tych kilka banknotów. Zmięte, przeliczone dwa razy przez pisarza Zagórskiego, który miał wadę wymowy i mlaskał przy każdej cyfrze. Wziąłem kopertę, odliczyłem dwadzieścia pięć i poszedłem na pocztę, żeby od razu wysłać. W kolejce stało nas kilkunastu, każdy ze swoją kopertą do innej wsi. Niektórzy odliczali po trzy razy, sprawdzali, czy znaczek dobrze się trzyma, jakby od tego zależało ich życie. Bo w sumie zależało.
Przekaz szedł do Radomia tydzień. Kolejny tydzień czekało się na odpowiedź. Gdy ojciec przysłał pierwszy list po mojej pierwszej wypłacie, otworzyłem go tak ostrożnie, jakby był z cienkiego szkła. „Dotarło, synu. Kupiliśmy mąki na zapas i łatkę do dachu. Matka płakała ze szczęścia. Sąsiedzi pytali, skąd pieniądze. Powiedziałem, że syn z lasu przysyła”.
To był jeden z tych dni, kiedy nienawiść do Madeja znikała na parę godzin. Wiedziałem, że bez jego rygoru nie przetrwałbym ani tygodnia. On też brał odpowiedzialność za nami: sprawdzał, kto nie ma gorączki, wypisywał przepustki do lekarza, dbał, żeby obiady były na czas. Nic o tym nie mówił, ale widziałem go nocą na obchodzie, jak podchodził do okna baraku i słuchał, czy ktoś nie kaszle.
Pewnego dnia, w środku czerwca, koperta od ojca pachniała inaczej. Zamiast opowieści o cenie żyta było jedno zdanie: „Matka podupada na zdrowiu. Przyjedź, jak możesz”. Tydzień bez wypłaty, a ja w kieszeni pięć złotych na życie. Na bilet do Radomia trzeba było sześć.
Poszedłem wieczorem do Madeja. Stał przy rozpalonym piecu w kancelarii i czyścił scyzoryk. Nie podniósł głowy, kiedy wszedłem.
— Potrzebuję zaliczki — powiedziałem. — Matka chora.
— Zaliczkę daje się po czterech miesiącach służby — odparł. — Ty masz niecałe trzy.
— To pożyczka. Oddam z następnej wypłaty.
— Nie ma takiej możliwości.
Stałem przy drzwiach, czując, jak złość wzbiera mi w gardle. To nie była złość — to był strach przed listem, który mógł przyjść zamiast matki. Madej w końcu podniósł oczy znad scyzoryka.
— Napisz do domu. To wszystko, co możesz zrobić.
Wyszedłem. Całą noc nie spałem. Nad ranem, kiedy wszyscy poszli na zbiórkę, wróciłem do baraku i wyjąłem spod siennika kopertę, w której trzymałem swoje oszczędności. Pięć złotych. Dołożyłem do tego zegarek, który dostałem od dziadka przed wyjazdem — mosiężną cebulę z pękniętym szkiełkiem. Zaniosłem to do obozowego sklepikarza, niejakiego Guzika, który handlował wszystkim, co dało się sprzedać. Zważył zegarek w dłoni i położył na ladę dwa banknoty.
— Więcej nie dam.
W sumie siedem. Brakowało na bilet, ale jak się dojedzie pociągiem towarowym, to starczy na chleb w podróży. Zwolniłem się z porannej pracy. Ktoś musiał donieść, bo Madej dopadł mnie przy bramie.
— Uciekasz — stwierdził, patrząc na moje buty.
— Jadę do matki.
— Bez przepustki pojedziesz do domu i nie wrócisz. Odbiorą ci wypłatę. I twoi w Radomiu nie zobaczą już ani złotówki. Wiesz o tym.
— Wiem.
Milczał dłuższą chwilę. Potem sięgnął do kieszeni kurtki i wyjął zmięty banknot. Bez słowa, bez potwierdzenia, że to pożyczka, bez weksla. Położył mi go na dłoni.
— Wracaj w niedzielę — powiedział. — Inaczej sam przyjadę do tego Radomia i za uszy cię przywiozę.
Nie podziękowałem. Po prostu wziąłem pieniądze, bo duma w tamtej chwili była moim ostatnim luksusem. Na stacji w Mikołajkach kupiłem bilet do Radomia. Jedenaście godzin w wagonie bez okien, wśród worków z cebulą i jakiejś kobiety, która przez całą drogę szarpała różaniec.
Matka leżała w łóżku, bledsza niż pościel. Ojciec wpuścił mnie bez jednego słowa, tylko ścisnął ramię tak mocno, że jeszcze po dwóch dniach miałem ślad. Zosia spała z głową przy jej nodze, jakby pilnowała, żeby matka nie odeszła za szybko. Okazało się — zapalenie płuc. Trzeba było aspiryny, ciepła i tygodnia spokoju. Zostawiłem ojcu pieniądze i wróciłem w niedzielę, tak jak obiecałem.
Madej nie wspomniał o pożyczce przez następne dwa miesiące. Nie potrącał z wypłaty, nie wypominał. Dopiero w sierpniu, przy podziale brygad, powiedział, nie patrząc na mnie:
— Oddałeś w sam dzień wypłaty. Pamiętam. A teraz weź taczkę numer dwadzieścia siedem. Nowe koło założone.
To była najcięższa robota w całym obozie — kopanie rowów odwadniających, mokro po kostki w bagnie. Ale wiedziałem, że dostałem ją nie za karę.
Wciąż mam ten scyzoryk służbowy, który dostałem od Madeja, gdy kończyliśmy szlak w Puszczy Piskiej. Na rękojeści wyryte inicjały, już wytarte od noszenia w kieszeni przez tyle lat.
W zeszłym roku młody chłopak z mojej ulicy w Radomiu przyszedł pożyczyć pieniądze na kurs na prawo jazdy. Jego matka od tygodnia leżała w szpitalu, a on musiał zdążyć na kurs przed jesienią, bo później nie byłoby wolnych miejsc. Wyjąłem banknot, położyłem na stole.
— Wracaj w niedzielę — powiedziałem.
Chłopak spojrzał na mnie, jakby nie zrozumiał, ale kiwnął głową i schował pieniądze do kieszeni.
Zapłacił po miesiącu, w dniu, w którym dostał pierwszą wypłatę. Dokładnie co do złotówki. Odliczał banknoty na moim stole tak samo ostrożnie, jak ja kiedyś odliczałem dwadzieścia pięć złotych w kolejce na poczcie. Byłem zaskoczony, że nie musiałem mu przypominać.
— Więcej nie trzeba — powiedziałem, kiedy chciał dołożyć jeszcze pięć złotych za fatygę.
Wziął swoje pieniądze z powrotem, uścisnął mi rękę i wyszedł. Zamknąłem drzwi i wróciłem do kuchni, gdzie na stole wciąż leżał scyzoryk z wytartymi inicjałami.



