Koniec z wymianą baterii za czterysta złotych w salonie

Siostra przyniosła mi tego Samsunga owinięty w ręcznik kuchenny, jakby to było ranne zwierzę. Bateria padała po trzech godzinach, ekran gasł w połowie rozmowy, a ona ściskała telefon oburącz, jakby dotyk mógł go jeszcze uratować.

— Jarek, zobacz, co mi powiedzieli na Marszałkowskiej.

Wyciągnęła paragon proforma. Wymiana baterii: czterysta złotych. Telefon miał cztery lata i poza baterią działał bez zarzutu — aparat robił dobre zdjęcia, głośnik grał czysto, ekran bez rysy.

— Powiedzieli, że bateria jest częścią konstrukcji. Że nie da się jej wymienić bez rozklejania całej obudowy.

Wziąłem telefon do ręki, obróciłem, poczułem, jak tylna szyba trzyma się korpusu — mocno, jednolicie, bez najmniejszego luzu. Wiedziałem, co to znaczy. Klej przemysłowy, ten sam, który w serwisach rozgrzewa się opalarką do osiemdziesięciu stopni, żeby panel puścił bez pęknięcia. Czterysta złotych nie było ceną za pracę. Było ceną za to, że producent postanowił zamknąć środek telefonu na trzy spusty.

— Kup nowy — powiedziała siostra sama do siebie, odkładając telefon na blat. — To i tak wyjdzie taniej.

Nie odpowiedziałem od razu. Bo akurat wtedy, tydzień wcześniej, siedziałem w kuchni u teściów i czytałem o unijnym rozporządzeniu, które miało to wszystko zmienić. Teść nalał sobie herbaty, popatrzył na mnie znad okularów.

— I co, myślisz, że korporacje się tym przejmą? Coś wymyślą, zawsze wymyślają.

Pokazałem mu na telefonie jeden akapit tekstu: od lutego 2027 każdy smartfon i tablet sprzedawany w Unii musi mieć baterię, którą użytkownik wymieni sam, standardowym śrubokrętem, bez kleju, bez specjalistycznego sprzętu. Teść przeczytał, oddał telefon, wzruszył ramionami.

— To i tak nas nie dotyczy. Twoja siostra ma telefon sprzed czterech lat.

Miał rację, tylko że wtedy jeszcze nie wiedziałem, ile razy będę musiał to sobie powtarzać.

Poszedłem z siostrą do Tomka, kolegi z podstawówki, który prowadzi mały punkt naprawczy przy Piotrkowskiej w Łodzi. Zastałem go pochylonego nad blatem, z lupą na czole i pęsetą w palcach, obok leżały cztery telefony czekające w kolejce, każdy z tabliczką z imieniem właściciela.

— Czterysta złotych to nie jest zdzierstwo, Jarek, to jest ryzyko — powiedział, nie odrywając wzroku od płytki, którą właśnie badał. — Zdejmuję tylną szybę, klej trzyma mocniej niż powinien, panel pęka. Klient wraca, krzyczy, że mu zniszczyłem telefon. Muszę to wliczyć w cenę, bo inaczej za miesiąc nie mam na czynsz.

Otworzył szufladę, wyjął stary telefon sprzed piętnastu lat, zdjął tylną klapkę jednym ruchem kciuka, pokazał baterię trzymaną na dwóch zatrzaskach.

— Tak to kiedyś wyglądało. Zajmowało minutę. Teraz to archeologia.

Wziąłem telefon siostry, obejrzałem go pod jego lampą. Tomek pokręcił głową.

— Mogę spróbować. Ale nie obiecuję, że oddam ci go bez rysy na ramce.

Siostra spojrzała na mnie, czekając na decyzję, jakbym to ja miał podjąć ryzyko za nią. Powiedziałem, żeby poczekała. Że za kilka miesięcy coś się zmieni, że może uda się kupić nowy model, w którym baterię wyjmie się bez tej całej scenerii z opalarką i pęsetą.

Nie wiedziałem jeszcze, że będę musiał to jej tłumaczyć jeszcze trzy razy, zanim przestanie pytać, czy w ogóle warto oddawać telefon do serwisu.

Przez kolejne tygodnie wracałem do Tomka, bo interesowało mnie, co dla niego znaczy ta zmiana. Siedzieliśmy raz po zamknięciu punktu, on liczył utarg z dnia, ja piłem kawę z termosu.

— Wiesz, co mnie wkurza? — powiedział, odkładając banknoty na stos. — Że oni już teraz kombinują, jak to obejść. Słyszałem, że będą parować baterię z płytą główną programowo. Wymienisz ją sam, telefon zacznie pokazywać ostrzeżenie, że to nieoryginalna część, że gwarancja przepada. Śrubokręt wystarczy, ale strach zostanie.

— Ale nie będą mogli już kleić na sztywno.

— Nie będą. I to już jest coś. Piętnaście lat temu każdy sam wymieniał sobie baterię przy kuchennym stole. Potem przyszedł klej i zrobiliśmy się z tego zawodu, którego nikt nie chciał — serwisantów od rozklejania telefonów opalarką. Teraz może wróci do normy.

Zapytałem go, czy się boi, że straci robotę, kiedy naprawa znów stanie się prosta.

— Nie. Będę robił to, co się nie zmieni — powiedział, wskazując na ekran telefonu z pękniętym szkłem leżący obok. — Ekrany, aparaty, porty ładowania. Bateria to był tylko jeden kawałek tortu. I tak zawsze będzie ktoś, kto nie chce grzebać sam.

Siostra zadzwoniła do mnie w niedzielę wieczorem. Powiedziała, że telefon w końcu ją wykończył — zgasł jej w środku rozmowy z córką, która akurat opowiadała coś ważnego, a bateria po naładowaniu do stu procent trzymała może godzinę.

— Oddaj go Tomkowi — powiedziałem. — Niech spróbuje.

Tydzień później odebrała telefon z nową baterią, bez rysy na ramce, choć Tomek przyznał, że przy zdejmowaniu tylnej szyby ręce mu się trzęsły bardziej niż zwykle. Zapłaciła sto osiemdziesiąt złotych, o połowę mniej niż w salonie na Marszałkowskiej, bo Tomek sam kupił zamiennik i wykonał robotę bez pośrednika w garniturze za ladą.

Napisała do mnie wczoraj, zapytała, czy ten telefon, ten sam, wciąż ten sam Samsung, będzie objęty nowym prawem, gdyby kiedyś znów trzeba było wymieniać baterię.

Odpisałem, że nie — przepis dotyczy urządzeń wprowadzonych do sprzedaży po lutym 2027, a jej telefon ma już swoje lata i swoją historię. Dodałem jedno zdanie więcej: że następny telefon, cokolwiek kupi, będzie zbudowany inaczej. Że zdejmie klapkę sama, przy niedzielnym obiedzie, wyjmie baterię dwoma palcami i nie będzie musiała dzwonić do mnie, pytając, czy w ogóle warto ratować telefon, który jeszcze działa.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

2 × cztery =

Koniec z wymianą baterii za czterysta złotych w salonie