Trzynaście metrów kwadratowych i kaktus, który szczeka

Kartkę z ogłoszeniem zdjęła sama, zanim ktokolwiek zdążył zrobić jej zdjęcie telefonem. „Pokój do wynajęcia, 13 mkw, ul. Wąska 4, Bydgoszcz, zwierzęta niemile widziane". Ona, czyli Bożena Kryska, sześćdziesiąt jeden lat, emerytowana księgowa z zakładów mięsnych, właścicielka trzypokojowego mieszkania po rodzicach na Szwederowie. Wynajmowała pokój od trzech lat, zawsze ten sam warunek na pierwszym miejscu, wypisany wielkimi literami, jakby ktoś próbował przemycić przez nią słonia.

Dziewczyna, która przyszła obejrzeć pokój w środę po południu, miała na imię Marta Odachowska, dwadzieścia sześć lat, pracowała w call center przy Fordońskiej, zmiana od czternastej. Obejrzała pokój, kiwnęła głową na widok firanki w kwiatki, zapytała o internet i o to, czy można gotować po dwudziestej drugiej. Umowę podpisały tydzień później, kaucja dwa czynsze, gotówka do koperty, jak to u Bożeny było w zwyczaju.

Pies pojawił się dopiero po miesiącu. Właściwie nie pies — Bożena zobaczyła go przypadkiem, kiedy wracała wcześniej z przychodni, bo lekarz odwołał wizytę. Otworzyła drzwi swoim kluczem — miała do tego prawo, przecież to jej mieszkanie — i zamarła w progu kuchni.

Na krześle przy oknie siedziało coś włochatego, brązowego, wielkości dużego kota, z uszami jak liście i futrzastym pyskiem, który poruszał się, jakby żuł. Bożena krzyknęła. Marta wypadła z pokoju w samej koszulce, z telefonem w ręku.

— To nie jest pies — powiedziała szybko, zanim Bożena zdążyła cokolwiek powiedzieć. — To roślina.

Cisza trwała może pięć sekund, ale Bożenie wydawała się dłuższa niż całe popołudnie w przychodni.

— Roślina — powtórzyła Bożena, jakby smakowała to słowo, sprawdzając, czy się nie zepsuło.

— Tacca chantrieri. Nietoperzowiec. Kwiatostan wygląda jak pysk zwierzęcia, ma takie długie wąsy, nazywają go roślina-kot albo roślina-nietoperz. Kupiłam na Kwiaciarni Flora przy Gdańskiej, sto dwadzieścia złotych. To nie zwierzę, proszę pani. To fotosynteza w doniczce.

Bożena podeszła bliżej. Rzeczywiście — pod tym całym futerkiem (a właściwie, jak się okazało, delikatnym meszkiem na liściach) była zwyczajna doniczka, ziemia, łodyga. Kwiat miał ciemnofioletowe płatki i długie, cienkie wąsy zwisające jak nitki makaronu, kołyszące się od przeciągu z uchylonego okna.

— A ten dźwięk? — spytała Bożena, bo przecież słyszała skomlenie, kiedy wchodziła po schodach.

Marta spojrzała w bok.

— To może być radio sąsiadów. Pan Krajewski spod czwórki ma jamnika.

Bożena nie uwierzyła ani przez sekundę. Ale też nie miała siły na kłótnię tego dnia — lekarz ją zdenerwował, powiedział, że ciśnienie znowu skacze, że trzeba schudnąć, że w jej wieku trzeba uważać. Wyszła z kuchni bez słowa, zamknęła się w swoim pokoju i przez ścianę słyszała, jak Marta rozmawia z kimś przez telefon, cicho, żeby nie było słychać.

Przez kolejne dwa tygodnie Bożena udawała, że nie zauważa. Ale zauważała wszystko. Miskę wodną chowaną za koszem na śmieci. Zapach, który nie pasował do żadnej rośliny — mokrej sierści, nie ziemi. Odgłosy pazurów na parkiecie w korytarzu, kiedy myślała, że nikogo nie ma w domu. A pewnego wieczoru, wracając z kościoła Świętego Wincentego, zobaczyła przez okno na parterze, jak Marta prowadzi na smyczy coś, co zdecydowanie nie było doniczką z nietoperzowcem — małego brązowego kundelka, który obwąchiwał trawnik przy śmietniku.

Tego wieczoru Bożena nie weszła do domu od razu. Usiadła na ławce przy klatce, obok pani Halinki, sąsiadki z parteru, która akurat wyprowadzała swojego szpica.

— Halinko — powiedziała Bożena — ja mam kłopot.

— No mów.

— Moja lokatorka trzyma psa. A ja mam w umowie napisane, że zwierząt nie wolno. Napisałam to specjalnie, bo mnie ostatnia lokatorka zalała balkon jakimiś odchodami z chomika, dywan zniszczony, smród przez trzy miesiące.

Halinka machnęła ręką.

— A dziewczyna dobra jest? Płaci w terminie?

— Płaci. Zawsze co miesiąca, pierwszego, co do grosza.

— To o co ci chodzi?

Bożena zamyśliła się. Właśnie o to jej chodziło — nie o samego psa, tylko o to, że ją okłamano prosto w oczy, wymyślono jakąś roślinę-kota, jakby ona, sześćdziesięcioletnia kobieta po czterdziestu latach księgowości, nie potrafiła policzyć dwa i dwa.

Nazajutrz, w sobotę, Bożena zapukała do pokoju Marty o dziesiątej rano. Marta otworzyła w piżamie, za nią na łóżku, otulony w koc, spał ten sam brązowy kundelek, teraz widoczny w pełnym świetle dnia — może ośmiomiesięczny, uszy postawione, ogon zakręcony w kółko.

— Nazywa się Bruno — powiedziała Marta, zanim Bożena zdążyła otworzyć usta. — Znalazłam go pod wiaduktem na Fordońskiej, przemarznięty, bez obroży. Zabrałam do weterynarza, kosztowało mnie trzysta osiemdziesiąt złotych, bo miał zapalenie ucha i trzeba było go odrobaczyć. Nie mogłam go zostawić.

— Mogłaś mi powiedzieć.

— I co by pani zrobiła? Kazała mi go oddać?

Bożena nie odpowiedziała od razu. Bo prawda była taka, że tak — pewnie by kazała. Może nie od razu, może po awanturze, ale w końcu by kazała, bo tak miała napisane w umowie, bo tak było wygodniej, bo nie chciała więcej dywanów zniszczonych przez cudze zwierzęta.

— Miałaś mi zapłacić kaucję za ryzyko — powiedziała w końcu Bożena, chociaż sama czuła, że to nie brzmi jak prawdziwy argument, tylko jak coś, co się mówi, żeby nie przyznać się do niczego innego.

— Zapłacę. Ile pani chce, zapłacę dodatkowo. Tylko niech go pani nie każe mi oddać, błagam.

To słowo — błagam — zrobiło z Bożeną coś dziwnego. Przypomniała sobie własną matkę, jak trzydzieści lat temu błagała ojca, żeby zostawili kota, którego przyniosła z targu, a ojciec i tak go oddał sąsiadom, bo powiedział, że w bloku zwierząt się nie trzyma, koniec dyskusji. Bożena płakała wtedy dwa dni.

— Pokaż mi tę roślinę — powiedziała zamiast odpowiedzi.

Nietoperzowiec stał na parapecie, prawdziwy, z tymi swoimi wąsami, obok stała pusta miska po wodzie dla psa, teraz umyta i odstawiona jak rekwizyt, który już nikogo nie oszuka.

Bożena wzięła kubek z parapetu, w którym stała jedna zwiędła gerbera — resztka po poprzedniej lokatorce, nikt jej nie wyrzucił — i przez chwilę kręciła go w dłoniach, nie patrząc na Martę.

— Za trzy miesiące kończy się umowa — powiedziała w końcu. — Podpiszemy nową. Z jednym zwierzęciem domowym, do piętnastu kilo, bez kotów, bo mam alergię na sierść kocią, wykryłam to jeszcze u siostry. Podniosę czynsz o sto złotych, bo trzeba będzie odświeżyć podłogi po jego pazurach, prędzej czy później. I chcę go widzieć — normalnie, nie chowanego za doniczką.

Marta usiadła na łóżku obok śpiącego Bruna, ręka sama opadła mu na kark, pies otworzył jedno oko i zaraz je zamknął.

— Dlaczego pani to robi?

Bożena wzruszyła ramionami i postawiła kubek z powrotem na parapecie, dokładnie w tym samym miejscu, jakby chciała, żeby ślad po nim wyglądał tak, jakby jej tam nigdy nie było.

— Bo umowę ja pisałam z głupia frant, żeby się zabezpieczyć przed chomikami, nie przed psami, które ktoś ratuje spod wiaduktu. A ty mi przez miesiąc płaciłaś czynsz z pieniędzy, które mogłaś wydać na jego jedzenie, i nie powiedziałaś ani słowa. To coś znaczy.

W poniedziałek Bożena poszła do notariusza przy placu Wolności, nie w sprawie mieszkania — tylko po to, żeby dopisać aneks do umowy najmu, gotowy formularz, dwie kopie, jedna dla niej, jedna dla Marty. W rubryce „zwierzęta domowe" wpisała: jeden pies do piętnastu kilogramów, imię: Bruno. Nietoperzowiec został na parapecie, bo — jak powiedziała Marta, śmiejąc się już bez napięcia w głosie — przynajmniej on nigdy nie zje jej kapci.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwanaście − sześć =

Trzynaście metrów kwadratowych i kaktus, który szczeka