Nazywam się Krystyna Woźniak, mam sześćdziesiąt jeden lat i od dwudziestu trzech pracuję w aptece przy ulicy Długiej w Toruniu. Tej małej, gdzie zawsze pachnie walerianą i gdzie zimą kaloryfer stuka tak głośno, że klienci pytają, czy coś się psuje. Piszę to, bo widziałam coś, czego nie da się zapomnieć, chociaż nie znałam nawet nazwiska tych ludzi, dopóki nie było już za późno.
Pan Zenon przychodził do mnie co drugi dzień. Zawsze po tę samą maść na stawy i krople na ciśnienie, zawsze o wpół do dziesiątej rano, zaraz po tym jak żona podwiozła go pod sklep spożywczy naprzeciwko i pojechała dalej do pracy. Miał osiemdziesiąt cztery lata, chodził z laską, ale głowę trzymał wysoko i zawsze się uśmiechał, mówiąc, że jeszcze go pochować nie zdążą. Jego syn, Marcin, przyjeżdżał do niego rzadko – może raz na dwa miesiące, w te dni, kiedy staruszek stawał się nagle bardziej rozmowny, chwalił się, że syn ma dobrą pracę w Warszawie, w jakiejś korporacji, i że kupił sobie nowe audi. Mówił to z dumą, choć ja widziałam, że ten sam syn nie odwiedza go nawet na święta.
We wrześniu pan Zenon przestał przychodzić. Trzy tygodnie ciszy. Zapytałam sąsiadkę, panią Halinę, która robi zakupy w tym samym spożywczym – powiedziała, że staruszek trafił do szpitala wojewódzkiego, na oddział kardiologii, i że jest źle. Bardzo źle.
Poszłam go odwiedzić w czwartek po zamknięciu apteki, bo tak jakoś się między nami przez te lata zrobiło, że mnie traktował trochę jak znajomą, nie tylko farmaceutkę. Zabrałam mu ulubione landrynki miętowe, choć wiedziałam, że pewnie i tak nie będzie mógł ich jeść. Na korytarzu było duszno, ktoś w telewizorze na ścianie oglądał wiadomości z wyciszonym dźwiękiem, a pielęgniarka pchała wózek ze skrzypiącym kółkiem.
W sali zastałam go z rurkami w nosie, z twarzą zapadniętą, ale przytomnego. Obok łóżka siedział mężczyzna, którego nigdy wcześniej nie widziałam na oczy – w garniturze, z telefonem w dłoni, choć akurat nie rozmawiał. To musiał być Marcin. Wyglądał, jakby dopiero co wyszedł z ważnego spotkania i wpadł tu na chwilę między jednym a drugim terminem.
Postawiłam siatkę z landrynkami na szafce i się przedstawiłam. Pan Zenon poznał mój głos, zanim jeszcze otworzył oczy do końca, i powiedział cicho: "moja apteczna dziewczyna przyszła". Miał osiemdziesiąt cztery lata, a ja sześćdziesiąt jeden, ale tak mnie właśnie nazywał od lat.
Zostałam może dziesięć minut, bo nie chciałam przeszkadzać synowi. Ale te dziesięć minut wystarczyło, żeby zobaczyć rzeczy, które później długo mi nie dawały spokoju. Marcin trzymał ojca za rękę – to prawda, trzymał. Ale co chwilę zerkał na zegarek. Kiedy pan Zenon próbował coś powiedzieć, urywanym, słabym głosem, syn pochylał się i mówił: "tak, tato, wiem, wiem", nie czekając nawet, aż tamten skończy zdanie. W pewnym momencie zadzwonił jego telefon i wyszedł na korytarz odebrać, zostawiając ojca w połowie zdania.
Kiedy wrócił, usiadł z powrotem i wziął ojca za dłoń, jakby nic się nie stało. Pan Zenon patrzył na sufit i powiedział coś, co usłyszałam, bo stałam jeszcze przy drzwiach, zbierając się do wyjścia: "Wiesz, synu, żałuję tylko jednego. Że tak mało cię prosiłem, żebyś przyjeżdżał. Bałem się być ciężarem". Marcin nic nie odpowiedział. Popatrzył na ojca, potem na zegarek, potem znowu na ojca.
Wyszłam wtedy z sali z uczuciem, że coś we mnie się zacisnęło. Nie oceniałam go – naprawdę nie mój interes, kto jak żyje i ile pracuje. Ale pomyślałam sobie, że ten człowiek na łóżku miał jeszcze tyle do powiedzenia, a nikt nie miał dla niego czasu, żeby posłuchać do końca.
Wróciłam do apteki w piątek rano i pani Halina przyniosła wiadomość – pan Zenon zmarł w nocy z czwartku na piątek, kilka godzin po mojej wizycie. Nie zdążył dopowiedzieć tego zdania nikomu.
Pogrzeb był w poniedziałek, na cmentarzu Św. Jerzego. Poszłam, bo tak wypadało po tylu latach znajomości. Marcin stał przy grobie w czarnym garniturze, tym samym chyba, w którym siedział w szpitalu, i płakał tak, że aż się trząsł. Prawdziwie płakał, nie na pokaz – widziałam wystarczająco pogrzebów w życiu, żeby to rozróżnić. Podszedł do mnie po ceremonii, chyba rozpoznał mnie z tamtego dnia w szpitalu, i powiedział, że ojciec wspominał mu "aptekarkę z Długiej" tyle razy, że czuł, jakby mnie znał od lat.
Rozmawialiśmy przy bramie cmentarnej z piętnaście minut. Powiedział mi, że ojciec zostawił mu mieszkanie przy ulicy Mickiewicza, trzydzieści osiem metrów, i że w szufladzie biurka znalazł kopertę z jego imieniem, zaklejoną, z datą sprzed dwóch lat. W środku był list i klucz do skrytki w banku przy Rynku Nowomiejskim. W skrytce leżało czterdzieści dwa tysiące złotych oszczędności i zdjęcie Marcina z pierwszej komunii.
List był krótki. Ojciec pisał, że wie, iż syn ma dużo obowiązków, że nie chce mu robić wyrzutów, ale prosi o jedno: żeby raz w miesiącu, w każdą pierwszą niedzielę, przyjeżdżał choćby na godzinę, bez telefonu w ręku. Napisał, że pieniądze ze skrytki chce, żeby Marcin przeznaczył nie na spłatę kredytu na audi, tylko na coś, co zrobi razem z dziećmi, kiedy je będzie miał – żeby nauczył się robić dla kogoś czas, zanim będzie za późno, tak jak on się nie nauczył wystarczająco szybko.
Marcin powiedział mi to wszystko przy tej bramie, z oczami czerwonymi od płaczu, i dodał, że nazajutrz idzie do notariusza – nie w sprawie spadku, bo formalności już wcześniej ustalili z ojcem u innego notariusza rok temu. Szedł, żeby zrobić coś swojego: zamknąć rachunek firmowy, na który przelewał ojcu co miesiąc pięćset złotych "na wszelki wypadek", zamiast przyjeżdżać osobiście, i przelać wszystko, co tam zostało – dwadzieścia sześć tysięcy złotych – na fundację przy szpitalu wojewódzkim, tę samą, na oddziale której umarł ojciec, żeby kupili nowy sprzęt do monitorowania serca na korytarzu, gdzie starzy ludzie czekają czasem godzinami, zanim ktoś ich obejrzy.
Nie wiem, co się z nim dalej działo – widziałam go jeszcze raz, ze trzy miesiące później, kiedy przyszedł do apteki kupić te same krople na ciśnienie, które kiedyś brał ojciec, bo sam zaczął mieć problemy ze snem po tej całej historii. Powiedział mi tylko, że w tę pierwszą niedzielę miesiąca teraz zawsze jeździ na cmentarz, zostawia landrynki miętowe na grobie, mimo że nikt ich tam nie zje, i siedzi z ojcem z godzinę, bez telefonu. Powiedział to, patrząc gdzieś w bok, jakby to jeszcze bolało za bardzo, żeby powiedzieć to prosto w oczy.
Ja tylko podałam mu krople, przebiłam paragon i życzyłam dobrego dnia. To nie moja sprawa była, co robił dalej. Ale tamten wieczór w szpitalu, kiedy stałam przy drzwiach z siatką landrynek w ręku i słyszałam, jak stary człowiek mówi do syna zdanie, którego nie zdążył dokończyć – tego nie zapomnę, choćbym chciała.



