— Basiu, chodź szybko, Mruczek zawisł na słupie! — Grażyna waliła w furtkę tak, że aż zabrzęczała klamka.
— Jaki znowu słup? Co ty gadasz o dziewiątej rano?
— Twój kot. Na słupie energetycznym, przy transformatorze.
Basia postawiła miotłę pod jabłonką, którą akurat zamiatała liście, i wyszła na ulicę w kapciach. Rano wypuściła Mruczka za drzwi jak zawsze — i tyle go widziała. A na dworze plucha, mokry śnieg z deszczem, temperatura koło zera.
— Chyba coś ci się pomyliło, Grażynko. On siedzi pewnie w komórce na węgiel.
— Basiu, ruszaj się, bo nie wiadomo, ile on tam już wisi!
Basia narzuciła kurtkę na szlafrok, nawet nie zapinając guzików, i pobiegła za sąsiadką w kapciach po błocie. Na Kwiatowej, między starym blokiem a ogródkami działkowymi, stał słup transformatorowy, na który nikt normalny nigdy nie patrzył — chyba że akurat prąd wysiadł. Teraz na metalowym haku, jakieś sześć metrów nad ziemią, wisiał kot. Czarny, z białą łatką na piersi — dokładnie jej Mruczek.
— Mruczek, a złaź stamtąd, coś ty sobie myślał! — krzyknęła Basia, jakby to jakoś pomogło.
Grażyna popatrzyła na nią z wyrzutem.
— On utknął, nie widzisz? Sam nie zejdzie.
Kot zamiauczał żałośnie, jakby na potwierdzenie. Z sąsiedniej klatki wyszedł pan Ziutek, wracał z osiedlowego sklepu z bułkami w siatce, zobaczył zamieszanie i podszedł.
— Co się dzieje?
— Kot utknął na słupie, panie Ziutku. Może pan by go zdjął?
Ziutek zadarł głowę, popatrzył chwilę i pokręcił nią stanowczo.
— Ja tam po słupach z prądem nie łażę, jeszcze mnie kopnie tysiąc dwieście woltów i po krzyku. Trzeba dzwonić do zakładu energetycznego.
— Telefon mam w domu — rozłożyła ręce Basia.
Grażyna wyjęła komórkę i wykręciła numer pogotowia energetycznego. Odezwał się znudzony głos.
— U nas kot wisi na słupie transformatorowym. Trzeba go zdjąć, bo zamarznie.
— A my od czego jesteśmy, od kotów? Proszę dzwonić do straży.
Straż pożarna też podziękowała za zgłoszenie. „Ratujemy ludzi, proszę pani, nie zwierzęta domowe" — usłyszała Grażyna i o mało nie cisnęła telefonem w błoto.
— No i co teraz? — spytała Basia. — Może sam zejdzie, jak mu zimno się zrobi?
— Jak mu zimno się zrobi, to on tam zdechnie, a nie zejdzie! — warknęła Grażyna, przeglądając kontakty w telefonie.
Klepnęła się w czoło.
— Mam! Widziałam kiedyś w telewizji reportaż o prywatnej służbie ratującej zwierzęta, zapisałam sobie numer na wszelki wypadek.
— To pewnie w Poznaniu, nie u nas na wsi.
— No w Poznaniu, ale mówili, że dojeżdżają w promieniu do trzydziestu kilometrów.
Odebrał mężczyzna, głos miał spokojny, konkretny.
— Fundacja „Łapa w potrzebie", słucham.
— Dzień dobry, mamy sytuację: kot utknął na słupie energetycznym u nas, w Lipnicy pod Poznaniem. Nie potrafi sam zejść.
— Jestem akurat sam na dyżurze, ale jak to niedaleko, to przyjadę. Dojazd do trzydziestu kilometrów kosztuje sto pięćdziesiąt złotych.
Grażyna zgodziła się bez wahania, podała adres, rozłączyła się i spojrzała na Basię z ulgą.
— Jedzie ratownik.
— No chwała Bogu — odparła Basia i znów zaczęła wołać kota, jakby liczyła, że ten w końcu zrozumie i zeskoczy sam.
Po czterdziestu minutach na Kwiatową wjechał zielony Duster z logo fundacji na drzwiach. Wysiadł chłopak koło trzydziestki, w kurtce roboczej.
— Dzień dobry, jestem Marcin. Gdzie ten kot?
Grażyna wskazała palcem w górę.
— O rany — zdziwił się Marcin. — Jak on się tam w ogóle znalazł?
— Pan przyjechał gadać czy robić coś w końcu? — wtrąciła się Basia, zziębnięta i już porządnie poirytowana staniem na mrozie.
Marcin nie odpowiedział. Otworzył bagażnik, wyjął uprząż, linę, grube rękawice i zaczął się szykować do wejścia na słup.
Na górze, przy samym transformatorze, uklęknął ostrożnie na platformie serwisowej i sięgnął do kota.
— Spokojnie, mały, zaraz cię stąd zabiorę — powiedział, a kot wpatrywał się w niego zielonymi ślepiami, jakby faktycznie zrozumiał.
Nic z tego. Zwierzak tkwił jak wrośnięty.
— No i co tak długo?! — darła się Basia z dołu. — Szybciej się da?
Grażyna szarpnęła ją za rękaw.
— Cicho bądź, człowiek pracuje, nie widzisz?
— Klatka piersiowa utknęła mu w zagięciu haka — zawołał Marcin z góry, nie przerywając pracy. — A dodatkowo blokuje go izolator ceramiczny. Coś takiego pierwszy raz widzę.
Minęło dwadzieścia minut, potem trzydzieści. Kot piszczał, Marcin się pocił mimo zimna, a obie kobiety na dole już właściwie machnęły ręką na powodzenie akcji, kiedy nagle — bez ostrzeżenia — zwierzak wysunął się z pułapki i wylądował mu prosto w rękawicach.
Marcin wsadził go do transportera i zaczął schodzić.
— Wszystko gra, uratowany. Tylko proszę go więcej samopas nie wypuszczać, bo to się może źle skończyć.
Na dole wyciągnął kota z klatki, przytulił, żeby go uspokoić.
— Czemu on taki bezwładny, łapkami nie rusza? — zmarszczyła brwi Basia. — Coś mu pan tam nie zrobił?
— Spokojnie, to szok. I zmęczenie, próbował się wyrwać całe rano pewnie. Ale do weterynarza bym go zawiózł, tak dla pewności.
— Dziękujemy bardzo — uśmiechnęła się Grażyna.
— Nie ma sprawy. To będzie sto pięćdziesiąt złotych, jak umawialiśmy — powiedział Marcin, podając kota właścicielce.
— Słucham? Jakie sto pięćdziesiąt złotych?
— Basiu, co ty wyrabiasz? — Grażyna spąsowiała, nie wierząc własnym uszom. — Człowiek życiem ryzykował, na słup właził dla twojego kota…
Basia chwyciła Mruczka, przycisnęła do siebie.
— Ja nigdzie nie dzwoniłam i z nikim się nie umawiałam. Sto pięćdziesiąt złotych, coś takiego. Wstydu pan nie ma, młody człowieku.
Odwróciła się na pięcie i poszła w stronę bloku, zostawiając ich obu w milczeniu.
— No cóż, zdarza się — mruknął Marcin, wrzucając sprzęt do bagażnika. — Ważne, że kot cały.
— Niech pan wybaczy, że tak wyszło — zaczęła się tłumaczyć Grażyna, czerwona ze wstydu. — Ja nie rozumiem, jak można nie zapłacić za uratowanie własnego zwierzaka. Wie pan co? Niech pan wejdzie, herbatą pana poczęstuję. Zmarzł pan pewnie.
Marcin się nie opierał, bo faktycznie było mu zimno, a z okna dobiegał zapach świeżo zaparzonej herbaty z cytryną.
Przy stole, nad parującymi kubkami, Grażyna jeszcze raz przepraszała za sąsiadkę.
— Nie wiem, co jej odbiło. Pan mu dosłownie życie uratował, on już jedną łapą był na tamtym świecie.
— Różni ludzie się trafiają. Ja lubię zwierzętom pomagać, robiłbym to za darmo, gdybym mógł, ale bez pieniędzy się nie da: benzyna, sprzęt, ubezpieczenie.
— No właśnie… A wie pan co…
Grażyna wstała, podeszła do kredensu, otworzyła szufladę i wyjęła dwie stuzłotówki, odłożone na opłatę za prąd.
— Proszę, niech pan weźmie.
— Nie, nie trzeba.
— Trzeba, trzeba.
Wcisnęła mu pieniądze do ręki, mimo protestów.
— Dziękuję — powiedział Marcin, trochę zmieszany.
— Nie ma za co. I zaraz pan jeszcze paczkę drożdżówek dostanie w drogę, sama piekłam wczoraj.
Zapakowała drożdżówki w papierową torbę, wcisnęła mu ją do ręki razem z pieniędzmi i odprowadziła do drzwi. Kiedy zielony Duster zniknął za zakrętem Kwiatowej, wróciła do kuchni, zebrała dwa puste kubki ze stołu i wstawiła je do zlewu. Za oknem mokry śnieg zamieniał się powoli w zwykły deszcz.
Trzy dni później Basia zjawiła się u niej z butelką soku wiśniowego i miną kogoś, kto przyszedł się bronić, zanim ktokolwiek go oskarżył.
— Mruczek zdrowy, weterynarz powiedział, że nic mu nie jest, tylko siniak na żebrach. Wyjdzie za tydzień.
— To dobrze — odparła Grażyna, nie zapraszając jej dalej niż do progu.
— A ja… w sumie… myślałam, że może byś mi dała numer do tego chłopaka. Chciałabym mu tam zwrócić te pieniądze, co za mnie zapłaciłaś. Sto pięćdziesiąt złotych, prawda?
Grażyna sięgnęła po telefon, znalazła kontakt fundacji i odczytała numer na głos. Basia zapisała go w swoim telefonie, podziękowała i wyszła. Sok wiśniowy tak i został na stoliku w przedpokoju, niedopity przez nikogo jeszcze przez dwa tygodnie.



