Krajałem koperek i myślałem, że kaczka w piekarniku powinna już złapać złoty kolor. Na palniku bulgotał sos żurawinowy, ten sam, który Marek uwielbiał od naszego pierwszego wspólnego Bożego Narodzenia. Sześć lat małżeństwa. Chciałam, żeby ten wieczór był inny niż poprzednie miesiące — inny niż to milczenie, które narastało między nami jak nalot na starym garnku. Włożyłam bordową sukienkę, tę samą, o której kiedyś powiedział, że wygląda w niej jak na własnym weselu. Spryskałam nadgarstki perfumami z wanilią, tymi, których od dawna już nie zauważał, tak samo jak przestał zauważać mnie samą.
Zamek w drzwiach szczęknął o wpół do ósmej. Otarłam ręce w fartuch, poprawiłam włosy i wyszłam do przedpokoju z uśmiechem, który za chwilę zamarzł mi na twarzy jak lakier.
W progu stał Marek. Obok niego, wczepiona w jego ramię, stała dziewczyna. Może dwadzieścia pięć lat, blond włosy związane w wysoki kucyk, różowa bluzka opięta na ogromnym brzuchu — takim, jaki bywa w ósmym, może dziewiątym miesiącu. Pachniała tanimi perfumami kwiatowymi, które zabiły w powietrzu nawet zapach wanilii z kuchni.
— Poznaj, Kasiu — powiedział Marek głośno, jakby zapowiadał gościa na weselu. — To Ola. Ola, a to jest ta sama Kasia, która przez sześć lat — zrobił teatralną pauzę i zachichotał — sześć lat nie mogła urodzić mi syna.
Zdjął buty, nie patrząc na mnie, i rzucił kluczyki na komódkę. Ola przekroczyła próg naszego mieszkania — mieszkania, które kupiliśmy razem na kredyt w Millennium, w którym sama kładłam panele w sypialni — i spojrzała na mnie jak na eksponat w gablocie. Ciekawy, ale zbędny.
— Moja Ola jest w ciąży, a ty, jałowico, przez sześć lat nie mogłaś mi dać syna! — Marek rozłożył ręce, jakby pokazywał sztuczkę. — Będziemy tu mieszkać. Nie masz nic przeciwko, żeby się trochę ścisnąć dla przyszłości naszego syna? No, właściwie mojego syna. Naszego z Olą.
Stałam bez słowa. W skroniach pulsowało mi tak, że słyszałam własne tętno. Gdzieś na kuchence dalej bulgotał sos żurawinowy. Ola, nie czekając na moją odpowiedź, rozglądała się już po korytarzu, oceniając wystrój.
— Fajny mają tu układ, Marek — powiedziała kapryśnym tonem. — Tylko tę tapetę trzeba zmienić, okropna.
— Zmienimy, kotku, wszystko zmienimy — obiecał, całując ją w czubek głowy.
W tym momencie w drzwiach pojawiła się Halina, moja teściowa. Trzymała bukiet białych chryzantem i uśmiechała się tak szeroko, jakby przyszła na chrzciny, a nie zastała syna zdradzającego żonę we własnym progu.
— No nareszcie! — zaśpiewała. — Kasiu, córeczko, czego tak stoisz jak słup? Pomóż torby wnieść, Oli ciężarów dźwigać nie wolno. Tam na dole jeszcze reklamówka z ubrankami, Marek kupił. Niebieskie śpioszki, wyobrażasz sobie? Chłopczyk będzie!
Halina wcisnęła mi bukiet w ręce, jakbym była kelnerką zobowiązaną wstawić kwiaty do wazonu. Zimne krople z mokrych łodyg spłynęły na moją bordową sukienkę.
— Mamo, wyobrażasz sobie, ona jeszcze się krzywi! — oburzył się głośno Marek. — Sześć lat znosiłem jej puste łono, a teraz, kiedy w domu wreszcie będzie normalna kobieta ze spadkobiercą, ona robi miny!
Ola zachichotała. Halina zacisnęła usta.
— Kasiu, może byś chociaż czajnik nastawiła — powiedziała. — Ola ma zatrucie ciążowe, musi co godzinę pić rumianek.
Nie postawiłam czajnika. Odłożyłam chryzantemy na komódkę, obok kluczyków Marka, i poszłam do kuchni wyłączyć gaz pod sosem, bo paliło się już na dnie garnka. Stałam plecami do nich, patrzyłam na spaloną skórkę żurawiny i myślałam o jednej rzeczy, o której Marek najwyraźniej zapomniał, kiedy planował ten wieczór jako swój triumf.
Mieszkanie było moje. Formalnie, na papierze. Kupiłam je jeszcze przed ślubem, za pieniądze ze sprzedaży kawalerki po babci w Radomiu, dopłacając kredyt sama, z własnego konta w PKO, przez wszystkie te lata, kiedy Marek "akurat miał gorszy okres w pracy". Notariusz w Warszawie przy Marszałkowskiej, gdzie podpisywaliśmy akt, powiedział mi to wprost: rozdzielność majątkowa, którą wzięliśmy po tym, jak Marek stracił firmę windykacyjną i zostawił mnie z długami do spłacenia. To mieszkanie nigdy nie weszło do wspólnoty.
Wróciłam do przedpokoju. Ola siedziała już na moim fotelu, ściągając buty, jakby wprowadzała się na stałe. Halina otwierała szafę w korytarzu, sprawdzając, gdzie zmieści ubrania synowej.
— Marek — powiedziałam. Głos mi nie drżał, co samą mnie zdziwiło. — Macie czas do jutra do południa, żeby się stąd wyprowadzić. Wszyscy troje.
Roześmiał się, tym samym śmiechem, którym śmiał się zawsze, kiedy uważał, że coś powiedziałam z rozpaczy, nie z rozsądku.
— Kasiu, nie wygłupiaj się. To jest nasze mieszkanie.
— Nie jest. Sprawdź akt własności, jak wrócisz do domu. To znaczy — jak znajdziesz sobie jakiś dom.
Wyszłam do sypialni, wzięłam z szuflady teczkę z dokumentami, którą trzymałam tam od lat na wszelki wypadek, i otworzyłam ją na stole w kuchni. Akt notarialny, wyciąg z księgi wieczystej, umowa o rozdzielności majątkowej podpisana przez nas oboje pięć lat temu. Położyłam papiery przed Markiem jak karty w przegranej partii.
Twarz mu zbladła, kiedy doczytał do numeru działki i swojego własnego podpisu pod dokumentem, o którym najwyraźniej zdążył zapomnieć.
— Mamo — powiedział, odwracając się do Haliny, jakby ona miała to jakoś naprawić.
Halina wzięła papiery, przeczytała, oddała mi je z powrotem bez słowa. Po raz pierwszy tego wieczoru nie miała nic do powiedzenia o rumianku ani o śpioszkach.
Ola wstała z fotela z trudem, jedną ręką podpierając brzuch, drugą już wybierając numer na telefonie — pewnie do matki albo do koleżanki, żeby zapytać, gdzie może ich przenocować ta noc.
Zadzwoniłam do ślusarza następnego dnia rano, kiedy tylko za nimi zamknęły się drzwi windy. Przyjechał po dwóch godzinach, wymienił zamek za trzysta osiemdziesiąt złotych, zostawił mi dwa nowe klucze. Trzeci egzemplarz zaniosłam do administracji budynku, żeby mieli go na wypadek awarii.
Sos żurawinowy wylałam do zlewu. Kaczkę zjadłam sama, przy stole, w bordowej sukience, którą Marek kiedyś nazwał kolorem namiętności. Za oknem, na parkingu osiedlowym przy Puławskiej, ktoś odpalał stary opel, silnik warczał przez dobrą minutę, zanim w końcu złapał. Sąsiad z góry, jak zwykle o tej porze, oglądał wiadomości sportowe na cały regulator.
Marek zadzwonił jeszcze trzy razy tego wieczoru. Nie odebrałam. Za czwartym razem napisał esemesa: *Kasiu, Ola nie ma gdzie mieszkać, jest w ciąży, pomyśl o dziecku.* Odpisałam jedno zdanie: *Pomyślałeś o mnie kiedykolwiek przez te sześć lat?* Więcej nie napisał.



