Dziewczynka z płatków wafla

Jestem pielęgniarką w przychodni na Bemowie, drugie piętro, gabinet szczepień. Dwadzieścia dwa lata pracy, więc dzieci widziałam różne — spokojne, wrzeszczące, takie co gryzą. Ale tę historię pamiętam, bo zaczęła się nie od igły, tylko od pytania, które usłyszałam przez uchylone drzwi poczekalni.

Było styczniowe popołudnie, na dworze minus siedem, kaloryfery w przychodni grzały tak, że szyby zaparowały od środka. W poczekalni siedziała kobieta z dwiema dziewczynkami — jedna z tych rudych loków do ramion, w różowej kurtce, druga chudsza, w za dużym swetrze, z warkoczykiem splecionym trochę krzywo, jakby robił to ktoś, kto nie ma w tym wprawy. Ta w różowej kurtce ciągnęła matkę za rękaw.

— Mamo, a może na urodziny Zosi pójdziemy same? Bez Niny.

— Co ty wygadujesz, Kasiu.

— Bo ona zawsze z nami wszędzie łazi. Nie chcę, żeby szła.

Kobieta — jak się później dowiedziałam, miała na imię Elżbieta — złapała córkę za ramię, może trochę za mocno, bo dziewczynka pisnęła.

— Uspokój się mi tu, bo do domu jedziemy i żadnych urodzin nie będzie.

Kasia zaczęła płakać na cały głos, tupiąc nogą o linoleum. Ta druga, Nina, wstała ze swojego krzesła i podeszła do niej.

— Nie płacz — powiedziała cicho i wyciągnęła z kieszeni swetra opakowanie waflowych płatków, tych do lodów, złamane na pół. — Chcesz?

— Odczep się! Nienawidzę cię!

Elżbieta zerwała się, chwyciła Kasię, przytuliła, a na Ninę nawet nie spojrzała. Ta usiadła z powrotem, wygładziła fałdki na spódniczce, która była o numer za duża, i zaczęła patrzeć w okno, na parking, gdzie akurat ktoś nie mógł wjechać tyłem między dwa auta i próbował chyba już piąty raz.

Zawołałam ich do gabinetu na szczepienie Kasi. I tam, przy stole z wagą, dowiedziałam się reszty — bo Elżbieta, jak wiele matek, gdy dziecko płacze przy igle, zaczyna mówić byle co, żeby je rozproszyć, i tak mi się wygadała.

Nina nie była jej córką. Była córką jej męża, Marka, z pierwszego małżeństwa. Matka dziewczynki, Agata, wyszła ponownie za mąż jakieś pół roku wcześniej za mężczyznę z Wrocławia, który przeprowadził ją tam razem z nowym sklepem meblowym, jaki właśnie otwierali przy ulicy Legnickiej. I ten mężczyzna, powiedziała mi Elżbieta ściszonym głosem, jakby się tego wstydziła, powiedział wprost: albo dziewczynka jedzie do ojca, albo do domu dziecka, bo on nie zamierza wychowywać cudzego dziecka.

— Zadzwoniła do Marka i postawiła sprawę tak, jakby oddawała paczkę — powiedziała Elżbieta, trzymając rączkę Kasi, żeby się nie wyrywała podczas zastrzyku. — Ja się teraz duszę w tym wszystkim. Nina jak cień chodzi, Kasia wścieka się, bo musi się dzielić zabawkami, teściowa mi jeszcze dolewa oliwy do ognia, mówi że po co mi cudze dziecko w domu.

Zapisałam wagę, dałam plaster, a Kasia jeszcze pochlipywała, kiedy wychodziły. Nina szła za nimi krok w krok, z tym swoim złamanym na pół wafelkiem w dłoni, którego nikt nie chciał.

Wracały do mnie potem jeszcze parę razy — na wizyty kontrolne, na kolejne szczepienia sezonowe. I za każdym razem widziałam, jak ta sytuacja się rozjeżdża. Kiedyś usłyszałam, jak starszy syn Elżbiety, Wojtek, mówił do matki w poczekalni, że przenosi się na jakiś czas do ojca, bo ma maturę i nie da rady się uczyć, kiedy w domu ciągle ktoś krzyczy. Innym razem widziałam Ninę samą, przyszła z ciotką — chudą kobietą o zmęczonych oczach, przedstawiła się jako Teresa — bo Elżbieta akurat nie mogła. Nina miała wtedy zapalenie gardła, trzydzieści osiem i dwie, siedziała na fotelu grzecznie, podczas gdy ja mierzyłam jej temperaturę, i zapytała mnie:

— Pani, a jak ktoś nie chce dziecka, to ono musi jechać do domu dziecka?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Powiedziałam, że nie zawsze, że różnie bywa, i dałam jej cukierka z szuflady biurka. Wzięła, podziękowała, ale nie zjadła — schowała do kieszeni, jakby oszczędzała.

Ostatni raz widziałam ich całą trójką — Elżbietę, Ninę i tę ciotkę Teresę — chyba z rok później, jesienią, kiedy Nina przyszła na bilans szkolny. I to wtedy zobaczyłam coś, co zapamiętałam najbardziej.

Teresa, jak się okazało, siostra ojca Niny, w końcu zabrała dziewczynkę do siebie na stałe — nie na "tymczasowo", jak to się zaczęło, tylko naprawdę, z pełnym opiekuństwem prawnym. Miała mieszkanie na Bielanach, własną córkę w wieku Niny, męża, który pracował jako elektryk w spółdzielni. Podczas badania Teresa wyjęła z torebki teczkę z dokumentami — postanowienie sądu rodzinnego o ustanowieniu opieki, zaświadczenie ze szkoły, kartę zdrowia. Podała mi ją spokojnie, żebym mogła przepisać dane, i powiedziała tylko:

— Już nie musimy nikogo pytać o zgodę na szczepienie. Jestem teraz jej opiekunem prawnym.

Zapytałam, żeby coś powiedzieć, czy ojciec się odzywa.

— Dzwoni czasem. Na urodziny, na Boże Narodzenie. Nina rozmawia, ale krótko.

A matka?

— Zadzwoniła raz, w rocznicę, jak Nina zdała pierwszy semestr do dobrej średniej ocen. Nina wysłuchała, powiedziała "dziękuję" i oddała mi telefon. Nie chciała rozmawiać dłużej.

Nina siedziała obok, już nie ta chudzinka z wafelkiem, wyższa, w dresie ze szkolnym logo, i bawiła się rzepem od buta. Nie wyglądała na smutną. Wyglądała po prostu jak dziewczynka, która ma gdzie wracać po lekcjach.

Kiedy wychodziły z gabinetu, zatrzymałam Teresę na chwilę przy drzwiach, pod pretekstem, że muszę dopisać coś do karty.

— To musiało być trudne — powiedziałam. — Wziąć cudze dziecko na stałe.

— Ono nie jest cudze — odpowiedziała i wsunęła teczkę z powrotem do torby. — Jest moje, tylko papierowo dopiero od czterech miesięcy. A tak to od trzech lat.

Zamknęłam za nimi drzwi gabinetu i przez chwilę stałam, patrząc na kalendarz szczepień przypięty do ściany. Za oknem ktoś wołał dziecko po imieniu na parkingu, głośno, dwa razy. Poszłam umyć ręce i zajęłam się następnym pacjentem.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć × dwa =

Dziewczynka z płatków wafla