Lato 1993 roku nad Kreszewem stało ciężkie, jakby niebo oparło się o dachy kamienic przy rynku. Kurz z żwirowiska za stacją kolejową osiadał na liściach topoli, a ludzie chowali się w cieniu, bo termometry pękały powyżej trzydziestu. Na końcu ulicy Nadrzecznej, gdzie kończył się bruk, a zaczynała piaszczysta droga ku lasowi, mieszkała ona — Sonia. Dziewiętnaście lat, czarne warkocze do pasa, oczy, w których odbijało się dno starej rzeki. Romska krew po matce, po babce — cała reszta.
Babka Mirga mówiła, że Sonia nie widzi świata jak inni. Że słyszy trawy, zanim zaczną rosnąć. Sąsiedzi omijali ich dom szerokim łukiem, ale nikt nie odmawiał, gdy Mirga przynosiła ziele na serce, na płuca, na to, co w człowieku cicho gnije. Mówili, że zna słowa, które wyciągają z łóżka i które kładą w grób. Prawda była prostsza: stara Cyganka pamiętała. A pamięć miała długą jak kolejka po cukier w osiemdziesiątym drugim.
Sonia wróciła wtedy nocą. Sierpniowa ulewa przecięła miasteczko na pół, rynsztokami płynęła woda zmieszana z piaskiem. Szła od strony torów, bo skróciła drogę przez nasyp. Czuła zapach mokrej akacji i dymu z cegielni. Za plecami usłyszała śmiech — najpierw jeden, potem drugi. Czterech. Wszyscy w mundurach. Nie policja — strażnicy z zakładu chemicznego, którzy po nocach robili za patrol. Mieli palki i mieli swoje porachunki.
— Sama? — rzucił ten najwyższy, Marek K. Miał w kieszeni zawiniętą w gazetę flaszkę żytniej.
Sonia przyspieszyła. Nie odwróciła się. Powiedziała tylko „nie szukajcie nieszczęścia”, ale wiatr zdmuchnął słowa. Później babka Mirga znalazła ją nad ranem na brzegu żwirowiska, między starymi podkładami kolejowymi. Sukienka podarta, usta sine. Żyła jeszcze, ale nie odezwała się już nigdy. Zmarła trzy godziny później, na stole w kuchni, dokąd babka zaniosła ją na własnych rękach.
Mirga nie krzyczała. Nie płakała przy nikim. Wyjęła z kredensu lniany woreczek, a z niego kość — płytkę mamuta, starszą niż to miasto, starszą niż kościół w rynku. Na płytce wyżarzone cztery znaki: ogień, woda, ziemia, powietrze. Przyłożyła ją do piersi Soni i powiedziała zdanie, którego nikt z żyjących nie zrozumiał. Później wyszła na podwórze, zdjęła suszący się na sznurze fartuch i położyła go na trawie. Świt był różowy, pachniało deszczem.
Marek K. był pierwszy. Dziesięć dni po pogrzebie Soni, w warsztacie u brata, czyścił gaźnik w starym polonezie. Lampa spirytusowa stała na beczce po smole. Ktoś krzyknął z podwórza — podobno „uważaj, idzie stara Cyganka”. Marek szarpnął się, lampa runęła. Ogień chwycił brezent, rozlał się po betonie, wdarł się do kanistra z rozcieńczalnikiem. Wybuch wybił szybę w oknie sąsiada trzy domy dalej. Marka znaleźli pod ścianą — a właściwie to, co z niego zostało po dwudziestu minutach.
Drugi był Tomek P. Lubił wędkować na gliniance za starym młynem. Miał łódkę z blachy, którą sam spawał. Po śmierci Marka zamknął się w domu na cztery spusty, ale matka powiedziała mu, żeby przestał się zachowywać jak baba. Więc pojechał. Łódka przechyliła się na gładkiej wodzie, bez wiatru. Wciągnęło go razem z siecią i butelką zimnego piwa. Nurkowie wyciągnęli ciało po trzech dniach. W ustach miał wodorosty, chociaż glinianka zarastała tylko przy brzegu.
Trzeci był Zbyszek W. Najmłodszy, miał dwadzieścia jeden lat. Po śmierci kolegów rzucił pracę w zakładzie i zatrudnił się przy budowie mostu na obwodnicy. Mówił, że ziemia go nie ruszy. Któregoś ranka stał w wykopie, ktoś z góry podał mu łopatę. Nie zdążył jej chwycić — grunt osunął się z obu stron naraz, jakby czekał. Przygnieciony gliną, z jedną ręką wystającą spod osuwiska. Ciało wydobyto dopiero po pięciu godzinach.
Czwarty, Władek S., zniknął z Kreszewa zaraz po tamtej nocy. Wszyscy myśleli, że uciekł. Babka czekała. Podobno powiedziała do sąsiadki: „On wróci, gdy jabłoń zakwitnie po raz drugi”. Nikt nie rozumiał, o co chodzi. Ale jesień była chłodna, a jabłoń przy drodze do żwirowiska znów wypuściła kwiaty — białe, jakby ktoś posypał ją śniegiem. Tydzień później Władek przyjechał nocą. Wszedł do domu Mirgi bez pukania. Usiadł na ławce przy kuchni, nie zdjął butów.
— Wiem, po co pan przyszedł — powiedziała Mirga.
Władek wyciągnął z kieszeni zawinięty w szmatkę policjant — mundurowy guzik z orzełkiem. Nie ten z zakładu, nie. Przyniósł służbowy guzik z prawdziwego patrolu, bo cała czwórka nie była żadnymi strażnikami. To była miejska milicja obywatelska, która w dziewięćdziesiątym drugim przechodziła w policję, ale w Kreszewie wszystko szło opieszale. Guzik był cynkowy, ciężki.
— Chcę to oddać. I zapłacić. Ile?
Mirga pokręciła głową.
— Pan już zapłacił. Trzydzieści dni na jednego. Tyle dostał każdy.
Władek nie doczekał do grudnia. Znaleziono go w garażu przy ulicy Cegielnianej, z głową opartą o zderzak własnego fiata 125p. Silnik chodził, drzwi od wewnątrz zamknięte na klamkę. W garażu pachniało spalinami i sfermentowanymi jabłkami.
Pogrzeb Władka był czwartym w ciągu czterech miesięcy. Ludzie z Kreszewa przyglądali się, jak stara Mirga stoi na skraju cmentarza pod kasztanem. Nie weszła na teren. W ręce trzymała lniany woreczek — ten sam, z kościstą płytką. Kiedy grabarze skończyli zasypywać dół, podeszła do ogrodzenia, wyjęła z woreczka cztery małe kości — zaledwie odłamki — i położyła je na słupku bramy: jedną skierowaną na żwirowisko, drugą na gliniankę, trzecią na pola, czwartą na drogę do Cegielnianej. Potem wyjęła z kieszeni pudełko zapałek. Nie zapaliła znicza. Podpaliła kartkę z wypisanymi czterema nazwiskami i patrzyła, jak płomień zjada litera po literze. Trwało to może osiemnaście sekund.
Na koniec zdjęła z palca obrączkę — cienką, srebrną, z czarnym kamieniem — i włożyła ją do szczeliny w słupku. Dla nikogo. Dla ziemi. Tak powiedziała woźnemu, który to widział.
— Teraz panie poruczniku, jesteśmy kwita.



