Telefon zadzwonił, akurat gdy Jadwiga zdejmowała z kuchennego parapetu słoik z ogórkami. Mało go nie upuściła. Na wyświetlaczu — Michał. Zerknęła na zegar: wpół do ósmej. Znaczy u nich dopiero ciemno, nie ma śniegu. U niej w Bydgoszczy od rana mży.
— No cześć, mamo.
Znała ten ton. Nie „cześć, mamo, co słychać”, tylko takie przetarte, jakby przez zęby, zawsze zanim powie coś, o co trudno prosić.
— Cześć, synku. Właśnie myślałam o tobie.
Kłamstwo. Myślała o ogórkach, o tym, że w sklepie na Winklera podnieśli cenę octu, i że piecyk w łazience znów gaśnie przy mniejszym płomieniu.
— Mamo, wiesz, jak jest. Praca, dzieci, doba za krótka. Ale zadzwonić czasem trzeba, prawda?
Zadzwonić. Czasem. W ustach Michała „czasem” brzmiało jak coś między przywilejem a obowiązkiem.
— Pewnie, że trzeba — powiedziała, bo czego innego miała się trzymać.
Michał zajął się nagle czymś po swojej stronie: trzasnęły drzwi auta, coś zapiszczało. A potem rzucił niby od niechcenia, że w sumie to chciał zapytać, czy nie dałaby mu tego starego kredensu z korytarza. „Gdybyś go nie używała”. Bo oni urządzają pokój dla chłopców. No i że płyta granitowa z garażu, ta po dziadku, leży przecież i kurzy się od lat.
Jadwiga oparła słoik o parapet. Dłonie miała zimne od zalewy.
— Ten kredens jeszcze twój ojciec wnosił na trzecie piętro bez windy — powiedziała cicho.
— No właśnie! Dlatego szkoda, żeby w wilgoci stał. U nas miałby klimat.
Nie powiedział, gdzie go postawi. Nie powiedział, że przyjedzie w sobotę. Powiedział tylko, że może być na dniach, i żeby znalazła jakieś klucze do strychu.
Po rozmowie Jadwiga usiadła w kuchni, ale nie zapaliła światła. Za oknem latarnia mrugała od wiatru, ile razy zgasła, na szybie wyłaziły z mroku gałęzie lipy. Naciągnęła rękaw swetra i potarła suchy parapet, choć wcale nie był brudny.
Znała tę grę od jedenastu lat, od śmierci ojca. Na początku Michał dzwonił raz w tygodniu. Potem raz w miesiącu. Teraz dzwoni, kiedy czegoś potrzebuje: kluczy, namiaru na hydraulika, przepisu na ciasto, które potem podaje jako swoje. Ostatnio chciał przedłużenia pełnomocnictwa do odbioru paczek na poczcie.
A ona czekała jak zawsze. Bo dorośle dziecko nie musi dzwonić codziennie. Wystarczy, żeby dzwoniło, kiedy naprawdę chce usłyszeć czyjś głos.
W sobotę rano zjawił się Kuba, wnuk, lat szesnaście, chudy jak patyk. Przyjechał z ojcem po kredens i „trochę gratów”. Michał od progu rozpiął kurtkę i gwizdnął na widok mebla.
— I po co ci to, matka? Zajmuje pół korytarza.
Jadwiga zdjęła z wieszaka stary fartuch, złożyła go w kostkę i odwiesiła. Znów.
— Po to, że to mój kredens. I mój korytarz.
Kuba parsknął śmiechem, przybił ojcu piątkę, jakby to było śmieszne. A potem obaj wzięli mebel. W drzwiach Michał jeszcze rzucił, że jakby brała ten kredyt na okna, to lepiej nie, bo ona w tym wieku nie powinna się wiązać z bankiem.
— Ja ci coś podpiszę — powiedział. — Pełnomocnictwo do konta. Żebyś nie dzwoniła za każdym razem, jak czegoś nie ogarniasz w tym swoim telefonie.
Stali tak w progu, trzymali kredens. Ona nie odpowiedziała. Patrzyła, jak Kuba o mało nie zawadził plecakiem o framugę.
A potem poszła do kuchni, otworzyła szafkę nad okapem i sprawdziła, że słoiki z miodem stoją równo. Nie przestawiła żadnego.
Więc nie chodziło o to, żeby dzwonić codziennie. Chodziło o to, żeby zadzwonić wtedy, gdy niczego się nie potrzebuje.
Dzień Wszystkich Świętych. Jadwiga pojechała na cmentarz przy Toruńskiej. Rano kupiła trzy znicze, te z różowego szkła, bo ojciec zawsze twierdził, że różowe palą się najdłużej. Autobus podjechał prawie pusty, przy drzwiach siedziała sąsiadka z przeciwka, pani Halina, z wielką torbą i chryzantemą w doniczce.
— A Michał? — zapytała Halina, jak to Halina.
— Przyjedzie później — skłamała Jadwiga, chociaż nikt się nie zapowiadał.
Na cmentarzu grał motet, w alejce przed sektorem trzecim ktoś zgubił szalik. Leżał taki czerwony na ziemi, przemóknięty, i nikt go nie podnosił. Jadwiga postawiła znicz za zniczem, przesunęła jeden o centymetr, bo jej się wydało, że za blisko nagrobka sąsiada. Modliła się krótko. Nie za duszę, bo to by było łatwe. Tylko po to, żeby ręce miały zajęcie.
Kiedy wróciła, w skrzynce znalazła awizo. Polecony, nadało „Michał Kaczmarek”. Drżącymi palcami, nie zdejmując kurtki, przejechała po krawędzi koperty. W środku kartka a4 i mała kartka z banku na czarno-białej drukarce. Nie było listu. Było krótko: „Mamo, podpisz na ostatniej stronie, jutro odbiorę. To tylko kwestia formalności.”
Ostatnia strona to było pełnomocnictwo do rachunku oszczędnościowego. Tego, na którym leżało dwadzieścia siedem tysięcy czterysta złotych. Wszystko, co zostało po ojcu. Wszystko, co chciała jeszcze odłożyć na ubezpieczenie, na aptekę, na zwykłe „gdyby coś”. Bez kwoty, bez limitu, bez terminu. Pełnomocnictwo ogólne.
Jadwiga stała w przedpokoju i patrzyła na te kartki. Potem poszła do kuchni, wyjęła z szuflady nożyczki, położyła papier na desce. Miała przeciąć wzdłuż. Nożyczki otworzyła, przyłożyła do krawędzi. I nie przecięła. Zamiast tego schowała kartki do pudełka po butach, pod świąteczne obrusy.
O dziewiątej wieczorem przyszedł esemes od synowej: „Czy Magda może u Pani przenocować we wtorek? Mamy z Michałem wyjazd”. Nawet nie od niego, tylko od żony. Jakby Michał miał problem z własnym głosem.
Odpisała: „Dobrze”.
Prawie dopisała: „A ty jak się czujesz, synku?”. Prawie. Wykasowała po jednym słowie.
We wtorek Magda zjawiła się z walizką na kółkach, miała przy sobie słuchawki i własny kabel do ładowania. Jadwiga zrobiła kakao, takie z kożuchem, i usiadła obok przy stole.
— Jak tam u was w domu? — zapytała.
— Okej. Tato ciągle mówi, że powinien panią zabrać do mieszkania w Gdańsku, bo pani tu sama.
— Mówi tak?
— No. Mówi, że tam znajdzie dla pani jakiś pokój. A to mieszkanie by wynajął.
Jadwiga postawiła kubek na serwetce. Ręce jej się zatrzymały nad stołem, zaraz potem skubała frędzle obrusu. Oto cały plan. Nie dom opieki, nie skrzydło u siebie. Wynająć. Ją i mieszkanie. Osobno.
— Powiedz mu, że znajdzie numer do mojej prawniczki. Jadwiga Wojtyło z kancelarii przy Dworcowej. Niech zapyta, czy pełnomocnictwo nadal obowiązuje.
Wnuczka zdjęła jedną słuchawkę z ucha.
— Pani ma prawniczkę?
— Od dzisiaj. Zadzwoniłam rano. Rozmawiałyśmy pół godziny.
Nadszedł czwartek. Mżyło, lampa na korytarzu paliła się półgębkiem, po parkiecie niosło zapach wilgoci. Jadwiga spakowała do teczki: dowód osobisty, wypis z banku, ksero aktu zgonu ojca i to pudełko ze świątecznymi obrusami, a w nim kartki od Michała. Poszła na Dworcową, weszła po skrzypiących schodach do małego pokoju, gdzie kawa stygnie w szklance, a na parapecie rośnie zasuszony fikus jak z czasów PRL.
Prawniczka Jadwiga Wojtyło, kobieta po pięćdziesiątce, z tuszem na rzęsach i krzyżem pod bluzką, czytała pełnomocnictwo, a potem długo nic nie mówiła.
— I syn to pani przysłał?
— Syn.
— Na co mu to?
— Na rachunek. I na mieszkanie. I na to, żeby nie dzwonić do mnie po klucze, tylko przyjść i wziąć.
Kobieta zdjęła okulary, położyła je grzbietem do góry na aktach.
— Podpisze pani wniosek o odwołanie? Proszę tu. I tu. Ja zaniosę do banku jeszcze dziś. A to? — puknęła palcem w pudełko.
Jadwiga otworzyła wieczko. Wyjęła granatowy świąteczny obrus, potem kremowy, potem na spodzie te kartki. Złożyła je na pół, wsunęła do koperty.
— Proszę podrzeć przy mnie — powiedziała.
I patrzyła, jak prawniczka Drze papier na osiem kawałków.
Wracając, wstąpiła do warzywnego na rogu. Wzięła kilo jabłek, bo miały te rumieńce z boku. Sprzedawczyni zapytała, czy czegoś jeszcze. Jadwiga popatrzyła na skrzynkę z natką i powiedziała:
— Niczego. Właściwie to chyba niczego nie potrzebuję.
Wieczorem telefon zadzwonił o wpół do dziewiątej. Wyświetliło się „Michał”. Jadwiga kończyła myć kubek po kakao z kożuchem, woda leciała gorąca, aż po brzegach robiła się para. Telefon leżał na stole, wibrował raz za razem, podpełzał do krawędzi.
Nie wytarła rąk. Wzięła ten telefon i położyła go w szufladzie obok ładowarki. Zamknęła szufladę. Dzwonek po chwili przeszedł w ciszę, a potem rozległ się sygnał wiadomości.
Jadwiga podeszła do okna. Na zewnątrz latarnia zgasła, nikt do niej nie wychodził. W kuchni pachniało octem i jabłkami. Pomyślała, że jutro zrobi z nich szarlotkę. Do swojego kredensu, do swojego mieszkania, na swoim parapecie.
Rano nie oddzwoniła. W południe Michał stał pod blokiem z wypchaną torbą i z kartonem soku pomarańczowego. Patrzył w okna jej mieszkania na trzecim piętrze, podnosił rękę do domofonu i opuszczał. Trzeci raz przyłożył palec do przycisku. Nie nacisnął.
Jadwiga widziała go zza firanki. Nie otworzyła. Nie zeszła. Tylko obróciła w rękach klucz od mieszkania — ten sam, którym ojciec kiedyś otwierał drzwi, gdy wracał z nocnej zmiany. Klucz był ciepły od jej dłoni. Położyła go pod firanką, na samym brzegu.
A potem poszła do kuchni i obrała pierwsze jabłko. Skórka zeszła w jednym długim pasku, nie przerwała się ani razu.



