W Łodzi, w starej kamienicy przy Piotrkowskiej 112, mieszkała Janina Wiśniewska. Siedemdziesiąt dziewięć lat, czwarte piętro bez windy, kuchnia pachnąca kawą zbożową i pastą do podłogi. Od jedenastu lat wdowa. W szufladzie kredensu trzymała plik dokumentów przewiązany gumką recepturką.
Dzieci dzwoniły raz w miesiącu. Syn Jacek — w trasie, bo jeździł tirem po Europie. Córka Renata — wiecznie zapracowana, bo otworzyła salon kosmetyczny na Bałutach i nie miała czasu nawet zjeść obiadu. Wnuki wysyłały kartki na święta.
Za to cioteczna siostra Halina, mieszkająca w Koninie, dzwoniła co niedzielę o osiemnastej, punktualnie jak zegarek. Kiedy umarł mąż Janiny, to Halina przyjechała pierwsza, jeszcze przed pogrzebem, i została na dwa tygodnie — myła okna, gotowała, spała na rozkładanym fotelu w salonie, żeby Janina nie została sama w mieszkaniu pełnym cudzych kwiatów od kondolencji. Dzieci przyjechały na sam pogrzeb i wróciły następnego dnia, bo "praca nie czeka".
Aż pewnego dnia Janina powiedziała sąsiadce z naprzeciwka, pani Zofii, że wystawia kamienicę na sprzedaż.
— Pani Zofio — powiedziała, wycierając parapet szmatą. — Jak zobaczą ogłoszenie na Otodom, to się odezwą. Zna pani moje dzieci. One mają czas tylko na to, co ma cenę.
Pani Zofia zdjęła z kaloryfera suchą ścierkę i złożyła ją w kostkę.
— Pani Janino, może pani przeczeka. Zimą zawsze gorzej z nerwami.
— Zimą? — Janina zaśmiała się. — U nas w lutym to już wiosna. Niech pani patrzy.
Za oknem, po drugiej stronie podwórza, wiało od bramy. Tiry Jacka stały gdzieś na granicy niemieckiej, a Renata właśnie doczepiała rzęsy klientce, która płaciła sto sześćdziesiąt złotych za godzinę.
Dwa dni później Janina zadzwoniła do syna.
— Wystawiam dom. Czterysta osiemdziesiąt tysięcy. Podzielę po połowie.
Jacek rozłączył się po czterech minutach, bo wjeżdżał do Magdeburga.
Renata nie zadzwoniła wcale.
Za to w sobotę rano pod kamienicą stanęli oboje. Przyjechali razem, jednym samochodem. Janina zobaczyła ich z okna: syn niósł torbę z biedronki, córka trzymała telefon przy uchu i szarpała za klamkę. Serce jej zmiękło. Zeszła otworzyć.
— Mamo, co to za pomysł z tą sprzedażą? — Renata zdjęła rękawiczki. — Myślałam, że to żart.
— To nie żart — powiedziała Janina. — Wstawiłam ogłoszenie.
Jacek postawił torbę na stole. W środku były dwa jogurty i bułka.
— Mamo, nie możesz. To nasz dom. Twojego ojca i twój. My tu się wychowaliśmy.
— Wiem. Dlatego chcę wam dać pieniądze. Za życia.
Renata i Jacek wymienili spojrzenie. Później córka powiedziała:
— Pieniądze to nie wszystko, mamo. Dom to pamiątka. Powinnaś go zostawić w rodzinie.
— Chcecie, żebym przepisała? — Janina usiadła przy stole.
— No… nie chodzi o to, żeby zaraz przepisywać — Jacek otworzył lodówkę. — Ale tak, bezpieczniej by było, gdybyś to już ustaliła. U notariusza. Zanim coś się stanie i zrobi się sprawa spadkowa na lata.
— Bezpieczniej dla kogo? — zapytała Janina cicho.
— Dla wszystkich — wtrąciła Renata szybko. — Żeby potem nie było kłótni.
Janina popatrzyła na syna. Miał czterdzieści osiem lat i taki sam spadek po ojcu nad lewym okiem. Kiedyś, dawno temu, przychodził w niedzielę i pomagał wieszać suszarkę na balkonie.
— To wpadnijcie w środę po pracy — powiedziała. — Mam akty i wypis z hipoteki. Zobaczymy, co notariusz powie.
I wtedy usłyszała to, czego nie chciała usłyszeć.
— W środę? — Renata spojrzała w telefon. — W środę mam klientki do dwudziestej.
— A ja wracam dopiero z Gdyni — dodał Jacek.
— To może pani Halina by wpadła zamiast nas, skoro tak jej zależy na tym domu — rzuciła Renata, wkładając rękawiczki z powrotem.
Janina zamarła z ręką na oparciu krzesła. Nikt przecież nie wspominał o Halinie. To ona sama, w myślach, od tygodnia porównywała: niedzielne telefony o osiemnastej i dwa jogurty na stole; dwa tygodnie mycia okien i jedną torbę z biedronki. Usłyszała imię siostry z ust córki jak potwierdzenie czegoś, co już się w niej zawiązało, tylko nie miała jeszcze odwagi tego nazwać.
Podeszła do okna. Na parapecie znowu zebrał się kurz. Wzięła małą figurkę ceramicznego słonia i wytarła go rękawem, powoli, jakby to była jedyna rzecz w mieszkaniu, którą dało się jeszcze uporządkować.
— W takim razie nie ma o czym rozmawiać — powiedziała.
Dzieci wyszły po godzinie. Torbę z biedronki zostawili. W środku leżał paragon: dwa jogurty, bułka, paczka chusteczek.
Wieczorem Janina zdjęła ogłoszenie.
Zamiast tego umówiła notariusza na poniedziałek. Sama. Na dziewiątą rano. Wzięła z kredensu plik dokumentów, sprawdziła, czy w środku jest akt notarialny z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego roku, i włożyła wszystko do reklamówki z czerwoną różą.
W poniedziałek przed notariuszem stała przy oknie kancelarii. Za szybą, po drugiej stronie ulicy, tramwaj linii 15 skręcał w Przybyszewskiego.
— Więc, pani Wiśniewska, co z tym domem? — zapytał notariusz, młody mężczyzna w okularach, które stale zsuwały mu się z nosa.
— Dom daję mojej siostrze ciotecznej — powiedziała Janina. — Halinie Jastrzębskiej, zamieszkałej w Koninie.
Notariusz uniósł brwi.
— A dzieci?
— Dzieci mają swoje życie. Nie chcę im go komplikować.
— To forma darowizny — uściślił notariusz. — Z prawem dożywocia dla pani, oczywiście.
— Oczywiście.
Kiedy podpisywała akt, zauważyła, że zielony długopis, który jej dali, miał przegryzioną skuwkę. Sama poczuła, że ściska go za mocno, jakby się bała, że ręka jej zadrży na podpisie. Odłożyła długopis i przez chwilę patrzyła na własne imię i nazwisko wypisane pod spodem, dopiero potem odetchnęła.
Po południu tego samego dnia zadzwonił Jacek.
— Mamo, jestem pod domem. Przyjechałem wcześniej z Gdyni. Mogę wejść?
— Wejdź.
Przyszedł sam, z paczką kawy i kwiatem w doniczce. Kładąc to na szafce, zerknął na stół, gdzie leżała pusta reklamówka z czerwoną różą.
— Byłaś gdzieś?
— U notariusza — powiedziała Janina. — Załatwiłam sprawę.
— Jaką sprawę?
— Przepisałam dom. Na ciocię Halinę.
Syn zamarł przy lodówce.
— Jak to na ciocię? — zapytał.
— Tak, jak słyszysz. Akt już podpisany. Ja mam dożywocie, ona ma własność.
— Mamo, ty chyba żartujesz!
— Nie żartuję. Od jedenastu lat nie żartuję, Jacek.
W drzwiach stanęła Renata. Widać było, że słyszała wszystko. Nie zdjęła kurtki.
— To jakaś bzdura — powiedziała. — Przepiszesz to z powrotem. To nasze! Nie możesz ot tak oddać obcej osobie!
— Ciocia Halina to nie obca osoba — Janina wstała. — Przyjechała na dwa tygodnie, kiedy umarł wasz ojciec. Myła te okna. Spała na fotelu. A wy? Przyjechaliście na pogrzeb i wróciliście nazajutrz, bo praca nie czeka. Wnuki przysłały kartkę na Boże Narodzenie. Z gotowym nadrukiem. Nawet się nie podpisały własnoręcznie.
— Mamo, to chore — Jacek trzasnął dłonią o blat. — My pracujemy! My mamy swoje życia!
— To je miejcie. Ja wam nie przeszkadzam.
— Zadzwonię do prawnika — Renata chwyciła za telefon. — Zobaczymy, czy to w ogóle legalne.
— Zadzwoń. Numer masz na ich stronie. Tylko zapłać za konsultację. Trzysta złotych.
Zapadła cisza, gęsta i ostateczna, w której nie było już nic do powiedzenia.
Jacek stał przy lodówce z miną człowieka, któremu zgaszono światło. Renata pocierała kluczyk samochodowy palcami. Janina podeszła do okna i zaczęła podlewać starego skrzydłokwiatu, który stał na parapecie od dnia pogrzebu męża.
— Zrobicie, co uważacie — odezwała się spokojnie. — Prawnik mnie nie przestraszy. Akt jest ważny.
— Nigdy się z tobą nie pojednamy — powiedziała Renata. — Pamiętaj.
— Pamiętam — odparła Janina, stawiając konewkę. — Ja od jedenastu lat pamiętam.
Więc zeszli. Z dołu słyszała ich głosy na klatce. Potem trzaśnięcie drzwi samochodu. Silnik zgasł przy pierwszym zakręcie, a może to był tramwaj.
Następnego dnia rano Janina zeszła do sklepu. Wróciła z siatką. Po drodze spotkała panią Zofię, która wychodziła z apteki.
— Sprzedała pani?
— Nie. Przepisałam. Na Halinę.
Pani Zofia poprawiła pasek torebki.
— A dzieci?
Janina wyjęła z siatki bułkę i oderwała kawałek dla gołębia, który stał przy krawężniku.
— Dzieci? — powiedziała. — Dopiero się dowiedziały.
Poszła w stronę swojej bramy. Gołąb szedł za nią trzy kroki. Po czwartym odleciał.



