„Poszukuję towarzyszki życia, która potrafi wyczyścić rybę, wykopać robaki na przynętę i ma własną łódź motorową. Zdjęcie łodzi obowiązkowe."
Halina Wrzosek przeczytała to ogłoszenie trzy razy, zanim zdała sobie sprawę, że śmieje się na głos w pustym biurze rachunkowym przy ulicy Sienkiewicza w Ostrołęce. Za oknem październik robił swoje — liście klonu oblepiły chodnik, a z warzywniaka na dole unosił się zapach kiszonej kapusty, bo pani Grażyna znowu przewietrzała beczki na zapleczu.
Ogłoszenie zamieścił jej były mąż. Zenon Wrzosek, sześćdziesiąt jeden lat, emerytowany mechanik, człowiek, który przez dwadzieścia osiem lat małżeństwa nie umiał samodzielnie ugotować rosołu, ale nagle postanowił, że jego przyszła partnerka musi być ekspertką od wędkarstwa.
Halina wiedziała, skąd to się wzięło. Warsztat.
Kiedy się rozwodzili dwa lata temu, cały spór toczył się właśnie o warsztat samochodowy przy Podgórnej — dwustumetrowy budynek z kanałem i podnośnikiem, który Zenon prowadził od 1997 roku. Formalnie firma była zarejestrowana na niego, ale to Halina przez piętnaście lat prowadziła księgowość, płaciła ZUS, jeździła do urzędu skarbowego i użerała się z dostawcami części. Sąd przyznał jej połowę udziałów jako majątku wspólnego. Zenon się wściekł. Powiedział wtedy, przy adwokatach, że prędzej odda warsztat obcemu człowiekowi, niż będzie dzielił go z nią „po kawałku".
I odechciało mu się dzielenia całkiem dosłownie. Trzy miesiące temu przepisał swoją połowę na siostrzeńca, Kubę, dwudziestopięcioletniego chłopaka spod Różana, który nigdy w życiu nie trzymał w ręku klucza nastawnego, za to miał prawo jazdy kategorii B i telefon zawsze w ręku. Halina dowiedziała się o tym od notariusza, gdy przyszła załatwić coś zupełnie innego — sprawę spadku po swojej matce.
— To niemożliwe — powiedziała wtedy urzędniczce, trzymając w dłoniach wydruk z Krajowego Rejestru Sądowego. — On mnie nawet nie poinformował.
— Nie musiał. To był jego udział.
Halina wyszła z kancelarii i usiadła na ławce przy Placu Bema, tam gdzie starsi mężczyźni grają w szachy niezależnie od pogody. Patrzyła, jak gołębie dziobią resztki bułki koło fontanny, i liczyła w głowie. Warsztat wart był dziś około sześciuset tysięcy złotych. Jej połowa — trzysta. Zenon oddał swoją część chłopakowi, który nawet nie umiał odróżnić klucza dziesiątki od trzynastki, byle tylko ona nie miała nic wspólnego z tym miejscem, w które włożyła piętnaście lat życia.
To wtedy postanowiła, że przestanie czekać, aż on się opamięta.
Zadzwoniła do swojej siostrzenicy, Moniki, która pracowała jako radca prawny w kancelarii przy Alei Solidarności.
— Chcę sprzedać swoje udziały — powiedziała bez wstępu. — Ale nie jemu. I nie temu Kubie.
— Komu w takim razie?
— Znajdź kupca. Kogoś, kto naprawdę zna się na warsztatach.
Monika znalazła. Nazywał się Ryszard Paczkowski, prowadził od dwudziestu lat sieć trzech serwisów samochodowych w Ostrołęce i okolicach, i od dawna szukał lokalizacji przy Podgórnej, bo to była ruchliwa ulica blisko obwodnicy. Zaproponował trzysta dwadzieścia tysięcy za udział Haliny — więcej, niż się spodziewała.
Podpisali akt notarialny w listopadzie, w tej samej kancelarii, gdzie dwa lata wcześniej Halina dowiedziała się o zdradzie w sprawie warsztatu. Notariusz, pan Adamczak, pamiętał ją.
— Tym razem pani się uśmiecha — zauważył, podając jej długopis.
— Tym razem to ja decyduję — odpowiedziała.
Zenon dowiedział się o transakcji dopiero, gdy Ryszard Paczkowski przyjechał na Podgórną swoim srebrnym transporterem, żeby obejrzeć nieruchomość i porozmawiać z Kubą o warunkach dalszej współpracy — a właściwie o tym, że współpracy nie będzie, bo nowy większościowy udziałowiec ma inne plany wobec lokalu.
Zenon przyleciał do warsztatu tego samego wieczoru, cały w tłuszczu po robocie, z kluczem nastawnym jeszcze w kieszeni kombinezonu.
— Co to ma znaczyć?! — krzyczał na podwórku, między dwoma autami na wymianę oleju. — Sprzedałaś moją firmę jakiemuś obcemu?!
— Sprzedałam swoją część. Twoją oddałeś Kubie, pamiętasz?
— To był mój warsztat! Ja go budowałem od zera!
— A ja go trzymałem na powierzchni przez piętnaście lat papierologii, którą ty gardziłeś. — Halina nie podniosła głosu. Otworzyła torebkę, wyjęła kopię aktu notarialnego i podała mu, tak jak kiedyś podawała faktury do podpisu. — Możesz to przeczytać. Pan Paczkowski chce rozmawiać z tobą osobiście, jutro o dziesiątej. Zaproponuje ci wykup twojej połowy albo pracę na etacie jako główny mechanik. Twoja decyzja.
Kuba stał z boku, wpatrzony w telefon, jakby czekał, że ktoś za niego wszystko rozwiąże. Nie odezwał się ani słowem.
Zenon patrzył na dokument, potem na byłą żonę, potem znowu na dokument. Ręce mu drżały, ale nie od gniewu już — od tego, że wreszcie zrozumiał, że straty nie da się cofnąć żadnym krzykiem.
— A ogłoszenie? — zapytał w końcu, głupio, jakby to było jedyne pytanie, na które starczyło mu sił.
— Skasuj je — powiedziała Halina, zapinając torebkę. — Albo zostaw. To już nie moja sprawa, komu wykopiesz robaki.
Odwróciła się i poszła do samochodu zaparkowanego przy krawężniku. Za sobą usłyszała jeszcze, jak Kuba szepcze coś do Zenona o tym, że może faktycznie lepiej było zapytać ją wcześniej. Nie obejrzała się.
Trzysta dwadzieścia tysięcy złotych wpłynęło na jej konto trzy dni później. Pierwszą rzeczą, którą Halina zrobiła, było umówienie się z Moniką na kawę w cukierni przy Rynku — tej samej, gdzie dawniej Zenon zawsze zamawiał za nią, bo „lepiej wiedział, co jej smakuje". Tym razem zamówiła sobie sernik z żurawiną sama, bez pytania nikogo o zdanie, i zjadła go do ostatniego okruszka, patrząc przez okno na ludzi spieszących do pracy w zwykły, październikowy wtorek.



