Barbara Kowalczyk pracuje na stacji PKP w Ostrówku Podlaskim od dwudziestu sześciu lat i mówi, że jesień znosi najgorzej. Nie z powodu przeziębień czy słoty. Po prostu wtedy peron pustoszeje najbardziej — dwa pociągi regionalne dziennie, coraz mniej ludzi wysiada, coraz więcej wyjeżdża do Warszawy, do Wrocławia, do lepszego życia. A ona zostaje, w budce zawiadowcy, z termosem herbaty i rozkładem jazdy sprzed dwóch lat, którego już nikt nie zdejmował z tablicy.
Tego psa zobaczyła pierwszy raz w połowie października.
Duży, jasny labrador siedział przy krawędzi peronu — nie na przyczajeniu, nie żebrząc, tylko dokładnie na środku, plecami do budynku dworca, wpatrzony w tory. Tam, gdzie szyny znikały za zakrętem w mgle. Jakby lada chwila miał zza tego zakrętu wyjechać skład, a z niego ktoś wysiąść.
— Ładny piesek — powiedziała Barbara na głos, choć nikogo obok nie było. Pies odwrócił łeb, spojrzał na nią, jakby sprawdzał, czy warto odpowiadać, i wrócił do wpatrywania się w tory.
Do budki dworcowej zajrzał Roman Sobczyk, sprzedawca z pobliskiego kiosku Ruchu, gdzie kupowała gazetę i papierosy dla męża.
— To pies Zenka Wilka — powiedział, zdejmując czapkę i strzepując z niej deszcz. — Znaczy, był jego. Zenek trzy tygodnie temu pojechał do Niemiec, do pracy na budowie. Brat go namówił, podobno płacą nieźle, jakieś dwa i pół tysiąca euro miesięcznie. Psa nie miał komu zostawić — przywiózł na stację, kazał siedzieć, wsiadł do pociągu do Warszawy, a stamtąd chyba autokarem dalej. I tyle.
— I nie wrócił?
— Nawet nie zadzwonił. Ludzie różni bywają, pani Basiu. Może zapomniał. Może w tym Dortmundzie inne życie sobie ułożył.
Pies siedział tak dzień w dzień. Barbara zaczęła wynosić mu resztki — kawałek kiełbasy z kanapki, czasem konserwę, którą kupowała specjalnie w sklepie spożywczym obok apteki. Labrador jadł dopiero wieczorem, gdy ostatni pociąg odjechał i stawało się jasne, że dzisiaj też nikt nie wysiądzie.
Nazwał go ktoś Bursztyn — od koloru sierści.
Pies rzeczywiście przez sześć lat nie odstępował Zenona na krok. Zenon znalazł go szczeniakiem w rowie melioracyjnym pod wsią, przemarzniętego, ledwo żywego, i wyniósł stamtąd za pazuchą kurtki. Żona odeszła od Zenona jeszcze wcześniej, nie zniosła zapyziałej wsi i pracy dorywczej, a pies został jedynym stałym punktem w jego dniu — budził go rano, czekał przy furtce wieczorem, leżał w bruździe, gdy Zenon kopał ziemniaki.
I wtedy, na peronie, Zenon po raz pierwszy w życiu powiedział mu "zostań" — i nie wrócił.
Kierowniczka rejonu PKP, pani Halina Zbroja, przyjechała na kontrolę w listopadzie, w płaszczu, którego rąbek nie dotykał mokrego asfaltu.
— Pani Kowalczyk, co to za bezpański pies się tu panoszy? To jest dworzec kolejowy, nie schronisko.
— On czeka na właściciela, pani kierownik.
— Właściciel raczej nie wróci. Do piątku żeby go tu nie było, inaczej dzwonię do straży miejskiej po odłów. I proszę przestać go dokarmiać.
Zbroja odeszła do służbowego auta, stukając obcasami, a Bursztyn odprowadził ją wzrokiem pustym jak peron o północy.
***
W tę sobotę z pociągu z Białegostoku wysiadła kobieta z jedną walizką.
Miała trzydzieści cztery lata, nazywała się Agnieszka Wróbel i wracała do rodzinnej wsi po jedenastu latach w mieście. Wracała z niczym — agencja reklamowa, w której pracowała, zbankrutowała latem, partner, z którym była siedem lat, wyprowadził się do innej kobiety, a mieszkanie na Białołęce, które wynajmowali razem, trzeba było oddać do końca miesiąca. Ostatnią noc spędziła u koleżanki, na dmuchanym materacu, słuchając przez ścianę, jak sąsiedzi kłócą się o pilota od telewizora.
Usiadła na mokrej ławce, postawiła walizkę między nogami i zakryła twarz dłońmi.
Coś ciężkiego i ciepłego oparło się o jej kolana.
Otworzyła oczy. Przed nią stał pies, wielki, jasny, i patrzył od dołu, jakby chciał coś sprawdzić. Trącił nosem jej dłoń.
— Skąd ty się tu wziąłeś? — Agnieszka pogłaskała mokrą sierść. Barbara podeszła bliżej, otulona służbowym płaszczem.
— Niczyj teraz, można powiedzieć. Pan jego wyjechał do Niemiec i słuch po nim zaginął. Pies czeka. Drugi miesiąc już.
— Drugi miesiąc… — Agnieszka przesunęła dłonią po mokrym łbie psa. — Ja też czekałam. Całe życie czekałam, że ktoś przyjedzie i powie, że jestem komuś potrzebna. Nikt nie przyjechał.
Bursztyn położył się przy jej nogach, oparł pysk na czubku buta.
— Pani kierownik grozi odłowem do piątku — powiedziała Barbara cicho. — Nie wiem, co z nim zrobić.
Agnieszka spojrzała na psa. Ten uniósł łeb — z jakąś ostatnią, desperacką nadzieją, jak patrzy się, gdy nie ma już na kogo liczyć.
— A pójdzie ze mną?
— Niech pani zawoła.
— Bursztyn — powiedziała niepewnie. — Chodź do domu?
Pies zerwał się. Machnął ogonem — pierwszy raz od tygodni. I zrobił krok w jej stronę.
***
Minęły trzy lata.
Barbara Kowalczyk nadal pracuje na stacji w Ostrówku, nadal wita dwa pociągi dziennie, a rozkład jazdy w końcu ktoś zmienił na aktualny. Jesień lubi trochę bardziej niż kiedyś.
Tego ranka z regionalnego wysiadła kobieta z wózkiem, a obok, przy samej jej nodze, kroczył dostojnie duży jasny pies.
— Pani Barbaro! — zawołała Agnieszka jeszcze z daleka. — Przyjechaliśmy w odwiedziny. I pokazać nowego pasażera.
Podeszła bliżej z wózkiem. Pod budą sapało rumiane niemowlę.
— Śpi?
— Ledwo we dwoje z Bursztynem uśpiliśmy — zaśmiała się Agnieszka. — On teraz niańka. Krok od wózka nie odstąpi.
Barbara przykucnęła, podrapała psa za uchem.
— No i doczekałeś się w końcu, piękny? — spytała cicho.
Bursztyn spojrzał na nią mądrymi oczami, szczeknął raz, cicho. Potem odwrócił się w stronę Agnieszki, wózka, całego swojego nowego życia — i zaczął walić ogonem o peron.
Doczekał się. Nie tego, na kogo patrzył wtedy, wpatrzony w szare tory. Może właśnie tych, na których miał czekać.



