Nazywam się Wiktor Zieliński, mam trzydzieści sześć lat i pracuję jako ratownik medyczny na SOR-ze w szpitalu przy ulicy Grunwaldzkiej w Bydgoszczy. Tamtego wtorku, dwudziestego pierwszego lipca, deszcz lał od samego rana, a w poczekalni śmierdziało mokrymi kurtkami i kawą z automatu, tą za dwa złote pięćdziesiąt, która smakuje jak spalona guma.
O szóstej trzydzieści karetka przywiozła kobietę po siedemdziesiątce. Sąsiad znalazł ją na klatce schodowej, kiedy wynosił śmieci przed pracą. Nazywała się Barbara Kowalczyk.
Kiedy otworzyłem jej kartę w systemie, zobaczyłem, że recepty na leki na nadciśnienie i cukrzycę nie były realizowane od czterech miesięcy. Trzy nieodbyte wizyty u kardiologa. Dwie u diabetologa. W dokumentach adnotacja pielęgniarki środowiskowej: „pacjentka mieszka sama, kontakt z rodziną utrudniony".
Zadzwoniliśmy do córki, bo numer był w kartotece. Odebrała, powiedziała, że jest w pracy, że nie może tak po prostu rzucić wszystkiego. Przyjechała dopiero po dziewiątej.
Miała na sobie kostium służbowy, jakby wyszła prosto z zebrania, i telefon, który wibrował jej w torebce co parę minut. Nazywała się Monika. Kiedy zapytałem, jakie leki przyjmowała jej matka na stałe, wzruszyła ramionami.
— Nie wiem dokładnie. Coś na serce chyba.
— A na cukrzycę?
— Jaką cukrzycę?
Nie wiedziała nawet, że matka od trzech lat miała cukrzycę typu drugiego. Powiedziała, że ostatni raz widziała ją w Boże Narodzenie, wpadła na godzinę, bo mąż czekał w samochodzie.
Stan pani Barbary pogarszał się z minuty na minutę. Ciśnienie spadało, saturacja leciała w dół jak kamień. Doktor Adamska zdecydowała o podłączeniu respiratora około jedenastej. Powiedziałem Monice, że robimy wszystko, co się da. Odwróciła się w stronę okna, gdzie stał uschnięty fikus w donicy — ktoś go tam trzymał od lat, nikt nie podlewał, ale nikt też nie wyrzucał — i zaczęła obłamywać z niego suche liście, jeden po drugim, wkładając je do kieszeni żakietu, jakby chciała mieć w rękach cokolwiek, co da się jeszcze uratować.
Po jedenastej trzydziestej przyjechał brat, Tomasz. Mieszkał w Solcu Kujawskim, może dwadzieścia kilometrów stąd. Wpadł do sali jak burza, w kurtce przemoczonej na wylot, i zaczął krzyczeć na doktor Adamską, że nic nie robimy, że to skandal, że zaraz zadzwoni do dyrekcji.
Doktor Adamska nie podniosła głosu. Powiedziała tylko, że matka jest leczona zgodnie z protokołem, że stan jest bardzo ciężki, i że krzyk niczego nie zmieni. Tomasz usiadł na plastikowym krześle i już nie wstał.
Co pół godziny ktoś z rodziny podchodził do dyżurki. Żądali rezonansu, konsultacji profesora, jakiegoś leku, o którym przeczytali w internecie. W pewnym momencie Monika zapytała, czy da się przewieźć matkę do prywatnej kliniki w Warszawie, bo tam podobno mają lepszy sprzęt. Wyjaśniłem, że w tym stanie transport oznacza śmierć w karetce.
Około trzynastej doktor Adamska poprosiła rodzinę do gabinetu i powiedziała wprost:
— Organizm nie reaguje na leczenie. Rokowania są bardzo złe.
Monika złapała ją za rękaw fartucha.
— Proszę ją utrzymać. Siostra leci z Dublina, będzie jutro rano. Nie widziała mamy dziewięć lat.
Doktor Adamska odpowiedziała, że nie może tego obiecać, bo to nie zależy od niej.
O czternastej piętnaście monitor zapiszczał płasko. Reanimacja trwała dwadzieścia dwie minuty. Nie udało się.
Kiedy doktor Adamska wyszła z tą wiadomością na korytarz, Tomasz zerwał się z krzesła i krzyknął jej prosto w twarz:
— To wasza wina. Zabiliście naszą matkę!
Monika zaczęła płakać, głośno, tak że pielęgniarka z sąsiedniego stanowiska wystawiła głowę zza drzwi. Wyjęła z kieszeni żakietu zgniecione liście fikusa i trzymała je w zaciśniętej pięści, jakby to było coś, czego nie wolno jej upuścić.
Stałem przy wózku z narzędziami i widziałem, jak młoda stażystka, która była na tym dyżurze pierwszy tydzień, zbladła i wyszła do dyżurki, żeby się rozpłakać w spokoju.
Ja już to widziałem wcześniej. Wiedziałem, że te słowa nie były do nas.
To nie była złość na lekarzy. To było poczucie winy, które musiało na kogoś spaść, bo inaczej by ich rozerwało od środka. Wina za nieodebrane telefony. Za wizyty, które można było umówić, a nie umówiono. Za Wigilię, na którą wpadli na godzinę, bo mąż czekał w aucie z silnikiem na chodzie.
Nie mogę nosić tego za nich. Każdy ma dość swojego.
Skończyłem dyżur o osiemnastej. Zanim wyszedłem, zajrzałem jeszcze do sali, w której stał już pusty łóżko, świeżo pościelone, gotowe na kolejnego pacjenta. Monitor był wyłączony, ekran czarny. Fikus w donicy przy oknie miał teraz o kilka gałązek mniej, gołe i sterczące, jakby ktoś próbował go ocalić w najgorszy możliwy sposób.
Następnego dnia rano wracałem z parkingu na zmianę i zobaczyłem taksówkę z lotniska, która zatrzymała się przy wejściu na SOR. Wysiadła z niej kobieta z jedną walizką, w za lekkiej kurtce jak na polski lipiec, i stanęła przy szyldzie z numerem izby przyjęć, patrząc na drzwi, jakby nie mogła się zdecydować, żeby przez nie wejść. W recepcji ktoś już musiał jej powiedzieć, bo po chwili odwróciła się i usiadła na ławce obok wejścia, z walizką między kolanami, i tak siedziała, kiedy mijałem ją, idąc do szatni.



