Nieźle, tato, patrzcie jak Cię witają! I po co Ci był ten sanatorium, skoro w domu masz prawdziwe „a…

Nieźle, tato, takie powitanie! Po co ci był ten sanatorium, skoro w domu masz prawdziwy „all inclusive”?

Kiedy Tomasz wręczył mi klucze do swojego mieszkania, poczułem się zwycięzcą. Żadne polskie Oscary nie były wyczekiwane tak, jak Iwona czekała na swojego Tomasza, a do tego z własnym gniazdem.

Zrezygnowana trzydziestopięcioletnia kobieta częściej już rzucała współczujące spojrzenia na bezdomne warszawskie koty i wystawy z napisem Wszystko do rękodzieła.

Aż tu nagle pojawił się on sam samotny, który młodość poświęcił karierze, zdrowemu jedzeniu, siłowni i innym bzdurnym poszukiwaniom siebie w tym świecie, do tego bez dzieci.

Iwona marzyła o takim prezencie od dwudziestki, więc być może tam w niebie w końcu zrozumieli, że żarty jej się skończyły.

Mam ostatni w tym roku wyjazd służbowy, a potem jestem już twój powiedział Tomasz, wręczając upragnione klucze. Tylko nie przestrasz się mojej nory. Do domu wracam zazwyczaj tylko spać rzucił i odleciał do innej strefy czasowej na cały weekend.

Iwona zabrała szczoteczkę do zębów, krem i pojechała zobaczyć tę legendarną norę. Pierwsze problemy pojawiły się już przy wejściu. Tomasz ostrzegał, że zamek czasem się zacina, ale Iwona nie sądziła, że aż tak.

Przez czterdzieści minut próbowała zdobyć drzwi: napierała, ciągnęła, wkładała klucz do końca, próbowała na pół obrotu ale drzwi ewidentnie nie zamierzały ustąpić nowej lokatorce.

Zaczęła już stosować presję psychologiczną, jak za czasów szkolnych za blokiem. Na hałas otworzyły się drzwi sąsiadki.

A czemu pani się do obcego mieszkania dobija? zapytała zaniepokojonym głosem.

Nie dobijam się, mam klucze! odwarknęła rozdrażniona Iwona, ocierając pot z czoła.

A kim pani w ogóle jest? Pierwszy raz panią widzę drążyła sąsiadka.

Dziewczyną! oświadczyła z dumą Iwona, stając z rękami na biodrach, choć widziała tylko szparę między drzwiami.

Dziewczyną? szczerze zdziwiła się kobieta.

Tak, właśnie. Jakiś problem?

Nie, skąd. Po prostu Tomasz nigdy nikogo do siebie nie prowadzał (Iwona w tym momencie polubiła go jeszcze bardziej), a tu nagle taka zmiana

Jaka zmiana? nie zrozumiała Iwona.

To już nie moja sprawa. Przepraszam zamknęła drzwi sąsiadka.

Czując, że to już albo ona, albo drzwi wygrają, Iwona wsadziła klucz i z całej siły nacisnęła, niemal wykręcając framugę. Drzwi puściły.

Cały świat Tomasza rozpostarł się przed nią, a Iwonie zrobiło się zimno w sercu. Singlom z reguły grozi pewien ascetyzm, ale to była prawdziwa cela.

Biedaku, twoje serce chyba dawno zapomniało, czym jest domowe ciepło wyrwało się Iwonie podczas przeglądu skromnego wnętrza, gdzie odtąd miała przebywać często.

Ale czuła się równie zadowolona. Sąsiadka nie skłamała: kobieca ręka nigdy nie dotknęła tych ścian, tej podłogi, kuchni i tych szarych okien. Iwona była tu pionierką.

Nie mogąc wytrzymać, założyła buty i pobiegła do najbliższego sklepu po ładną firankę i dywanik do łazienki, przy okazji jeszcze łapki do garnków i ręczniki kuchenne.

I jak to bywa w sklepie ją chwyciło… Do zestawu dołączyły odświeżacze, mydło ręcznie robione, wygodne pojemniki na kosmetyki.

Dodanie takich drobiazgów do obcego mieszkania to żadna bezczelność uspokajała się, doczepiając drugi koszyk do pierwszego.

Zamek już jej nie sprawiał kłopotu. Właściwie przestał pełnić swoją rolę i przypominał bramkarza hokejowego bez maski.

Zrozumiawszy swój wyczyn, Iwona do północy wykręcała stary zamek za pomocą noży kuchennych, a rano biegła do Castoramy po nowy. Noże też trzeba było wymienić. A jeszcze widelce, łyżki, obrus, deski do krojenia, podkładki pod gorące a stąd już blisko do firanek.

W niedzielę, koło południa, Tomasz zadzwonił, że musi przedłużyć delegację o dwa dni.

Będę wdzięczny, jeśli wniesiesz w moje mieszkanie trochę ciepła uśmiechał się w słuchawkę, gdy Iwona wyznała, że nieco popracowała nad wystrojem.

Przytulność już właściwie wprowadzała w jakby tonie tira, precyzyjnie rozdzielając według planu i instrukcji. Latami gromadziło się to w kobiecie, a teraz, mając wolną rękę, nie umiała przestać.

Po powrocie Tomasza z dawnego mieszkania został już tylko pająk przy kratce wentylacyjnej. Iwona chciała go przegonić, ale widząc przerażone osiem oczu, uznała, że zostawi go jako symbol nienaruszalności cudzej własności.

Mieszkanie Tomasza od tej pory wyglądało, jakby od ośmiu lat był szczęśliwym mężem, zniechęcił się do tego, a potem znowu zaczął być szczęśliwy tym razem na przekór.

Iwona nie tylko zajęła się mieszkaniem, ale wykonała to tak, że cała klatka schodowa już wiedziała, że jest nową gospodynią i teraz wszelkie sprawy można załatwiać przez nią. Pierścionka na palcu jeszcze nie było, ale to kwestia czysto techniczna.

Sąsiedzi patrzyli najpierw podejrzliwie, potem rozkładali ręce: Jak pani uważa, nam to obojętne, wasza sprawa.

**
Na dzień powrotu Tomasza Iwona przygotowała porządną domową kolację, opakowała się w efektowne i śmiałe ciuszki, rozstawiła w kątach zapachy, przyciemniła nowe światła i zaczęła czekać.

Tomasz się spóźniał. Kiedy Iwona już czuła, że sukienka zaczyna boleśnie wbijać się w miejsce, nad którym tyle przysiadywała przez pół roku na siłowni, w zamku przekręcił się klucz.

Zamek nowy, wystarczy popchnąć! rzuciła zmysłowo Iwona. Nie bała się już osądów. Tak dobrze odświeżyła mieszkanie, że wszystko jej wybaczą.

W tej chwili przyszła niespodziewana wiadomość od Tomasza: Gdzie jesteś? Ja w domu, patrzę mieszkanie ani trochę się nie zmieniło. A znajomi straszyli, że wszystko zalane kosmetykami.

Szkopuł w tym, że Iwona tę wiadomość przeczytała dużo później. Tymczasem do mieszkania weszło… zupełnie obce pięć osób: dwóch młodych facetów, dwoje dzieci w wieku szkolnym i bardzo starszy pan, który na widok Iwony od razu się wyprostował i zagładził resztki siwych włosów.

No proszę, tato, taka obsługa! Po co ci był ten sanatorium, skoro w domu all inclusive? zagadnął pierwszy z mężczyzn, po czym dostał kuksańca od swojej żony za gapienie się.

Stałem jak wryty, z dwoma kieliszkami w dłoniach, nie wiedząc co robić. Miałem ochotę krzyczeć, ale paraliż był silniejszy.

Gdzieś w kącie radośnie zachichotał pająk.

Przepraszam, kim pani jest? pisnęła Iwona.

Właściciel tego przybytku. A pani z przychodni, na zmianę opatrunku? Przecież mówiłem, że sam sobie poradzę odpowiedział senior, patrząc na strój pielęgniarki, w którym była Iwona.

Mmm, panie Adamie, ale u pana teraz prawdziwy klimat domowy! rzuciła żona syna, spoglądając zza pleców Iwony. Nie to co dawniej, żyło się tu jak w grobowcu. A jak pani ma na imię? Czy pan Adam nie jest za stary dla pani? Choć szanowany mężczyzna, własny lokal…

Iwona…

No widzi pan, Adamie, dobre pan ma oko do ludzi!

Senior, sądząc po błysku w oku, też był tym zbiegiem okoliczności szczerze ucieszony.

A gdzie Tomasz? szepnęła Iwona, nerwowo opróżniając oba kieliszki.

Ja jestem Tomasz! zawołał z entuzjazmem ośmiolatek.

Jeszcze ci za wcześnie na Tomasza mama odsunęła rękę synka i wysłała dzieci z ojcem do samochodu.

P-p-przepraszam, chyba pomyliłam mieszkania! opamiętała się Iwona, przypominając sobie o zamku. To jest Sadowa 18, mieszkanie 26?

Nie, to Brzozowa 18 rozłożył ręce senior, już gotowy rozpakowywać niespodziankę.

Więc westchnęła Iwona tragicznie pomyłka. Śmiało, proszę się rozgościć, a ja na chwilę się oddalę, muszę zadzwonić.

Szybko złapała za telefon i schowała się w łazience, gdzie zasłoniwszy się ręcznikiem, przeczytała SMS od Tomasza.

Tomaszu, zaraz wracam, tylko w sklepie utknęłam odpisała.

Okej, czekam. Jeśli możesz, weź wino czerwone dograł Tomasz w wiadomości głosowej.

Czerwone miała, ale już w sobie. Wzięła pod pachę dywanik i zdjęła firankę, gdy nieznajomi zeszli do kuchni, wyskoczyła z łazienki.

Zwinęła szybko rzeczy, zapakowała do reklamówki i wybiegła z mieszkania.

**
Opowiem, ale później wytłumaczyła swój stan Iwona, otwierając drzwi Tomaszowi.

Szła jak we mgle, minęła go bez słowa. Najpierw weszła do łazienki, zawiesiła z powrotem firankę, rozłożyła dywanik, potem padła na kanapę i spała do rana, aż stres i wino się z niej ulotniły.

Gdy się obudziła, zobaczyła nad sobą zdziwionego Tomasza, czekającego wyjaśnień.

Przepraszam, jaki to adres?
Żurawia 18 mruknął Tomasz.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

18 − 2 =

Nieźle, tato, patrzcie jak Cię witają! I po co Ci był ten sanatorium, skoro w domu masz prawdziwe „a…