Zawołałam przez okno: — Mamo, czemu tak wcześnie? Zmarzniesz! — Ona odwróciła się, pomachała łopatą …

2 stycznia

Dzisiaj po raz kolejny poczułam to ukłucie w sercu, gdy szłam obok naszego starego podwórka na Pradze. Minęły miesiące, ale wciąż nie umiem przejść tamtędy spokojnie. Za każdym razem kiedy widzę tę prostą ścieżkę wydeptaną w śniegu, czuję dziwny ciężar jakby ktoś ścisnął mi serce mocnymi dłońmi. To ja zrobiłam to zdjęcie tamtego drugiego stycznia. Po prostu szłam, spojrzałam na ślady i zatrzymałam się. Nie wiem dlaczego, wtedy po prostu wyjęłam telefon. Teraz to zdjęcie zostało mi po tamtych chwilach. Jedyny ślad po niej.

Sylwestra obchodziliśmy jak zawsze całą rodziną w naszym warszawskim mieszkaniu. Mama już od rana, trzydziestego pierwszego, uwijała się jak mrówka. Obudził mnie zapach smażonych kotletów i jej głos dobiegający z kuchni: Klara, wstawaj! Pomóż mi z sałatkami, bo tata znowu wyje wszystkie składniki zanim się obejrzę!. Zeszłam na dół w piżamie, jeszcze z rozczochranymi włosami. Mama stała przy kuchence w swoim ukochanym fartuchu w brzoskwinie, który kupiłam jej jeszcze w liceum. Uśmiechnęła się do mnie szeroko, policzki miała czerwone od gorąca z piekarnika.

Mamo, może najpierw kawa? zareagowałam marudnie.
Kawa potem! Najpierw sałatka jarzynowa! zaśmiała się i rzuciła mi miskę z pieczonymi warzywami. Kroisz drobno, tak jak lubię. A nie w takie kawały jak ostatnio, że trzeba było je nógą rozgniatać!

Kroiłyśmy razem, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Mama opowiadała, jak jej ojciec mój dziadek przynosił w PRL-u mandarynki z pracy spod lady, a cały Sylwester to był śledź pod pierzynką i trochę szampana. Potem tata wszedł do domu z ogromną choinką, prawie do sufitu. Dziewczyny, przyjmijcie tę gwiazdę! zawołał od progu. Tato, znowu pół lasu przyniosłeś? śmiałam się, a mama tylko rozkładała ręce: Ładna, ale gdzie ją wciśniemy?. Ale pomagała nam stroić. Tylko ona potrafiła wyjąć te stare bombki ze swojego dzieciństwa i spojrzeć na mnie ciepło, chowając w dłoni szklanego aniołka: Tego ci kupiłam na twój pierwszy Nowy Rok. Pamiętasz?. Pamiętam, mamo skłamałam, choć nie pamiętałam. Ale widziałam jak bardzo cieszy ją, że odpowiadam twierdząco.

Pod wieczór przyjechał Wojtek, mój brat. Jak zawsze głośno, z siatkami prezentów i butelkami wina. Mamo, kupiłem teraz dobre wino! Nie taką kwasówkę jak w zeszłym roku. Mama uśmiechała się do niego z miłością: Synku, bylebyście się nie pobili o korkociąg i będzie dobrze. O północy wszyscy wyszliśmy na podwórko. Tata z Wojtkiem odpalali race, a nasza młodsza siostra Basia, podskakiwała w śniegu jak dziecko. Mama stała przy mnie, mocno obejmując mnie za ramiona. Patrz, Klara jaka piękna ta noc. Jak cudnie nam się żyje Odpowiedziałam przytulając ją jeszcze mocniej: Z Tobą, mamo, zawsze.

Piliśmy szampana prosto z kieliszków, śmiejąc się, gdy jedna z petard poleciała w stronę szopy sąsiada. Mama, lekko wstawiona, zaczęła tańczyć do Pada śnieg, pada śnieg w kapciach, a tata wziął ją na ręce. Wszyscy pokładaliśmy się ze śmiechu.

Pierwszego stycznia snuliśmy się po mieszkaniu jak leniuchy. Mama znowu gotowała tym razem pierogi i galaretę. Mamo, zostaw już te garnki, przecież my pękniemy! żartowałam. Będziecie jedli do Trzech Króli! Na zdrowie!. Była niezmordowana.

Drugiego stycznia znowu wstała wcześniej niż wszyscy. Usłyszałam trzaśnięcie drzwi, spojrzałam przez okno: mama w starym puchowym płaszczu, na głowie chustka. Z gracją i spokojem odgarniała śnieg wąską ścieżką od furtki po schodki. Gromadziła śnieg przy domu, tak jak zawsze. Otworzyłam okno i krzyknęłam:
Mamo, po co tak wcześnie? Zmarzniesz!
Obróciła się, zamachała łopatą z uśmiechem:
Bo wy, lenie, do wiosny będziecie w zaspach brodzić! Idź wstaw czajnik!
Uśmiechnęłam się i poszłam do kuchni. Wróciła po pół godzinie: policzki całe czerwone, oczy jej błyszczały.
I porządek usiadła przy stole z kawą. Tak lepiej, prawda?
Najlepiej, mamo, dziękuję.
To był ostatni raz, kiedy słyszałam ją taką energiczną.

Trzeciego stycznia obudziłam się, a mama już była na nogach. Przyszła do nas do pokoju i powiedziała cicho: Dziewczyny, jakoś mnie w piersi kłuje. Nie mocno, ale jakoś dziwnie. Przejęłam się: Mamo, zadzwońmy po pogotowie? Eee, Klarko, nie przesadzaj. Przepracowałam się przed świętami. Poleżę i przejdzie. Położyła się na kanapie. Siedziałyśmy z Basią przy niej, tata pojechał po leki. Mama żartowała: Jeszcze was przeżyję, dziewczyny, zobaczycie. Potem nagle zbielała, chwyciła się za pierś: Oj coś mi źle. Wezwałyśmy karetkę. Trzymałam ją za rękę i szeptałam: Mamusiu, wytrzymaj, zaraz będzie dobrze…. Mama patrzyła na mnie przez łzy: Tak bardzo was kocham Nie chcę odchodzić. Karetka przyjechała bardzo szybko, ale już nic nie dało się zrobić. Rozległy zawał. Kilka minut i jej nie było.

Pamiętam, jak siedziałam na podłodze w korytarzu, wyłam z rozpaczy. Przecież jeszcze wczoraj tańczyła w śniegu, śmiała się z nami, a dziś

Z trudem wyszłam na dwór. Śnieg niemal nie padał. Spojrzałam a na białym puchu zostały jej ślady. Te jedyne, skrupulatne, tak równe. Od furtki przez całą ścieżkę aż do drzwi i z powrotem. Stałam tam długo, prosząc Boga: Jak to możliwe, że wczoraj człowiek jeszcze tu szedł, zostawiając po sobie ślady a dziś już go nie ma? Ślady są człowieka nie ma.

Wydawało mi się a może rzeczywiście tak było że wyszła wtedy po raz ostatni widząc, że zostawia nam czystą drogę. Że jeszcze raz chciała zadbać, żebyśmy nie zgubili się bez niej.

Nie pozwoliłam nikomu zasypywać tych śladów. Prosiłam, żeby zostały, aż śnieg sam je zabierze. Póki były, miałam wrażenie, że jeszcze jest z nami. To ostatnie, co dla nas zrobiła. Jej troska o nas wyziera nawet spod warstw śniegu, nawet gdy już jej nie ma.

Tydzień później spadło mnóstwo śniegu. Mam to zdjęcie ślady wydeptane przez mamę. Trzeci rok z rzędu oglądam je zawsze 3 stycznia i wychodzę na pustą już ścieżkę przy domu. I czuję ten ból, to ukłucie: przecież gdzieś pod tym śniegiem są jej ostatnie ślady. Idę wciąż jej śladami, choć jej już nie ma…

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwadzieścia − 16 =

Zawołałam przez okno: — Mamo, czemu tak wcześnie? Zmarzniesz! — Ona odwróciła się, pomachała łopatą …