Pięć mieszkań w rodzinie, a my wciąż wynajmujemy – rodzinna saga o własności, majątku i braku wsparc…

Wydaje się to dziwne, ale pamiętam dobrze, jak to było dawno temu w naszej rodzinie krążyło pięć mieszkań, a mimo to zmuszeni byliśmy wynajmować własne lokum.

Rodzice mojego męża, pan Stanisław i pani Helena, od lat mieszkali we własnym, niedużym mieszkaniu w Krakowie, a oprócz tego, mieli jeszcze dwa kolejne mieszkania rozsiane po różnych dzielnicach miasta, które zawsze wynajmowali obcym. Gdy pytaliśmy, czy moglibyśmy w którymkolwiek zamieszkać, zawsze odpowiadali z szerokim uśmiechem, że do wszystkiego doszli sami, własną pracą, więc od nas oczekują tego samego. Nie widzieli, że czasy się zmieniły, i mieszkanie nie dostaje się już od państwa za pracę w Hucie czy Zakładach, jak kiedyś. Dziś trudno odłożyć dość złotych na własne cztery kąty, szczególnie gdy większa część wypłaty idzie na wynajem.

Moi rodzice Janusz i Genowefa nie byli zbyt inni. Po śmierci babci Marii, jej kawalerka w Nowej Hucie została zapisana na mnie, ale byłam wtedy małą Zuzanną, uczennicą szkoły podstawowej. Rodzice postanowili wynajmować mieszkanie babci, póki nie osiągnę pełnoletności. Kiedy dorosłam, przyzwyczaili się już tak do comiesięcznych wpływów, że nie chcieli nawet słyszeć, bym tam zamieszkała.

Od lat z moim mężem Piotrem gnieździliśmy się w ciasnej kawalerce na osiedlu pod Krakowem, na którą schodziła niemal cała nasza pensja. Zdarzały się dni, gdy na chleb i mleko ledwo wystarczało. Teraz jestem na urlopie macierzyńskim nigdy nie zarabiałam wiele, ale bez dziecka jakoś udawało się wszystko poukładać. Piotr ciężko pracuje, bierze dwie prace sprząta w szkole rano, a wieczorem dorabia jako stróż. Jednak bez matury, bez studiów, niełatwo znaleźć dobrze płatną posadę. Służył w wojsku, potem się poznaliśmy, a na naukę już zabrakło czasu.

Najbardziej boli mnie to, że moja mama co tydzień dzwoni, żeby pójść z nią po nową sukienkę czy bluzkę, a mnie nie stać, by kupić witaminy dla siebie i dziecka. Ciągle powtarza, że musimy być niezależni finansowo, że powinniśmy im pomagać, żeby mogli jeździć po świecie do Sanoka czy Zakopanego.

Nie potrafię zrozumieć takiej postawy rodziców mojego męża i moich rodziców. Mają wszystko mieszkania i pieniądze ale nie chcą wesprzeć swoich dzieci. Nie prosimy, by sobie czegokolwiek odmawiali, lecz skoro mogą pomóc, dlaczego tego nie zrobią? To dla mnie niezrozumiałe, bo własnym dzieciom zawsze ofiarowałabym wszystko, nawet kosztem siebie.

Znajome Basia i Halina, kumpel Andrzej pocieszają nas, że kiedyś odziedziczymy ten cały majątek: mieszkania, oszczędności. Ale każda taka rozmowa sprawia, że jest mi jeszcze bardziej przykro. Ja już nie potrzebuję ich mieszkań, niech robią z nimi co chcą. I jeśli mogą, niech zabiorą je tam, gdzie sami kiedyś odejdą.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

12 + jedenaście =

Pięć mieszkań w rodzinie, a my wciąż wynajmujemy – rodzinna saga o własności, majątku i braku wsparc…