Sąsiadka z działek uznała, że mój plon jest wspólny, ale szybko oduczyłam ją brania cudzych warzyw b…

E, daj spokój, Zosiu, nie żałuj sąsiadce paru ogórków! I tak ci przerosną, pożółkną, a wnuki mi na wakacje przyjechały, witaminek im trzeba. Nie bądź taka chytra, przecież jesteśmy swoje, przez płot mieszkamy!

Janina zwiesiła się przez niziutką siatkę, oddzielającą ogródki, z emaliowaną miską pełną czyjejś truskawki. Drugą ręką już sięgała do czarnej porzeczki, rosnącej po stronie Zofii.

Zofia, klęcząca między marchewkami i wyrywająca mikroskopijne chwasty, powoli się wyprostowała. Kręgosłup skrzypnął złowrogo. Wytarła pot z czoła grzbietem ziemistej ręki i zmierzyła sąsiadkę spojrzeniem ciężkim, jak gar z bigosem. Swoje ten refren słyszała już trzeci sezon, od kiedy kupili z mężem tę działkę i zamienili chaszcze w pokazowy ogród.

Janino powiedziała spokojnie, choć stanowczo sama też masz truskawki. Widziałam. Czemu swoich nie zbierasz?

A gdzie tam! zbyła Janina gestem. Malutkie, kwaśne, robal już wszystko zeżarł. Ja to nie umiem tak jak ty, z nawozami, z obornikami, całe laboratorium. U mnie, co natura dała, to jest. A u was truskawa jak pięść! Szkoda, żeby zmarniały. Zresztą wy z Krzyśkiem tylko we dwoje przecież się nie przejecie!

Zofia westchnęła. Logika sąsiadki była twarda jak polski flak. Janina szczerze wierzyła, że skoro ktoś ma dużo, to musi się dzielić choćby przez cudze lenistwo.

Działka Janiny raczej smętnie wyglądała: przekrzywione jabłonki, grządki zarosłe mchem, o chwasty aż aż. Sąsiadka pojawiała się na ogródku wyłącznie dla relaksu: huśtała się w hamaku, smażyła tanie kiełbasy na grillu z cegieł, słuchała na cały regulator Radio Pogoda.

Zofia kochała ziemię. Każdą sadzonkę znała, nasiona pomidorów sprowadzała z internetu, wstawała o piątej otwierać szklarnie, kładła się, gdy już sowy hulały, dopiero po skończonym podlewaniu. Każdy pomidor, ogórek to efekt znoju, obolałych pleców i nieprzespanych nocy, kiedy wiosną przychodził późny przymrozek.

Janino, odstaw tę miskę poprosiła stanowczo Zofia. Truskawki zbieram na konfitury. Każda się liczy.

Eh, już zaczyna! Janina przewróciła oczami. Skąpa baba. No już, nie biedniej cię przez kilka owoców. Dzieciom tylko, by się poczęstowały. Nie odbierzesz przecież z ust dziecka?

Pochwyciła szybko największą truskawkę, wsadziła do ust, ostentacyjnie przeżuwała, po czym pomaszerowała do domku z łupem.

Zofia została na grządce, w niej narastała groźna irytacja. Krzysztof, jej mąż, wyszedł z szopki z heblem w dłoni. Scenkę widział, ale nie interweniował babskie wojny go nudziły.

Znowu Janka żeruje? zapytał podchodząc.

Żeruje, jak ta koza w cudzym ogródku burknęła Zofia. Wiesz, to już przegięcie. W zeszły weekend ogórki mi ukradła, jak pojechaliśmy do Biedronki. Powiedziała: Myślałam, że zapomnieliście, przerośnięte już były. Teraz za truskawki się bierze.

Postaw wysoki płot z blachy rzucił Krzysztof.

Nie wolno, zgodnie z regulaminem ROD westchnęła. Tylko siatka albo sztachety, cienia nie wolno rzucać. Poza tym, wydaliśmy wszystko na nową szklarnię.

Z tygodnia na tydzień sytuacja gęstniała. Lipiec był upalny, urodzaj piorunujący pomidory jak latarnie, ogórki trzeszczały, papryka lała sokiem. Im więcej jarzyn miała Zosia, tym częściej Janina przechodziła przypadkiem obok płotu.

Pewnej soboty do Janiny zjechała wesoła kompania ze dwunastu głośnych dorosłych, z głośnikami i skrzynkami piwa z Żabki. Wieczorem, gdy Zofia lała wodę pod róże, Janina woła ją spod płotu z głową już na lekkim rauszu.

Zofka, kochana, ratuj! Zabrakło zakąski, a tu imprezka, pomidorów by się chciało i natki! Daj trochę Malinowych, a zaraz ci czekoladę odkupię!

Zofia stanęła z wężem ogrodowym.

Janino, moje pomidory jeszcze niedojrzałe. A resztę jutro córce do miasta wiezę.

E, przestań, nie skąp już sięga przez siatkę i czuć z niej piwem. Widzisz, czerwoniutkie, nie żałuj, jesteśmy swoiutkie! Chyba nam nie pożałujesz?

Nie odrzekła Zofia twardo. Nie.

Janina zesztywniała, minę miała zjadliwą. Warknęła coś pod nosem i odeszła. Cały wieczór z ich ogródka dobiegały złośliwe komentarze, śmiechy i śpiewy: Krakusy, dusigrosze… kto by chciał jej zatrutych warzyw…. Zosi zrobiło się smutno, aż chciało się płakać. Zamknęła się w domu i włączyła TVP Info, zagłuszając gwar zza płotu.

Rano Zofia zastygła na ganku: drzwiczki nowej szklarni z poliwęglanu uchylone. Serce podskoczyło. Rzuciła się do pomidorów.

Oczywiste. Najdorodniejsze pomidory z dołu zerwane brutalnie. Połamane gałązki, na ziemi porozrzucane, niedojrzałe, zbyt zielone. Ogórków mniej, a w grządce po naci duża łysa dziura koper wyrwany z korzeniami.

To nie była zwykła kradzież. To była czysta pogarda dla czyjejś pracy, czasu, osoby.

Krzysiek! krzyknęła głucho.

Mąż przyszedł, zmarszczył brwi.

To już przestępstwo, Zosiu. Kradzież.

I co? Kto to udowodni? Kamer nie ma. Powie, że nie ona. Albo że sami zabrali, a teraz na nią zrzucamy. Znasz Jankę, gardło by rozdarła.

Podeszła do płotu. Po drugiej stronie cisza śpią po imprezie. Na ganku, wśród butelek, samotnie stoi miska z resztkami sałatki spore kawałki jej Malinowych pomidorów i charakterystyczna pietruszka Zofii.

No dobra powiedziała Zofia ostrym tonem. Dość. Próbowałam po ludzku. Teraz po mojemu. Ale sprytnie.

Co wymyśliłaś? zapytał Krzysztof z podejrzliwością. Byle tylko bez policji, nie chcę mieć sprawy przez jakieś warzywa.

Spokojnie uśmiechnęła się niedobrze Zofia. Tylko psychologia. I odrobina chemii.

Jeszcze tego dnia pojechała do miasta, wróciła z dziwnym pakunkiem: jaskrawożółty kombinezon z kapturem, maseczka, spryskiwacz ogrodowy, kilka saszetek niebieskiego barwnika spożywczego i litrowa butla taniego mydła zapachowego.

Wieczorem, gdy Janina i jej goście, niewyraźni po imprezie, wyszli na taras z herbatą, u Zofii zaczął się teatr.

Wciągnęła na siebie strój jak do dezynfekcji i maskę, Krzysztof starą kurtkę i gazę na twarz. Pod szklarnie przynieśli wiadro z wodą, wsypała niebieski barwnik, pół flaszki mydła zapach był iście laboratoryjno-odstraszający. Zawartość spryskiwacza zrobiła się atramentowo-granatowa.

Krzyś, odsuń się! zawołała przez respirator i słychać ją było przez ogród. Silna trucizna! Instrukcja: w stroju tylko podchodzić!

Rozpoczęła dezynfekcję pomidorów, papryk i kapusty. Niebieska ciecz oblepiała wszystko tłusto, wyglądało to jak miejsce po wycieku w Czarnobylu.

Janina nie wytrzymała, podeszła do płotu.

Co ty tam robisz, Zoska? Pożar masz? Czy robactwo? Ale śmierdzi!

Zofia odwróciła się, maski nie zdjęła.

Gorzej, Janka! Znalazłam na Praktycznym Ogrodniku nowa, paskudna zaraza, wirus z grzybem. Można całą plantację w dobę stracić. Musiałam kupić eksperymentalną chemię. Piszą, że po tym ginie wszystko, co żywe.

Co znaczy żywe? Janina poszarzała.

Owady, ptaki, myszy… dodała Zofia ponuro. Człowieka też truje, jeśli za wcześnie zje. Trzeba czekać 21 dni. Inaczej: mówili, że z trzech stron zwożą do szpitala. Tyle roboty, a ja ryzykuję zdrowiem…

21 dni? wydukała Janina i złapała się za brzuch. A jak dotknąć?

Musisz zaraz umyć ręce spirytusem, najlepiej. Albo zakwaszoną wodą. Bo jak dostanie się sok do buzi… oj! Lepiej nie próbować. Kombinezon będę potem spalać.

Janina oddaliła się pod dom, a Zofia lała niebieską miksturę, aż cała grządka świeciła w półmroku jak zlandrynizowana łąka.

Służcie! zawołała Janina Sałatę wyrzućcie, gorzka jakaś, lepiej nie jeść, bo jeszcze się czymś zatrujecie!

Zofia uśmiechnęła się pod maską. Etap pierwszy operacji Darmo jadł zaliczony.

Następny tydzień Janina trzymała wnuki z dala od płotu, powtarzając: Nie oddychać w tę stronę! Tam trucizna!. Zofia z Krzysztofem wieczorami zmywali barwnik z ogórków (rosły szybko, żal zostawiać), na śniadanie zajadali się chrupiącymi plonami. Pomidory wisiały granatowe, budząc grozę u ludzi i ptaków.

Ale Janina była cwaniaczką. Po tygodniu strach zelżał, a ciekawość wzięła górę.

Zofek! zawołała na porannej kawie. Widzę, że ogórki chrupiesz. Skoro masz tę truciznę, to niby swoje? Czy to nie działa na mutantów?

Zofia nawet nie spojrzała.

Ze sklepu, Janka, ze sklepu. Swoich jeszcze nie wolno. Stoją, granatowe patrz. Te, co jem, są importowane, takie plastikowe co zrobić, muszę plony ratować.

Janina naburmuszona wróciła do siebie, pomrukując o chemikach i katastrofie ekologicznej. Ale do grządek się nie wtrącała.

Rozstrzygnięcie jednak przyszło dopiero w sierpniu. Gdy barwnik ze słońcem prawie się zmył, Janina uznała, że czas kwarantanny minął.

Zofia jechała do Krakowa na dwa dni. Zanim wyjechali, zawiesiła na furtce wielką kłódkę, a na siatce od strony Janiny śliczną zalaminowaną tabliczkę:

*UWAGA! Obiekt objęty monitoringiem wizyjnym. Ogród zabezpieczony eksperymentalnymi agrochemikaliami o III klasie niebezpieczeństwa. Spożycie plonów bez odtrutki nieodwracalne skutki żołądkowe. Zarząd ROD powiadomiony. W przypadku wtargnięcia powiadomienie Policji.*

Oczywiście kamery nie było. Ale brzmiało groźnie.

Po powrocie Zofia zastałaJaninę kłócącą się zażarcie z prezesem ROD, panem Piotrem, człekiem poważnym, w kapeluszu, z aktówką.

Panie Piotrze, ona nas truje! Eksperymenty prowadzi! Wnukowi brzuch bolał, to pewnie od jej oparów! No i podsłuchuje nas na kamerze, ze wstydu spać nie mogę!

Prezes otarł okulary i z ulgą zobaczył wracającą Zofię.

Dzień dobry, pani Zofio. Janina zgłasza reklamację… Co z tymi chemiami i kamerami?

Żadnych toksyn tu nie ma, panie Piotrze. Tabliczka wisi prewencyjnie, bo się różne dwunożne szkodniki panoszą. O wnuka bym się nie martwiła, jakby, hm, nie kręcił się po moim ogródku.

Kto kręcił się?! zagotowała się Janina. Udowodnij!

Mam nagranie kłamała prosto w oczy Zofia. Kamerę prawdziwą założyłam przed wyjazdem. Chcesz Janina, przy prezesie, od razu odtworzyć film? Złapanie na gorącym uczynku nieodwracalne.

To był blef. Ale działało. Twarz Janiny zalał szkarłat. Dobrze pamiętała swoje wycieczki. Strach przed kompromitacją był silniejszy niż chciwość.

W nosie mam twoje pryskane pomidory! Sama sobie naturo-wyhoduję! wrzasnęła, trzasnęła furtką i zniknęła.

Prezes popatrzył na niebieskie pomidory, potem na tabliczkę.

Dobre to straszydło, pani Zofio. Tabliczka może wisieć. Prewencja!

Od tego dnia nastąpiła zimna wojna. Janina unikała Zofii, na całej działce opowiadała, że sąsiadka to czarownica i trucicielka. Zofia miała gdzieś. Plony całe.

I tu stało się coś dziwnego. Wiosną, gdy zjechali się na otwarcie sezonu, Zofia zobaczyła na działce Janiny ruch. Janina, sapiąc i mrucząc, przekopywała grządkę krzywo, krzywo, ale własnoręcznie! Obok stały mizerne sadzonki z bazaru.

Zofia zagadnęła.

Powodzenia, Janka. Nie kop za głęboko, tam glina. Przydałby ci się piasek.

Wiem, wiem! odburknęła Janka. Sama sobie dam radę. Bez doradców. Będzie moje. Bez twoich eksperymentów.

Twoje zawsze smakuje lepiej uśmiechnęła się Zofia.

Latem Janina doczekała się pierwszych, krzywych ogórków i drobnych pomidorów. Paradowała między nimi dumna jak laureat dożynek. Przestała się interesować cudzym. Okazało się, że własna praca każe szanować cudze zbiory.

Pewnego wieczoru Zofia widziała, jak Janina przegania dzieci sąsiadów, które wpadły po piłkę:

Won z grządek! Tu nie boisko! Tu praca, rozumiecie? Zdeptacie wszystko!

Zofia spojrzała na Krzysztofa, który właśnie rozpalał grilla, i oboje uśmiechnęli się z przyjemnością.

Widzisz? powiedziała Zofia. Płot niepotrzebny. Praca najlepsza nauka.

Pod koniec sezonu Janina sama podeszła do płotu z trzema ogórkami w mętnej zalewie.

Bierz, spróbuj. Swoje. Po przepisie z gazety.

Zofia wzięła słoik jak święty Graal.

Dzięki, Janka. A ja ci dam nasion na przyszły rok. Odmiana Malinowy Książę. Ale trzeba siać w lutym, pokażę jak.

No dobra, może być burknęła Janina, ale nie ukryła satysfakcji.

Nie żałuję uśmiechnęła się Zofia. Kto pracuje, temu się należy.

Stały chwilę, patrząc na zamglone jesienne ogrody. Tabliczka dawno zniknęła, ale niewidzialna granica szacunku została. I była skuteczniejsza niż niejedno ogrodzenie.

A pomidorów wtedy Zofia zakisiła rekordową ilość. I żaden się nie zmarnował.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwa + 7 =

Sąsiadka z działek uznała, że mój plon jest wspólny, ale szybko oduczyłam ją brania cudzych warzyw b…