Wszystko, co się dzieje, jest po coś – historia Władki wychowywanej przez wymagającą mamę, jej pierw…

Wiesz, jak to mówią wszystko, co się dzieje, jest po coś i wychodzi na dobre, choć czasem trudno to zauważyć od razu.

Moja historia zaczyna się od mojej mamy, Grażyny Kowalskiej. To była kobieta twarda, silna, wiecznie zorganizowana i przekonana, że tylko jej droga jest właściwa. Od najmłodszych lat kształtowała mnie po swojemu ja, jej córka Jagoda, zawsze starałam się jej słuchać i nie przysparzać rozczarowań.

Jagoda, żeby tak samo w życiu sobie poradzić jak ja, musisz robić wszystko tak, jak ci mówię. Ani krok w bok! Rozumiałaś mnie? powtarzała surowo.

Tak, mamo odpowiadałam grzecznie.

Nigdy nie chciałam sprawić jej przykrości, serio. Chciała widzieć we mnie małą perfekcjonistkę i ja się starałam, ale im byłam starsza, tym trudniej było mi sprostać tym wymaganiom.

Wiadomo, dziecko to dziecko nie raz coś pobrudziłam, podrarłam czy rozbiłam, ale w szkole byłam prymuską. Wiedziałam, że trója dla mamy to katastrofa.

Jagoda, wstyd! Jak śmiałaś dostać tróję? W ogóle nas z tatą nie szanujesz? Popraw to natychmiast i nie rób nam wstydu.

Dobrze, mamo… Tylko to tylko jedna trója… przez przypadek…

Nie ma znaczenia, dziecko. Zawsze masz być lepsza i mądrzejsza od wszystkich.

Było mi przykro, ale szybko poprawiałam ocenę. Ostatecznie zdałam maturę ze złotym medalem no, inaczej nie mogło być. Mama była dumna, kiedy dostałam się bez problemu na Uniwersytet Warszawski.

No, córeczko, jestem z ciebie dumna przyznała raz w końcu. Tak trzymaj!

Mama miała swoją firmę budowlaną, trzymała wszystko żelazną ręką i nie dopuściła nawet na sekundę, żebym próbowała iść własną ścieżką. Marzyło mi się wyprowadzić do innego miasta, odetchnąć, ale gdzie tam…

Masz być pod moim okiem. To jakieś żarty z tym innym miastem? Studiuj tutaj, w Warszawie, na miejscu! kategorycznie stwierdziła.

Więc nie protestowałam. Na trzecim roku zakochałam się na zabój. Wcześniej tam, wiadomo, randki, jakiś chłopak, czasem po kryjomu przed mamą, ale bez wielkiej miłości.

Ale Bartek jasnowłosy, niebieskooki chłopak z równoległego roku totalnie skradł mi serce. Nauka nie przychodziła mu z łatwością, zwłaszcza prac dyplomowych nie znosił. Kiedyś zahaczył mnie na korytarzu:

Jagoda, pomóż z tą pracą, mam już dosyć…

Jasne, chętnie pomogę! no wiesz, spodobał mi się.

I tak pisałam mu prace, a on płacił mi tym, że mogłam go kochać i czasem pokazywać się ze mną na mieście. Chodziliśmy do kina, kawiarni, na spacery.

Mama coś wyczuła, bo zapytała wprost:

Córka, przypadkiem się nie zakochałaś?

Skąd wiesz? nieco speszona.

Masz to wypisane na czole… Przedstaw mi go, muszę wiedzieć, z kim masz do czynienia.

Zaprosiłam Bartka do domu, rodzice go poznali, nawet mama się nie czepiała. Po wyjściu Bartka powiedziała tylko:

Jaką ty tu widzisz miłość? On cię wykorzystuje, nic sobą nie reprezentuje. Co ty w nim widzisz?

To nieprawda, mamo! pierwszy raz się postawiłam. Bartek jest ambitny, interesuje się historią, dużo czyta. Masz do niego za duże wymagania, nie każdy musi być kopią ciebie.

Córka, on nie dla ciebie ucięła temat.

Ale ja się nie dałam.

Mamo, niezależnie co powiesz, i tak będę z Bartkiem!

Spojrzała na mnie zdziwiona, pokręciła głową. Zrozumiesz jeszcze kiedyś, że twój Bartek to szara eminencja…

Po obronie dyplomu wyszłam za Bartka. W końcu poczułam mama się myliła i świat mi sprzyja! Okazało się, że z tych przeciętniaków czasem wyrastają najfajniejsi i najbardziej zaradni ludzie. Tak było z Bartkiem. Po studiach szybko znalazł super robotę, a ja wiadomo, znów pod skrzydłem mamy.

Bartek miał już swoje mieszkanie jego rodzice kupili mu je jeszcze za czasów studenckich, więc po ślubie byłam szczęśliwa, że wreszcie uciekłam spod mamy. Ale nie na długo ona od razu ściągnęła mnie do siebie do pracy.

Któregoś wieczoru Bartek wrócił do domu i mówi:

Jagoda, awansowali mnie na kierownika działu, na razie na okres próbny, ale dam z siebie wszystko.

I rzeczywiście, po trzech miesiącach awans był pewny. Bartek nie mógł zrozumieć, że z moim czerwonym dyplomem pracuję znowu pod okiem mamy.

Jagoda, ile ty jeszcze będziesz pod jej pantoflem? Musisz się w końcu odciąć! Ona cię tłamsi. Całe życie będziesz pod butem? Ona to baba z piekła rodem, a ty się jej słuchasz jak dziecko.

Bolało mi to słyszeć od niego, ale wiedziałam, że ma rację. Z czasem już nawet nie wytykał mi tego, ale czułam, że coraz bardziej zamyka się w sobie i jest mi obojętny. Mi to nawet pasowało nie zrzędzi, nie wypomina, spokój w domu.

Minął rok. Któregoś dnia wrócił z pracy, przygaszony, i mówi:

Jagoda, zakochałem się w innej kobiecie. Odchodzę. Ona jest zupełnie inna niż ty…

Po raz pierwszy w życiu coś we mnie pękło. Krzyczałam, płakałam, tłukłam talerze, roztrzaskałam jego telefon o ścianę, a na koniec potargałam mu koszule. Potem się uspokoiłam.

Patrzył na to spokojny, a na koniec powiedział: No popatrz, masz temperament. Szkoda, że tak późno się dowiedziałem. I wyszedł.

Zebrałam swoje rzeczy, wynajęłam mieszkanie i odeszłam. Mamie nic nie powiedziałam przecież dobrze wiedziałam, co usłyszę. Ukrywałam kilka tygodni, może i miesiąc, ale mama w końcu wyczuła, że coś jest nie tak.

Jagoda, co się dzieje? Masz taki pusty wzrok, chodzisz jak struta. Coś się dzieje z Bartkiem?

Skąd ci to przyszło do głowy? Nie mam już z nim problemów, bo nie mam już męża.

Wiedziałam! Zostawił cię? Kiedy?

W kwietniu.

I dopiero teraz ty mi mówisz?

Nie przerywałam jej, musiałam wysłuchać litanii na temat Bartka i mnie samej.

A nie mówiłam ci! Przynajmniej nie będziesz jego służącą, dobrze, że nie macie dzieci. Na przyszłość słuchaj mnie, radzę ci dobrze. Rozumiesz?

Mamo, co ma być, to będzie na dobre odpowiedziałam zaskoczona sama sobą i wyszłam z pokoju. I nie będę już u ciebie pracować. Mam dosyć.

Postanowiłam wynieść się jeszcze dalej od mamy, bo czułam, że zacznie mnie pilnować i głowy nie da mi podnieść. Poszłam przed siebie wyszłam z tramwaju na moim przystanku i… od razu upadłam. Wpadłam nogą w jakąś dziurę, aż usiadłam z bólu.

Jeszcze tego mi brakowało… pomyślałam, sycząc z bólu.

Obok przechodził jakiś facet, zatrzymał się i pyta ze zmartwieniem:

Co się stało?

Pomógł mi wstać. Kiedy nacisnęłam na nogę, bolała potwornie.

Boli?

Bardzo…

To proszę, złap się mnie za szyję wziął mnie na ręce, zaniósł do samochodu i pojechaliśmy do szpitala. Trzeba sprawdzić, czy to nie złamanie…

Jestem Zenek, a ty?

Jagoda.

W szpitalu okazało się, że to tylko zwichnięcie, szczęście w nieszczęściu! Założyli mi bandaż, powiedzieli, co dalej, i puścili do domu. Zenek cały czas czekał, odwiózł mnie pod drzwi.

Podaj mi numer, na wszelki wypadek, jakbyś potrzebowała pomocy.

Spisałam mu numer. Następnego dnia zadzwonił:

Co ci przywieźć? Noga pewnie boli.

Może sok i owoce, brakuje mi też chleba rzuciłam.

Po chwili dzwonek Zenek stoi w drzwiach z dwoma siatami.

Boże, po co tyle?

Będziemy się poznawać, trzeba uczcić nową znajomość! Nie martw się, pomogę, albo zrobię wszystko sam. Może od razu przejdziemy na ty?

Roześmiałam się. Było mi z nim ciepło, lekko, bez napinki.

Zenek przygotował kolację, podgrzał szaszłyki w mikrofalówce, nalał soku… Alkoholu nie pije, od razu ostrzegł. Wieczór był świetny.

Po czterech miesiącach wzięliśmy ślub, a rok później przyszła na świat nasza córeczka Zosia. Gdy ktoś pytał, jak znalazłam takiego cudownego faceta, śmiałam się:

Zenek mnie… podniósł z drogi. Nie wierzycie? Zapytajcie jego…

Dzięki, że wysłuchałaś tego chaotycznego wywodu. Trzymaj się i pamiętaj życie potrafi cię zaskoczyć wtedy, kiedy zupełnie tego nie planujesz!

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dziewiętnaście − 11 =

Wszystko, co się dzieje, jest po coś – historia Władki wychowywanej przez wymagającą mamę, jej pierw…