— Przepraszamy bardzo — zaczął jeden z policjantów. — Ale ta pani twierdzi, że pański kot przeskoczył na jej balkon, zaatakował ją, a potem ukradł jej kociaka…

11 marca 2023
Drogi pamiętniku,

Nigdy wcześniej nie wyobrażałam sobie, że coś takiego może się wydarzyć w naszej klatce w Łodzi.

Zacznę może od dziwnej rozmowy, która wydarzyła się przed chwilą. Przyszli do nas policjanci i jeden z nich grzecznie powiedział:

Przepraszamy bardzo, ale ta pani twierdzi, że wasz kot przeskoczył do niej na balkon, zaatakował ją, a potem ukradł jej kociaka

Cóż za absurd!

Ale może opowiem wszystko od początku, zanim znów zacznę się wściekać.

Nasze mieszkanie na piątym piętrze mieści się w tak zwanym narożnym bloku. Tak, takim, gdzie dwa skrzydła budynku łączą się pod kątem prostym. W zakamarku, gdzie stykają się balkony, jest zaledwie metr, może półtora luzu.

Razem z mężem, Pawłem, wracaliśmy z pracy, jak zwykle autem. Przechodziliśmy przez podwórko, kiedy zauważyliśmy, jak bezdomny kot próbuje się wyrwać z objęć trzech bezpańskich psów. Nie mogliśmy przejść obojętnie zresztą tego kota wszyscy z bloku karmiliśmy, my także. Paweł przegonił psy, ale zwierzak był poturbowany. Na szczęście dał się podnieść i zaniosłam go do auta.

Weterynarz opatrzył rany, założył szwy, dał kroplówkę i zalecił codzienne kontrole oraz antybiotyki przez tydzień.

Tak oto Ganio trafił pod nasz dach.

Czemu Ganio? To od gangster. Gdy zobaczyłam jego łobuzerskie spojrzenie, aż się przestraszyłam! Ale kiedy tylko poczuł się bezpiecznie, zamienił się w najprawdziwszego miziaka. Szybko się zaaklimatyzował, już po dwóch dniach leżał na kanapie rozciągnięty jak lord, mruczał głośno i łypał oczami z rozkoszy, gdy go głaskałam.
Zobacz, jaki z niego pieszczoch śmiałam się do Pawła, gdy tarmosiłam go za brzuszek.

Ganio czasami się jeszcze krzywił rany ciągle dawały się we znaki ale wyraźnie to lubił.

Odzyskiwał zdrowie, zaczynał porządnie jeść, futro mu lśniło. Wkrótce właził nam na kolana i zasypiał przytulony czuł się bezpieczny. Przeszłość zimno, głód, strach rozmyła się w jego kocim umyśle.

Największą frajdę sprawiał mu balkon. Siedział tam godzinami, obserwując świat z góry, i już nawet nie próbował uciec. Dobrze rozumiał, ile to kosztowało go wcześniej.

Nie interesowały go inne balkony. Do czasu.

Któregoś dnia na przylegającym balkonie zobaczyłam kociaka. Słodziutki, puszysty, rasowy, zadbany.

Nie wiedzieć czemu, Ganio spojrzał na niego z pogardą, jakby chciał powiedzieć: Księciunio, który nie wie, co i jak.

Następnego dnia dobiegł nas dziwny dźwięk z tamtej strony, dźwięk żałosnego miauczenia. Ganio podszedł do balustrady.

Ej, co się stało? zapytał kociaka. Czego beczysz, nie posmakował ci pasztet?
Mały aż się skulił, przerażony, spojrzał na Gania ze strachem.

Dlaczego płaczesz? dopytywał Ganio.

Kociak wyszeptał nieśmiało:
Ona mnie uderzyła kapciem wiesz, jak to boli?

Ganio nie wiedział, co to znaczy, bo u nas nikt go nie bił, ale ból dobrze pamiętał.

Kapciem? Za co?
Miauczałem rano, bo byłem głodny…
I za to cię uderzyła? Ganio nie mógł uwierzyć.
Krzyczała, że za wszystko mnie karze. Nie kocha mnie ale znajomym przez telefon się chwali, że jestem strasznie drogi. Ja nie wiem, co to znaczy.

Ganio wiedział. Od naszej pierwszej opieki mówiłam mu:
Ty mój najdroższy.
Ale w ustach tej kobiety musiało brzmieć inaczej, gorzko.

Z czasem kociak miał na imię Złotek, choć Ganio przezywał go Marnotek coraz częściej przychodził na balkon się poskarżyć:
Powiedziała, że jak jeszcze raz nabrudzę lub zaśmiecę, to wyrzuci mnie z balkonu. Nie chce sprzątać po mnie

Krew we mnie się burzyła, Paweł też był wściekły, a Ganio co i rusz prychał złością, słysząc, jak tamta kobieta krzyczy i klęła na kociaka. Czasem wręcz słychać było uderzenie kapcia.

Decyzja była podjęta, ale strach zatrzymywał Gania. Wyrzucą mnie myślał pewnie nie chcę wracać na ulicę.

Jednak nie mógł przestać myśleć o tym, że Złotek może zostać skrzywdzony na śmierć.

Kilka dni później Ganio siedział na balkonie, za szybą widział wycelowany w kociaka kapeć i dłoń gotową do wymierzenia kolejnej kary.
Zaraz cię zabiję, draniu! wrzeszczała sąsiadka.

I wtedy wydarzyło się coś niepojętego. Nawet nie zauważyłam, kiedy Ganio przeskoczył barierkę po prostu zniknął z naszego balkonu i pojawił się u niej.

Kobieta nie zdążyła nawet rzucić kapciem. Nagle tuż przed nią stała
bestia. Gigantyczny kocur z rozzłoszczonym wyrazem pyska, wyjący, syczący, z oczami jak rozżarzone węgle.
Z jej perspektywy wyglądało, jakby z pyszczka buchały płomienie, a iskry z oczu sypały.
Krzyknęła i, zamiast uderzyć, upuściła kapcia i powiedzmy, że trochę się pogubiła.

Ganio podniósł łapę z pazurami, tamta z przerażenia zemdlała.

Dziesięć minut później ktoś zadzwonił do drzwi sąsiadka, roztrzęsiona, z dzikim wzrokiem:
Wasz kot mnie zaatakował! Podrapał mnie i ukradł mojego bardzo drogiego kotka! Dzwonię na policję!

Proszę pani powiedział spokojnie Paweł nasz kot cały czas siedzi w domu, nigdzie nie wychodzi. Kociaka u nas nie ma.

Sąsiadka zaczęła wrzeszczeć, ale tylko syknęła i zamknęła drzwi.

Po chwili przyjechała policja. Sąsiadka bełkotała coś, pokazując palcem na balkon.
Przepraszamy, ale prosimy pokazać kota poprosili policjanci.

Weszli do środka, a Ganio spał rozciągnięty na kanapie.

To on! wrzeszczała sąsiadka. On porwał Złotka! Ukradł mi kota!

Policjant spojrzał na Pawła.
On miałby przeskoczyć ponad metr z kotem w zębach? I jeszcze nieść kociaka?

Sąsiadka zaczęła wrzeszczeć jeszcze bardziej, latała po mieszkaniu, szukając Złotka, wywracała szafy, rozrzucała pościel. Policjanci musieli ją powstrzymać.

Proszę pani, za takie zniszczenie mieszkania właściciele mogą złożyć zawiadomienie o wykroczeniu upomniał ją jeden z nich.

Co?! Przecież to ich kot zaatakował mnie!

Drugi policjant poprosił, by pokazała rany. Sąsiadka przycichła, zmieszała się, nie wiedziała, co odpowiedzieć, po czym zaczęła wykrzykiwać, że znajdzie na nas sposób.

Gdy ją poprosiliśmy, by wstała z krzesła, bo trochę od niej czuć moczem, zrobiła się purpurowa i wybiegła, trzaskając drzwiami.

Będziecie składać zawiadomienie? zapytała policja.

Nie odpowiedzieliśmy zgodnie z Pawłem.

Chyba niezbyt dobrze z nią psychicznie dodałam cicho.

Policjanci się pożegnali i wyszli.

Spojrzeliśmy z Pawłem na Gania, który właśnie się przebudził.
No, no zaczął Paweł.
No, no powtórzyłam.

Ganio popatrzył na nas z poczuciem winy, potem zeskoczył z kanapy, podszedł do szafy, wsunął pazur pod drzwi, otworzył i wskoczył na półkę. Chwilę pogrzebał i wyciągnął trzęsącego się Złotka.

Boże wykrztusiliśmy jednocześnie.

Usiadłam z powrotem, Paweł też.

Ganio położył kociaka obok mnie, maleńka, szara kuleczka czepiła się mojego rękawa.

Co teraz robimy? spytałam, biorąc Złotka na kolana.

Nie bój się, maluszku powiedział łagodnie Paweł. U nas kotom krzywda się nie dzieje.

Ale ty, Ganiu, jesteś na szlaban powiedziałam poważnie. Tak się nie robi, to nie jest sposób

A jaki miał wybór? zdziwił się Paweł. Wyratował kociaka spod łap czarownicy. Ja bym go nagrodził!

Typowa męska solidarność parsknęłam do Złotka. Może mu jeszcze medal dasz?

Czemu nie, należy mu się! uśmiechnął się Paweł. Ganio, chodź po kurczaczka!

Oburzyłam się pro forma, ale Złotek niespodziewanie objął mnie łapkami i wtulił się w moją dłoń.

Uśmiechnęłam się.

No dobrze pierwszy (i ostatni!) raz ci wybaczam.

Paweł poszedł z Ganiem do kuchni, a Złotek został na moich kolanach i cicho zamruczał. Chyba już zrozumiał, że głaskanie może być przyjemnością.

I chyba zaczynał rozumieć, co naprawdę oznacza słowo najdroższy. Bo w naszych ustach brzmiało zupełnie inaczejWieczorem, kiedy wszyscy już zasypialiśmy, poszłam jeszcze na balkon, patrząc w cichą noc ponad dachami Łodzi. Ganio i Złotek ułożyli się razem na poduszce; jeden mruczał donośnie, drugi leciutko, jeszcze nieśmiało, burcząc w rytmie nowej nadziei. Przykryłam ich kocem, a Paweł objął mnie ramieniem.

Wiesz szepnął czasem wystarczy jeden dzielny kot, żeby zmienić czyjeś życie.

Patrzyłam na nich i czułam, że świat mógł być pełen krzywdy, ale w tym fragmencie, tu, w naszym domu, wygrało coś ważniejszego. Zaufanie, którego nie można kupić za żadną cenę, i czułość, która uskrzydla nawet po najgorszej zimie.

Ganio spojrzał na mnie sennie, jakby chciał powiedzieć: Już jesteśmy cali i to się liczy.

A ja po raz pierwszy od dawna byłam pewna, że daliśmy nie tylko dom, ale i rodzinę. Nawet jeśli z kotów.

I może właśnie dlatego tej nocy spałam najlepiej od miesięcy z dłońmi cicho zanurzonymi w kocim futrze, otulona poczuciem, że robiąc małą różnicę, ocaliliśmy czyjś cały świat.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

1 × 1 =

— Przepraszamy bardzo — zaczął jeden z policjantów. — Ale ta pani twierdzi, że pański kot przeskoczył na jej balkon, zaatakował ją, a potem ukradł jej kociaka…