Słuchaj, muszę Ci coś opowiedzieć. Mam z Rafałem tzw. fikcyjne małżeństwo. Wyszło tak, że Rafał bardzo potrzebował ślubu, żeby zrobić karierę w swojej firmie. Pracuje w dużej korporacji, gdzie szef pan Edward Borowiecki jest totalnym orędownikiem rodzinnych wartości. Sam jest głową ogromnej familii: ma pięć dorosłych córek, więc pięciu zięciów, a na dokładkę dziewięcioro wnuków i wnuczek. I to jest jego największa duma. Dla niego kawaler to prawie obelga, a nieżonaty pracownik to w jego oczach ktoś gorszy niż stary telewizor na wysypisku niezależnie od talentu czy doświadczenia.
Kiedy Rafał to zrozumiał, dotarło do niego, że bez oficjalnego małżeństwa nie dostanie wymarzonego stanowiska a przecież naprawdę na nie zasługuje i tego chce. Długo wszystko rozważał i w końcu zaproponował mi układ fikcyjny ślub. To nie była żadna loteria, bo znamy się od podstawówki: nasze mamy się przyjaźniły, ba, do dziś piją razem kawę. Przez całą szkołę siedzieliśmy w jednej ławce. On zawsze ratował mnie z matmy, a ja poprawiałam mu przecinki w wypracowaniach.
Krótko mówiąc: zna mnie na wylot i wie, że jestem bezinteresowna, nie będę się przy rozwodzie czepiać ani mieszkania, ani jego konta, ani żadnej innej własności.
A ja? Chętnie przystałam na propozycję, bo byłam wtedy świeżo po rozstaniu z chłopakiem po trzech latach związku. Potrzebowałam czegoś, co pozwoli mi się od tego wybić, zamiast zapadać się coraz bardziej w smutki i dołek. No i aż chciało mi się pokazać byłemu: patrz, wyszłam za mąż, za kogoś ciekawego, z perspektywami, niezłą furą i trzypokojowym mieszkaniem w centrum twoje marzenia! A znajomym chciałam pokazać, że świetnie sobie radzę!
Wyszło więc, że nasze interesy z Rafałem się pięknie zgrały i poszliśmy do Urzędu Stanu Cywilnego w dzielnicy bardzo skromnie, bez fanfar, bez limuzyny, gołębi, białej sukni i garnituru. W ciągu zwykłego dnia urwaliśmy się szybciej z pracy i wleźliśmy do urzędu tylko po to, by złożyć podpis w księdze małżeństw. Oczywiście, obrączki sobie założyliśmy.
A nazwisko? Na chwilę zamieniłam swoje, bo Turczanowicz brzmi o wiele ciekawiej niż zwykłe Nowakowska.
Wiesz co? Ten cały układ się w pełni sprawdził. Już po miesiącu Rafał został dyrektorem departamentu w firmie i to naprawdę zasłużenie.
Bycie żonatą niesamowicie podniosło mi notowania u rodziny i koleżanek. Największa satysfakcja była, jak dostałam parę smsów od byłego w stylu: życzę szczęścia, ale myślałem, że jeszcze możemy spróbować. No, teraz może żałować! Nie szanował, to stracił jak mawia moja babcia. Niech gryzie się łokciami, chłopak.
Tak więc nasze oczekiwania wobec tego układu spełniły się w stu procentach, a nawet więcej.
Przy okazji, na jakiś czas przeprowadziłam się do Rafała sam to zaproponował dla wiarygodności.
I tak: sobotni poranek. Robię śniadanie w kuchni: omlet, twarożkowe placuszki, kawa z mlekiem. Rafał lubi dobrze zjeść rano. Za oknem pierwszy cudowny dzień kwietnia wiosna, którą kocham najbardziej.
Dzisiaj mam mnóstwo spraw: odwiedzić rodziców, ogarnąć sprzątanie, pranie, wymyślić jakiś sobotni obiad może schabowe, flaki, pizzę, sałatkę cezar. Myśli krążą wokół domowych obowiązków, jak u każdej pani domu.
Wyobraź sobie, z Rafałem jesteśmy już trzynasty rok po tym fikcyjnym ślubie. Córka Weronika w tym roku idzie do pierwszej klasy podstawówki, a synek Janek kończy piątą. I jest wzorowym uczniem cały tata! A tata, wiadomo, mądry i prawdziwy.
Tylko czy ten mój mąż to fikcyjny?
