Patrzę w pustkę
Dawid i Jagoda pobrali się, gdy mieli zaledwie 19 lat. Nie potrafili bez siebie żyć ani oddychać taka szalona, młodzieńcza miłość. Rodzice od razu zdecydowali, żeby ślub był jak najszybciej tak na wszelki wypadek, żeby nie narobić wstydu rodzinie.
Impreza była głośna i niezapomniana. Wszystko, co do wesela w Polsce należy biały Mercedes z lalką na masce, morze kwiatów, fajerwerki, ogromna sala i wykrzykiwane Gorzko! Gorzko! na całe gardło.
Rodzice Jagody z finansami byli krucho jedynie na skromną zupę i czasem na flaszkę im starczało. Całe koszty wzięła na siebie matka pana młodego, Halina Moczydło. Prosiła, by nie mówić do niej Halina Antoniowa, bo brzmiało to zbyt poważnie po prostu Halina.
Halina z góry była przeciwna związkowi Dawida z dziewczyną, której rodzice mocno zaglądali do kieliszka. Ale co poradzić? Dawid zapewniał, że na Jagodzie ten nałóg na pewno się nie odbije. Przekonywał, że ich miłość wszystko pokona.
Halina, z tą swoją chłodną mądrością, przestrzegała syna:
Wiesz, Dawidku, z biednej wierzby nigdy pomarańcze nie będą. Uważaj, żeby twoja miłość nie okazała się krótsza niż wróblowy dzióbek
Wtedy wydawało im się, że cały świat należy do nich, a przed nimi tylko słońce, śmiech i uniesienie. Ich przyszłość jawiła się jak bajka.
Na prezent ślubny Dawid z Jagodą dostali od teściowej mieszkanie. No to żyjcie szczęśliwie, dzieci
Na początku wszystko układało się idealnie. Jagoda urodziła dwie córki: Kingę i Basię. Dawid szalał na ich punkcie czuł się wreszcie panem domu i był taki dumny ze swojej rodzinki.
Ale nie minęło nawet pięć lat, a Jagoda zaczęła znikać. Wracała coraz później, a od niej czuć było wódką. Dawid prosił o wyjaśnienia na początku był tylko milczący mur, potem usłyszał w twarz, że ona nigdy go nie kochała, że to była tylko dziecięca fascynacja.
Teraz, mówiła, w końcu znalazła miłość i odchodzi do tego jedynego, choć ów facet miał żonę i trójkę własnych córek. Dawid zgłupiał, jakby mgła na duszy mu siadła. Czuł się zdradzony jak nikt.
Jagoda zabrała się i uciekła z tym swoim wybrankiem na jakąś zapadłą wieś, powtarzając: Z ukochanym choćby pod strzechą, z niekochanym i pałac za ciasny. Dzieci zostawiła w mieście, na własną łaskę i niełaskę.
Halina, energiczna jak mało kto, zabrała dziewczynki do siebie z mężem. Kochała je ogromnie i rozpieszczała, jak tylko potrafiła.
A Dawid? Po okresie żalu i samotności trafił w końcu z desperacji do jakiejś religijnej wspólnoty (namówił go kolega). Tam błyskawicznie ożenili go z wdową z dwoma synami. Po czasie również pobłogosławili ten związek po swojemu.
I nagle dla córek Dawidowi zupełnie zabrakło czasu. Nowa żona, Klara, miała od groma własnych spraw i obowiązków. Kiedy tylko Dawid zaczynał mówić o swoich dzieciach, Klara go uciszała:
Dawidku, przecież mają matkę! Nie twój problem. Ty zabierz Olesia do szkoły, a Witka nakarm, proszę
Dawid wykonywał wszystko, jak potulny baranek. W sercu dalej miał Jagodę, ale już wiedział, że nie ma do czego wracać.
Siedem lat minęło, kiedy do drzwi Haliny zapukała niespodziewanie Jagoda. Przyprowadziła ze sobą czteroletnią dziewczynkę.
Halina zmierzyła ją wzrokiem:
Oj, Jagódka, życie cię nie oszczędziło, nie poznałabym cię. A to twoja córka?
Tak, Zosia. Możemy u was pomieszkać? pytała niepewnie Jagoda.
Nie spodziewałam się takiego gościa. Wywalili cię? wtrąciła dociekliwie Halina.
Sama odeszłam. Nie daję już rady. Mąż ma rękę ciężką i dzień bez wódki to święto skarżyła się były teściowej.
Sama taki los sobie wybrałaś. Czemu nie do rodziców? zapytała złośliwie Halina.
Tęskniłam za córkami. W końcu chciałam je zobaczyć. Naprawdę mi pozwolisz? Aż przestała się bać, bo znała serdeczność byłej teściowej.
No, no, nagle sobie przypomniałaś, że masz dzieci. Kukułka z ciebie, Jagoda! sarkała Halina, ale w tym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi.
To przyszły dziewczyny Kinga i Basia, już nastolatki. Patrzyły na matkę bez cienia ciepła. W ich sercach drzemała ukryta żałość i żal. Halina często powtarzała, że jej wnuczki są sierotami przy żyjących rodzicach.
Oczywiście Halina przyjęła pod swój dach i Jagodę z Zosią. Na ulicę przecież nie wyrzuci!
Ale po miesiącu Jagoda po prostu uciekła. Okazało się później, że wróciła na wieś, znowu do swojego cukrowego katolika. Małą Zosię zostawiła babci.
Od tej pory Halina i jej mąż opiekowali się już trzema wnuczkami. Dziewczyny odwzajemniały ich miłość i troskę. U nich w domu zawsze było serdecznie, ciepło, pełen szacunek.
Czas jednak mijał. Halina odeszła pierwsza, potem za nią jej mąż. Kinga wyszła za mąż, dzieci jednak nie miała. Basia została sama, do późnej starości. Zosia, mając siedemnaście lat, urodziła dziecko, nikt nie wiedział z kim, i wyjechała do matki na wieś.
Młodość sobie poszła nawet się nie obejrzała, starość przyszła znienacka.
Jagoda już od dawna mieszkała sama. Jej konkubenta, ciężko chorego, zabrały jego córki do miasta winą za jego nieszczęście oczywiście obarczały Jagodę. Na koniec usłyszała tylko: Nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy!
Wieś aż huczała od plotek w końcu ściany tu mają uszy, a o Jagodzie mówiono bez żenady bezwstydna pijaczka Zła sława chodziła za nią krok w krok.
Dawid ostatecznie uciekł od Klary i w końcu wyrwał się z sekty żył samotnie jak palec, siedział w pustym mieszkaniu swojej mamy. Ciągnął od pierwszego do pierwszego za groszami, spał w zimnym łóżku. Miał trzy koty na pociechę, żeby nie zwariować. Tak oto skończyła się ich wielka miłość…
A przecież szczęście naprawdę zaglądało kiedyś do ich drzwi.

