Mam dziś już trzydzieści jeden lat. Wychowuję dwie córki trzyletnią i roczną i od początku zdecydowałam się być mamą na pełen etat. Ta decyzja była zupełnie świadoma, podjęta z własnej woli, lecz z biegiem lat patrzę na nią z coraz większą refleksją.
Gdy pojawiła się na świecie moja pierwsza córeczka, Hanna, wydawało mi się oczywiste, że babcie będą na początku pomocą nieocenioną. Naiwnie wierzyłam, że otoczą nas czułą troską, bo przecież doświadczenie mają ogromne! Jednak rzeczywistość szybko to zweryfikowała zamiast pomocy i wsparcia, natknęłam się raczej na przeszkody i musiałam radzić sobie właściwie sama ze wszystkim.
Pamiętam, jak tuż po powrocie do domu z małą Hanią i całą tą nową codziennością czułam się zupełnie bezradna, zagubiona. To, co dziś wydaje się banalne, wtedy było dla mnie ogromnym wyzwaniem. Nikt przecież nie daje młodej matce gotowej instrukcji obsługi maleństwa. Teraz, gdy Hanna ma już siostrę Zofię, wiele rzeczy przychodzi mi naturalnie, ale wtedy panowała w domu atmosfera bezradności i zamieszania.
Wydawało mi się, że starsze pokolenia, zwłaszcza mamy czy teściowe, wiedzą wszystko od przewijania dziecka, przez kąpiel, po karmienie i obcinanie paznokci. Szybko jednak przekonałam się, że nie tylko każda z nich ma inne zdanie, ale nierzadko wręcz sobie przeczą! Często słyszałam zupełnie różne rady dotyczące nawet tak podstawowych rzeczy, jak kąpiel niemowlęcia.
Oczywiście, z czasem opanowałam wszystko przewijanie, kąpiele, karmienie, nawet radzenie sobie z drobnymi problemami zdrowotnymi. Mam szacunek i wdzięczność wobec mojej mamy oraz teściowej, jednak z uśmiechem wspominam ich porady:
Babcia Stanisława, mama mojego męża:
Wodę do picia trzeba pobłogosławić modlitwą, dopiero potem podać dziecku.
Z czasem kupiłam porządny filtr do wody.
Zużywaj tylko szare mydło, tego wymaga zdrowie dziecka, a jak coś się pojawi na skórze też je używaj.
Dzieci chorują, bo je źle wychowujesz nieważne, czy kaszlą, czy mają katar.
Jeśli dziecko krzyczy tylko szeptucha pomoże, trzeba iść do niej.
Babcia Jadwiga, moja mama:
Płacz? Przejdzie sam, nie ma co się przejmować.
Gorączka? Daj tabletkę, będzie dobrze.
Za dużo prezentów dajesz, dzieci nie powinny mieć tylu zabawek.
W soboty przyjdę na trzynastą, posiedzę z wnuczkami, ale o szesnastej muszę już iść do kina, bo to nasza rodzinna tradycja, więc co tydzień tak samo.
Słodycze czy słone rzeczy można dawać nawet niemowlakowi, przecież jak dziecko ciągnie, to niech próbuje!
Kocham swoją mamę, ale dziś coraz częściej zastanawiam się, jak właściwie mnie i mojego brata wychowywała. Pamiętam, że często zostawiano nas u mojej babci całe dnie jadłam tylko kluski, a w domu dominowało tłuste jedzenie. Czując się niedopilnowana, nie raz przechodziłam swoje choroby sama. Pamiętam, że kaszel był bagatelizowany, aż skończyło się krztuścem. Dziś rozumiem, skąd mam problemy z trzustką i przeciążoną w dzieciństwie wątrobę.
Dlatego teraz, z całą sympatią do mojej mamy oraz teściowej, nie potrafię sobie wyobrazić, by powierzyć im dziewczynki choćby na parę dni pod ich jedyną opieką. Owszem, chętnie zostawię Hanię i Zosię z babciami na krótszą chwilę, gdy jestem niedaleko. Nie jestem przewrażliwiona po prostu wiem już, że ich metody nie zawsze są bezpieczne. Takie już były kiedyś czasy, inaczej się wychowywało dzieci. Dziś patrzę na to z dystansem i choć mam dla nich dużo czułości, wolę ufać przede wszystkim sobie.

