21 MAJA
Człowieku, przestań chodzić za mną krok w krok! Przecież mówiłam, że jestem w żałobie po mężu! Proszę, daj mi spokój! Zaczynam się ciebie naprawdę bać! podniosłem głos.
Pamiętam, pamiętam Ale mam wrażenie, że ta żałoba to raczej za własnym życiem. Wybacz, nie ustępował mój adorator.
Odpoczywałem właśnie w ośrodku wczasowym pod Szczawnicą. Potrzebowałem ciszy, śpiewu leśnych ptaków, a nie nachalnych zalotów. Niedawno nagle zmarł mój żona – Staś. Musiałem się pozbierać po tej stracie i zrozumieć, że już do niej nie wrócę.
Remontowaliśmy z Stasiem mieszkanie w bloku na obrzeżach Krakowa. Odkładaliśmy każdy grosz, wszystkiego sobie odmawialiśmy, aż tu nagle Staś dostał drugi zawał. Karetka przyjechała za późno. Zostałem sam bez żony, bez dokończonego remontu, za to z dwoma nastoletnimi synami u boku. Zupełnie straciłem siły. Jak przeżyć taką stratę?
W pracy koledzy złożyli się na wczasy w sanatorium. Oponowałem. Nie chciałem nawet wyjść z mieszkania. Ale koleżanki naciskały:
Nie jesteś ani pierwszym wdowcem, ani ostatnim. Masz dzieci, musisz żyć! Jedź, Krzysztof, odpocznij trochę. Poukładaj myśli.
Z ciężkim sercem dałem się namówić.
Minęło czterdzieści dni od śmierci żony. Ból w środku wciąż mnie rozrywał. Trafiłem do pokoju z wesołą dziewczyną Zosią. Promieniała pozytywną energią, aż mnie to irytowało. Nie chciałem zasypywać jej swoim smutkiem. Zosia była młoda i miała swoich adoratorów. W takich miejscach jak to, zawsze znajdą się jacyś separowani, rozwodnicy czy owdowiali. Nie zamierzałem popadać w te same schematy.
Upominałem Zosię przed lokalnym kawalarzem może drugi, trzeci raz rozwiedziony… Zosia śmiała się:
Oj, panie Krzysiu, niech się pan o mnie nie martwi! Stary wróbel nie da się nabrać!
Wieczorami Zosia ulatywała na randki, a ja przesiedziałem tydzień w pokoju, czytając książkę bez zrozumienia i gapiąc się bezmyślnie w telewizor.
Któregoś ranka obudziłem się w zadziwiająco dobrym humorze. Otworzyłem okno błoga cisza. Postanowiłem przespacerować się po lesie, posłuchać ptaków, pooddychać świeżym powietrzem. Na swojej drodze spotkałem nieznajomego.
Zauważyłem go wcześniej w stołówce niski facet, łysy, dość pewny siebie. Był ode mnie niższy o głowę, miał coś w spojrzeniu, co mnie drażniło. Ale trzeba mu przyznać, był zadbany, wyperfumowany, zawsze nienagannie ubrany. Co wieczór ukłonem mnie witał. Z lekką niechęcią odpowiadałem z grzeczności.
Aż w końcu usiadł przy moim stoliku.
Tęskni pan tu do czegoś? zagadnął aksamitnym głosem.
Nie, odpowiedziałem sucho.
Proszę nie udawać. Widzę smutek w pana oczach. Może mogę pomóc?
Trafił pan w sedno. Smutek po mojej żonie. Ma pan jeszcze jakieś pytania? powiedziałem stanowczo kończąc rozmowę.
Przepraszam, nie wiedziałem. Współczuję. Ale może się poznamy? Jestem Wiktor, powiedział już nieco niepewnie.
Widziałem, jak bardzo mu zależy.
Krzysztof, powiedziałem niechętnie, po czym szybko się oddaliłem.
Od tej pory Wiktor co wieczór siadał przy moim stoliku, zawsze z bukietem dzwonków kwiatów, których w okolicy było mnóstwo. Nie ukrywam, to było miłe. Ale nie chciałem się angażować. Nie na to tu przyjechałem.
Wiktor nie dawał za wygraną. Przyłączył się do moich spacerów. Zacząłem nawet unikać butów na podwyższeniu żeby nie wyglądać wyżej od niego. Jemu nie przeszkadzał ani niski wzrost, ani łysina. Był bardzo przekonujący hipnotyzował głosem, jakiego nigdy wcześniej nie słyszałem. Chyba dałem się złapać w jego sieci
Spacerowaliśmy już razem, chodziliśmy na wieczorki taneczne i razem jechaliśmy po owoce do Nowego Sącza. Kilka razy próbował zaprosić mnie do swojego pokoju a ja się upierałem, stojąc twardo przy swoim.
W końcu Wiktor przypomniał:
Krzyśku, jutro wracam do Warszawy. Może wpadniesz wieczorem do mnie na herbatę? Chociaż tyle
Jeszcze pomyślę, wymigałem się.
Ale nadszedł ostatni wieczór. Stwierdziłem, że nie wypada odmówić na pożegnanie.
Stół był pięknie nakryty, mnóstwo smakołyków, kieliszki w szachownicę chyba wyniósł je ze stołówki. Było nawet szampan. Wiktor zaprosił mnie galanteryjnie do stołu.
Na co wznieśmy toast, Krzysiu?
A jak pan myśli, Wiktorze? odpowiedziałem z półuśmiechem.
Za miłość, Krzyśku! oznajmił, stukając się ze mną kieliszkiem.
Po tej kolacji zasnąłem w jego ramionach, szczęśliwy jak dziecko. Po co ja tak długo się wzbraniałem? Tyle czasu przepadło bezpowrotnie!
Kiedy rano trzeba było pakować walizki, ściskałem Wiktora z żalem. To był krótki romans, ale poruszył we mnie coś dawno uśpionego. Autobus już czekał. Pożegnałem Zosię, która akurat płakała.
Co się stało, Zosiu? zapytałem z troską.
Jestem w ciąży Nie wiem, z kim szlochała dziewczyna.
Ten figlarz z animacji nabroił?
Nie wiem Poznałam jeszcze jednego, z innego ośrodka. Też żonaty tłumaczyła się Zosia.
Dzwoń do rodziców, niech przyjadą, spróbują coś zaradzić. Chodź, pójdziemy do kierownika ośrodka. Coś się wymyśli poradziłem.
Zosia wybiegła zapłakana z pokoju. Młodość potrafi przynieść niespodzianki
Wszystko w ośrodku stało mi się bliskie. Zwłaszcza Wiktor Nie chciałem wracać do Krakowa.
Wiktor odprowadził mnie na autobus z nowym bukietem dzwonków. Mocno go uściskałem, miałem ścisk w sercu. Wystarczyłby tylko jeden jego gest zostawiłbym dla niego wszystko…
Mieszkaliśmy z Wiktorem w innych miastach. Listownie się kontaktowaliśmy, ale w końcu napisała do mnie jego żona: wie wszystko i żebym nawet nie próbował, bo jestem za stary dla Wiktora. Miałem wtedy czterdzieści lat, ona trzydzieści. Już nie odpowiedziałem na ten list. Po co?
Pół roku później niespodziewanie zjawił się Wiktor. Moich synów bardzo zdziwiła wizyta obcego faceta, lecz nic nie powiedzieli.
Wiktor? Jesteś przejazdem? spytałem z nadzieją (czekając na: Przyjechałem na zawsze).
Może na dłużej Przyjmiesz mnie, Krzyśku? Wiktor zapytał z niepewnością.
Wejdź Chcesz pokazać mi list od żony? zażartowałem.
Wybacz, Krzysiu, napisałem do ciebie, ale żona to znalazła. Rozwiedliśmy się przyznał Wiktor.
Nie wiedziałem, że jesteś żonaty… Gdybym wiedział, nic by nie było. A teraz? nie wiedziałem, co dalej.
Ożeń się ze mną, Krzysiu zaproponował niespodziewanie Wiktor.
Nie wiem. Mam dzieci. Widzisz sam. Jak synowie przyjmą taką decyzję? Potrzebuję czasu, zamyśliłem się, ale cieszyło mnie jego wyznanie.
Dzieci to świetnie! Mam dziesięcioletnią córkę, Kasię zaskoczył mnie Wiktor.
Zostawiłeś córkę? spytałem w szoku.
Ależ nie! Zabierzemy ją do nas. Jej matka pije. Zbudujemy nową rodzinę, wspólnie powiedział z przekonaniem.
Wiktor, poczekaj. Nie znam twojej córki, a ty już robisz ze mnie jej matkę. Za szybko. Porozmawiam z synami, potem zobaczymy. Idź, zjemy coś, panie młody z dzieckiem w pakiecie uśmiechnąłem się.
Idealnej rodziny nam nie wyszło. Były kłótnie, ciche dni, wyprowadzki. Każdy miał inny charakter, niełatwo wycofać się w sprzeczce.
Czas pędził. Mój starszy syn, Marek, ożenił się z Kasią (Wiktora córką). Nagle stali się wobec nas oboje bardzo chłodni, zarzucali nam, że burzymy ich spokojne życie. Wyprowadzili się do wynajętego mieszkania.
Wiktor i ja tylko wzruszyliśmy ramionami i mimo wszystko nadal szczerze się kochaliśmy.
Minął rok. Dzieci się nie odzywały, Kasia dzwoniła do Wiktora tylko na urodziny.
Po trzech latach od zaprosili nas z Wiktorem do siebie. Zdziwiłem się, ale poszliśmy, skoro zaproszenie było szczere.
Okazało się, że urodził im się syn. Nasz wspólny wnuk! Radość była wielka. Przy stole przeprosili nas za wszystko.
Rozumiemy dziś, jak życie potrafi się zmieniać. Trzeba umieć wybaczać i szanować tych, którzy nas wychowali powiedziała Kasia. Naszego syna nazwaliśmy Mirosław, żeby w rodzinie panował pokój.
I tak oto w naszym życiu z Wiktorem pojawiło się nowonarodzone szczęście.
Nauczyłem się, że nawet po najgłębszej stracie może pojawić się coś pięknego, jeśli tylko pozwolimy sobie jeszcze raz zaufać życiu.

